|
|
Schyłek zimy
odcinek 5
     Trwa walka o ogień. Wieziemy drewno.
     Całe szczęście Jacek podspawał rano „nyskę”.
Otwierał dopiero z łebkami butelkę, udało mi się rozbić jego alko-ciąg. Heftnął
pedały za darmo, umówiliśmy się, że w zamian przewiozę mu jutro zboże.
     Jadę „nyską”, sprzęgło chodzi krzywo, ale na krótkie
trasy powinno jeszcze posłużyć. Rzuciłem się w wir zbieractwa. Umysł mam już
wytresowany: porzucony opał dostrzegam wszędzie: w rowach, na polu, na miejskim
skwerze. Siadam w knajpie – patrzę łakomie na krokwie. Prowadzę zajęcia – widzę
drzwi ze sklejki. Wsiadam w pociąg – zielenieję, dostrzegając kolejne gałęzie,
znikające bezpowrotnie za szybą wagonu.
     Pod uczelnią załadowaliśmy z Asią stare mebelki ze
śmietnika. Paździerz kopci, ale dobrze rozgrzewa żeliwo. Potem wjechaliśmy na
osiedle. Odpaliłem zdezelowaną, spalinową piłę, pociąłem konary pozostawione
przez „Zieleń Miejską”. Piła padła po kwadransie. Ostatnio grzeje się coraz
częściej. Kupiliśmy ją rok temu za pieniądze ze zlikwidowanego funduszu
emerytalnego. Z wpłaconych przez pięć lat sześciu tysięcy złotych firma
uznawana w ekonomicznych rankingach za najbardziej godną zaufania wypłaciła mi
cztery stówy. Uznaliśmy, że lepiej inwestować w przyszłość zbierając drewno.
Teraz jednak piła zaczęła się sypać.
     Odłożyłem więc sprzęt do nysy, złapałem za siekierę,
waliłem w suche gałęzie, skracałem je i ładowałem do samochodu. Asia, ubrana w
fufajkę, ściągała wszystko w stronę półciężarówki.
     Kiwaliśmy jeszcze głowami, wysłuchiwaliśmy skarg
jakiegoś emeryta, który brał nas za pracowników „zieleni” i narzekał, że tak
późno sprzątamy drewno. Zwieźliśmy łup do domu, walnęliśmy stertę na podwórko.
Starczy na tydzień.
     Teraz jadę dalej sam. Skręcam nysą w stronę
Lelijowic, staję pod zapuszczonym laskiem. Zamarznięty stawik, wokół sterczą
konary.
     Odpalam znów piłę. Rusza za dwudziestym z kolei
pociągnięciem linki. Jak zwykle jednak spada sprężyna. Muszę rozkręcać obudowę,
naprawiać mechanizm. Teraz z kolei silnik nie chce już zaskoczyć. Czyszczę
świecę. Trzepię waciany filtr. Zaklinam maszynerię. Piła w końcu szczeka,
zaczyna warczeć, wali na boki spalinami. Piłuję suche kikuty. Wchodzę na taflę
stawu, wycinam pniaki wystające znad lodu. Nad polem zaczyna powoli zachodzić
słońce. Zanurzam prowadnicę w grubym konarze. Łańcuch sypie trocinami. Jest mi
dobrze.
     A potem ktoś przychodzi do lasku, pochyla się nade
mną, zasłania słońce. Bardzo krzyczy.
     Lasek nie jest bezpański, mimo tego, co mówili w
Łabędzicach. Należy do Gospodarza z Lelijowic. I Gospodarz jest wściekły. Bo
wszyscy mu stąd drewno targają, a on nie ma już siły na to opałowe
złodziejstwo. Ja stoję w polu, ze stygnącą piłą w ręce, mówię mu coś o tym, że
nie ciąłem żywych drzew, że zawsze biorę tylko to, co martwe, no i w ogóle, że
to drewno przecież u niego i tak gnije, leży w wodzie, marnuje się.
     Gospodarz nie chce słuchać. Rzuca tylko: „Wynoś się
stąd. Patrz – tu wszędzie są laski: tam za rowem lasek, pod Dworakowicami też
zagajnik. Stamtąd bierzcie opał, a moją ziemię zostawcie”. Potem rusza w stronę
skorodowanego malucha, wtłacza do kabiny potężne ciało, trzaska drzwiami i
odjeżdża.
