|
|
w ę d r ó w k a - t r a n s s y b e r y j s k a
wspomnienie czwarte
Zona coraz bliżej. Maciek mówi, że choruje. Ja nadal tonę w wyrzutach sumienia. Piję herbatę, milczę cnotliwie. Wagon spływa potoczną metafizyką. Młody
łagrowiec opowiada o swojej wiosce, ładuje obiegowe historyjki o walce z ateizmem, o agitacji, o urzędnikach, co tłumaczyli w świetlicach, że kosmonauci byli
blisko gwiazd i żadnego Boga nie znaleźli. Że Boga nie ma. Opowiada o agitatorach, co kazali wszystkim podnosić pięści w górę, wygrażać niebu bezkarnie.
"Tylko jeden na sali milczał. Ręce miał opuszczone. I w końcu spytał: <<jak Boga nie ma, to komu tak wygrażacie?>>. Tak było na wsi. A w łagrze też niczego
sobie. Za kratami miałem dużo czasu. Wszystko przemyślałem. Pójdę do Boga. Nie wiem tylko jeszcze jak. Boję się wpaść na wędkę".
Azerbejdżaniec leży z twarzą wtuloną w działową ściankę. Tłusta łapa zwisa z łóżka. Łagrowy ciągle gada, tym razem o Wissarionie: "Otacza go szary,
nieprzenikalny obłok. Wszyscy ekstrasensi to widzą. Wisssarion to Szatan!". "Ech, Wissarion to zuch. Pociągnął za sobą inteligencję, wojskowych. Stworzył w
tajdze sektę z naszej elity, z samych najtwardszych. Takich ludzi otumanić..." - włącza się do rozmowy kuszetkowa Kristina i siada na łóżku, (personel kolejowy
czuje do nas sympatię, dziewczyny z wagonu nazywają pieszczotliwie naszą czwórkę "swojakami-alkoholikami").
Młodziak-łagrowiec polemizuje: "Ależ oni tam mleko piją. Niby miała być dieta wegańska, a wielu nie wyrabia. Przyjeżdża taki do Kuragina, zamawia nawet
kotlety. Sam widziałem. Piłem akurat wódkę w knajpie rejonowej, a tu obok chłopak siada, płacze, kaja się. Mówi, że wierzy w Nauczyciela i pociąga z butelki.
<<Czemu pijesz? Nauczyciel nie zabrania?>> - pytam. <<Zabrania, zabrania. Źle czynię. On prawy! Pić nie wolno! On ma rację. Ja grzeszę>>. I znów szloch.
No i jak z takim gadać?". Kristina gryzie pomidora, rzuca: "Ostatnio widziałam ich dwa tygodnie temu. A zmianę wcześniej też ciągnęli z Moskwy. I dwie zmiany
w tył też. Jadą bez ustanku. Ten, co siedział w moim wagonie, sprzedał mieszkanie w Moskwie. On już do Zony na zawsze".
Z wizytą zaszedł kapitan. Każe iść z sobą, prowadzi do przedsionka. Tam czeka już delegacja: kolejarze, milicja, kilku pojmanych obywateli. "Widzicie? Ten już
zresocjalizowany. Z niego przykład bierzcie. No, niech sam powie. Piłeś wczoraj?". "Piłem, kapitanie?". "Dużo piłeś?". "Nie pamiętam. Dużo, dużo, kapitanie".
"Nie będziesz więcej?". "Nie będę. Wóda to zdradliwa suka, mówiłem to już i zawsze będę powtarzać. W pociągu z wódą nie można". "Zuch! Gwoździe z takich
ludzi topić! W metal takich kuć, przepalić. Twardszej nie pozyskasz stali"
Azerbejdżaniec marszczy brew, ciągnie na bok, szepcze, zły, strachliwy: "Mówiłem młody, mówiłem przecież. Po co z mendami chodzisz? Po co gadasz?
Mówiłem, że stukać nie wolno...". "Nie kabluję nic, wycieczkę do mnie prowadzali, jako wzorzec prezentowali". "Mówiłem nie stukaj, mówiłem..."
Młody z łagru milczy, czyta znów Nowy Testament. Potem idzie na ostatniego papierosa.
Kuszetkowa pomaga odnaleźć wciśnięte za kufer, kolejowe prześcieradło. Zbiera pościel.
Pociąg wtacza się do Abakanu. Milicja daje urzędowe błogosławieństwo. Życzy szczęścia.
Na peronie babuszki z kartoszką. Czuć ostre powietrze. Chakascy, skośnoocy taksówkarze proponują nieśmiało transport. Miasto wita jak zwykle swojskim
prowincjonalizmem. Na bocznej platformie świeci błękitem drewniana, podmiejska elektriczka. Ostatni etap podróży. Zona powoli otwiera swoje wrota, pachnie
z daleka sosnowym lasem.
Po peronie biegnie ciężko Azerbejdżaniec. Trzyma nad głową kraciastą torbę, rozpycha przechodniów, nie ogląda się, nie reaguje na zawołania. Rwie do przodu,
nie zważa na przepuklinę, na pot, zmęczenie. Błyska czarnym włosiem, w końcu znika za blaszanym płotem. Kaukaski złodziej, dobry nauczyciel życia, przegrał w
tysiąca i nie zostawił obiecanych podkoszulek. Przynajmniej w tym okazał się od nas słabszy.
koniec
|