|
|
Mały Lublin
przemek kniec
Wracaliśmy na piechotę, spacer był przymusowy, dlatego że po nocy nic nie jeździ.
Tak wiec wędrujemy taką obleśną dzielnicą w okolicach stadionu i Parku Ludowego (czy nazwa się zmieniła? Nawet jeśli, w świadomości mieszkańców miasta jest
to dalej Park Ludowy). Idziemy z duszą na ramieniu na skróty przez zaniedbany park, wszystko się rozsypuje - latarnie, które i tak nie święcą, chodniki, schody.
Na ulicy Świerczewskiego pustka, przy moście tablica upamiętniająca hitlerowską egzekucję. Od tego czasu dużo się w tym miejscu nie zmieniło, może poza
pobliskim boiskiem.
Zostają dwie osoby, reszcie się spieszy.
Miasto wygląda jakoś inaczej z tego miejsca, o tej porze. Rzadko można znaleźć fotografie z tego ujęcia, obiektyw trzeba by skierować w górę, inne miejsca mają
też bardziej fotogeniczną scenerię.
Idziemy zatem dalej pod górę. Na Lipowej po lewej stronie cmentarz, błyskają ognie świeczek w części katolickiej, prawosławna, ze swoimi zapuszczonymi
grobami, jest tak samo cicha i mroczna jak za dnia.
Zaraz za cmentarzem puste pole z szosą prowadzącą do byłego komitetu miejskiego. Na tym polu przed wojną mjr. Hubal (wtedy jeszcze bodajże kapitan)
wygrywał zawody jeździeckie. Parę lat później, po przeciwnej stronie ulicy, Niemcy utworzyli obóz dla młodzieży, po którym obecnie nie ma śladu (w każdym bądź
razie ja nie znalazłem).
Decydujemy się ominąć Krakowskie Przedmieście - za dużo światła. Skręt w stronę ul. Chopina. Metalowe osłony nad okienkami piwnicznymi to jedyna
zewnętrzna pozostałość po siedzibie UB. Na poziomie ulicy butik, a pod spodem ludzie trzymają rupiecie w klitkach, które ciągle mają drzwi z wizjerami.
Podobne widoki były w piwnicy wuja ze Świerczewskiego, ale w jego mieszkaniu urzędowało Gestapo. Został mu po nich tylko stołek. Wstrzymuję się jednak od
tej refleksji przed współtowarzyszką, wędrującą na betonowisko Czechów i, jak wynika z jej opowieści, do najgorszego punktu na tym osiedlu.
Jako że noc jeszcze młoda, a w gardłach zaschło, wstępujemy na głębszego. Miejsce obskurne, ale klimat odpowiedni, nawet w szachy dają zagrać - później często
tam zachodziłem. Miejsce ma swoich starych bywalców, mimo że to względnie nowy lokal. Mają swoje stałe miejsca, jeden z nich przychodzi tam co wieczór.
Ruszamy dalej.
Po lewej Waryńskiego (to z pewnością stara nazwa, nie wiem jak się dziś niektóre ulice nazywają, teraz jest to jakaś kościelna ulica), bank Bogatina. Bank ma
niekiedy podświetlany chodnik (Europa!), a niekiedy nie, bo ktoś chodzi z łomem i wybija lampki (swojskie klimaty!). Od niepamiętnych czasów mieściła się tam
apteka z solidnymi drewnianymi kontuarami w dużej i cichej sali, ze stolikiem na którym stała karafka z nigdy nie zmienianą wodą. Po aptece zostały tylko stylowe
kraty na parterze.
Po prawej skwer, gdzie za dnia na murku od dziesięcioleci handluje się kwiatami. Skwer znajduje się w niecce, niewielu lublinian pamięta, że był tu do niedawna
jeden z najstarszych cmentarzy Lublina. Cmentarz ewangelicki gdzieś w latach osiemdziesiątych nie tyle zrównano z ziemią, co wykopano - stąd ta niecka. Ostało się
parę starych nagrobków (XVII wiek) i płyt wmurowanych w ścianę kościoła.
Do Czechowa jeszcze kawałek, pomny wyrażanych obaw, wskazuję na taryfiarza - "Jedziemy?" - chwila wahania, śmiejemy się i idziemy na piechotę dalej.
*
fragment pochodzi z książki Moje miasto wydanej przez Duch Miejsca, Instytut Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego
zainteresowanych publikacją odsyłamy do autorów: jaWsieci - moje miasto
|