***
     Wstyd i zmęczenie. Rozpalamy ogień,
potem podłączamy w łazience „olejaka” do Magicznego Gniazdka. Piecyk szumi
dmuchawą, tłoczy ciepło. W wannie jest jednak i tak chłodno – przez zaklejone
kartonem okno pełznie mróz, sine smugi pływają w powietrzu.
     Później leżymy w łóżku i bawimy się
z Asią „w zimno” – wypuszczamy z ust parę i próbujemy zmierzyć, czyja jest
dłuższa.
     „Pod oknem, przyozdobionym w fantastyczne
stalaktyty, blisko ściany, na której zielona pleśń rozlała się malowniczymi
ornamentami, wśród miejsc zdobnych w czarne plamy, na płótnach przykrytych
podłą owczą skórą, leżał mój chory, wyciągnięty na plecach jak martwy”.
     Kominek tyka, pokój zaczyna się nagrzewać. Para
znika. W kuchni topnieją kwiaty na szybie.
     Przestaje rzęzić łożysko w zmarniętym komputerze.
Wklepuję notatki do pracy doktorskiej. Wyciągam kolejny cytat ze szkicu
fizjologicznego o woziwodzie, pisanego przez Aleksandra Baszuckiego. Szkicu
będącego wzorcowym produktem zaangażowanego dziennikarstwa. Dziennikarstwa
wyrosłego z despotyzmu i potrzeby wyzwolenia. W Rosji to właśnie car stworzył
pierwszą gazetę. Wydawana była w jednym egzemplarzu, czytano ją najbliższym
dworzanom, zawsze w obecności władcy. Car od początku położył łapę na mediach.
Beletrystyka stała się więc główną trybuną życia społecznego. Reportaże, formy
dokumentalne znalazły nowe kanały komunikacji: książki zaczęły przybliżać
życie, odkrywać nie przetworzoną, surową rzeczywistość. W połowie XIX wieku
szkice fizjologiczne zaczęły odkrywać zamknięte do tej pory światy, wprowadzały
czytelników tam, gdzie nie mieli siły zajrzeć sami, gdzie zaglądać nie chcieli,
nie mieli czasu, chęci, a może ich własna chęć rozlazła się w marności.
Baszucki pisał więc skromne, mało atrakcyjne tekściki, trudne do lektury z
perspektywy czasu, teksty, które – podobnie jak pozytywistyczne nowelki
wałkowane w polskiej podstawówce – nabierają sensu dopiero wtedy, kiedy
uświadomimy sobie, że są dokumentem, że opowiadają o konkretnych ludziach,
identyfikowalnych w rzeczywistości. Szkice takie trzeba czytać jak współczesny
reportaż – dotyczący naszego własnego świata, tego co dzieje się za oknem, w
sąsiedniej kamienicy, sąsiedniej wsi. Stąd właśnie te dziewiętnastowieczne,
mało znane teksty są tak chropowate, pozbawione artystycznych upiększeń. To
materiał doraźny, krzyczący o sprawiedliwość, interweniujący bezpośrednio,
świadomy swojej misji, pokorny formalnie.
     Baszucki pisze o woziwodzie – wnoszącym na piętra kamienic drewno i wodę,
o człowieku, który musi codziennie zasuwać, bez względu na samopoczucie, na
słabość. Nie może odpocząć ani godziny, bo wtedy się spóźni, nie doniesie
opału, wypadnie z obiegu, straci pracę. Nie może chorować, bo szpitale są
przepełnione, a nawet, jak go ktoś w szpitalu ulokuje, nawet jeśli się
wykuruje, to nie ma już po co wracać na swoją ulicę, ktoś wskoczy już na jego
miejsce, lokatorzy odprawią go z kwitkiem. „Wygnać woziwodę jest o wiele
łatwiej niż zgnieść czarnego karalucha; uwierzcie mi! Czarny karaluch to
władza; (...) w kuchni panuje moda na karaluchy, - a kto jest w modzie, ten
staje się władcą szczęścia, ten może i w biały dzień chodzić po stołach,
półkach, despotycznie kosztować każdego posiłku przed gospodarzem, rozmnażać
się i zakładać rodzinę w każdym kącie. <<Czarny karaluch – powiedzą wam –
„to stworzenie Boże; jak można by go było zabić? On przynosi domowi
szczęście>>; a woziwoda, cóż to takiego? Wiadomo, facet po prostu! On
tylko przynosi wodę i drwa; no i wszędzie przy tym śmieci; zresztą, nikt go nie
zabija; przecież jemu się po prostu daje wymówienie... Tylko
wymówienie!”.
     W kominku dogasa biurko przywiezione
dziś spod uczelni.
     Piszę o dziewiętnastowiecznych mass-mediach i myślę
o współczesnym dokumencie, o tym, że reportaż i teraz zagrzebuje się, ukrywa w
beletrystyce. A może to ja sam tonę w literaturze? Może to ja tylko więcej
prawdy zaczynam w niej dostrzegać niż w zestandaryzowanych depeszach, może
jedynie ja więcej życia wyczuwam w tekstach sprzed stu pięćdziesięciu lat niż we
współczesnych kolorowych reportażykach? Dlaczego łatwiej mi odnaleźć prawdziwą
Rosję w swoim polskim pegeerze niż we współczesnych telewizyjnych doniesieniach
z Kremla produkowanych przez chłopaków w skórzanych kurtkach i stalowych
garniturach?
     Czuję ból w skroniach. Wyłączam komputer. Dokładam
grubszych konarów, tych z lasku pod Lelijowicami. Nurkuję pod kołdrą, pod
kocami i śpiworem.
     Zasypiam powoli. Czuję, jak kiełkuje we mnie
potrzeba porządku – potrzeba ładnego, cichego samochodu, eleganckiego poloneza,
czy przypicowanego golfa z megabasem. Rodzi się we mnie postpegeerowska
stabilizacja. Akceptuję kwietniki w oponach, bielone krawężniki, różowe,
wymuskane bloczki, z których leci węglowy dym, w których jest pewnie ciepło,
bezpiecznie. Zaczynam tęsknić, za tym, co opisywałem w reportażach, a czego nie
rozumiałem. Ogródki, zagony, plastykowe okna. Małe, konsumpcyjne marzenia.
Wszystko to rodzi się z obrony przed chaosem, biedą. Bo świat wokół rozpada
się, rdzewieje, bezlitośnie wtłacza na margines.
     W nocy śpię źle. Znów męczy mnie koszmar. Jadę
samochodem, zatrzymuje mnie drogówka i zabiera mi dowód rejestracyjny. Ja
jeszcze krzyczę, że jeżdżę dziesięć lat, nie spowodowałem żadnego wypadku, a
więc moja bryka i tak jest bezpieczniejsza, niż jakiś opel calibra z głębokim
bieżnikiem i tuningiem, który wyprzedza na trzeciego i grzeje stówą w
zabudowanym. A na dobre opony, na działający hamulec ręczny, na zredukowanie
luzów na kierownicy – po prostu mnie nie stać. Krzyczę jeszcze, że nyska nie
spełnia żadnych norm, taka już wyszła z fabryki, zawieszenie robi się i tak
tylko na przegląd techniczny, a tydzień później nowe drążki mają już luzy.
Tłumaczę policjantowi, że nie jestem winien również wyciekom oleju, bo silnik
nysy zawsze się poci. Owszem, są kierowcy, którzy na kontrole policyjne
podkładają pod blok szmaty, ale takie gałgany mogą się zapalić, nie chcę
samochodu picować w taki cwaniacki sposób. Policjant kiwa głową, chyba mnie
zaczyna rozumieć, uśmiecha się, ale nagle dostrzegam, że ma uniform pracownika
energetyki. Stoimy przy domu, Asia się kąpie w wannie, włączyła „olejak” do
Magicznego Gniazdka. A pracownik energetyki patrzy na licznik, wyciąga jakieś
mądre urządzenie, odkrywa naszą tajemnicę walki z zimnem, dociera do Magicznego
Gniazdka. Zaczynam mu opowiadać, że tutaj pół wsi ciągnie pozalicznikową
energię i to bezczelniej, nie na czas kąpieli, tylko całą dobę. Słowa gasną mi
jednak na ustach, bo o czym tu gadać, jak się z tej czarnej magii energetycznej
usprawiedliwić?
***
odcinek szósty
|