dziennikarze wędrowni




peregrynacja



wędrówka   strona główna


 tygodnie: I   II   III   IV  


 wrocław'02 - tydzień piąty


  Piątego tygodnia przyszło decydować. Deszcz trochę osłabł, chodnik pił resztki wody. Minęliśmy właśnie komisariat na Grunwaldzkiej, dumę i przekleństwo dzielnicy, kamienną perłę małego bermudzkiego trójkąta. Za dawnych czasów bili tu podobno politycznych, turbowali drobnych opozycjonistów, Grunwaldzka budziła w wieczornych rozmowach strachliwy skurcz twarzy. Teraz biją margines. Skąd wiem? Drobny kieszonkowy chłopaczek błyskał na Mazurach złotym łańcuszkiem i opowiadał o tym jak trafił niedawno na wrocławską Grunwaldzką, jak zamknęli go w żelaznej szafie i walili pałkami, łomotali surowo, sprawiedliwie, mrocznie. Łomoczą i innych - twardych marginesiaków i delikatnych squatersów. Ja sam poznałem mury komendy, szczelny olej na ścianach celi, chłód korytarza i tak dalej. Ale nikt mną nie łomotał. Na komisariat zostałem zaproszony przez zmęczonego policjanta, ściągnięty przypadkowo z ulicy w głąb komendy wyświadczyłem przysługę funkcjonariuszom, stanąłem w szeregu z nocnymi ludźmi o twarzach portretowo-pamięciowych, oglądałem zza krat przyjezdne eleganckie panie, które parskały śmiechem i mówiły, że "to żaden z nich", to znaczy żaden z nas, a więc ani nocni ludzie, ani ja. Nie dowiedziałem się nawet nigdy czy cieszyć się, czy żałować, że "to nie ja". Nie poznałem reguł rządzących komendą (wszystko zostało zresztą przepowiedziane: wiele miesięcy wcześniej Tola Pszenaj - były prezes kolei białoruskich, minister spraw zagranicznych syberyjskiej Zony - stanął przy szlabanie Nowego Jeruzalem, my z Łepkowiczem ruszaliśmy w dół, wieczornym lasem, a Pszenaj machał ręką na pożegnanie i powtarzał: "Nie wiecie chłopcy, w jakiej grze bierzecie udział. Cały Wszechświat was obserwuje, cały Wszechświat"). A więc nie znam jeszcze ani reguł gry w Zonie sekty Wissariona, ani reguł gry na komisariacie na Grunwaldzkiej, choć wierzę że cały Wszechświat nas obserwuje, wiem to z pewnością i poznam szczegóły, choć jeszcze nie teraz, jeszcze czas, nie mówię więc nic Łepkowiczowi, nie wspominam pobytu na komendzie, idziemy dalej, burczymy tylko coś o squatersach, tych, co ich przymknęli na Grunwaldzkiej po najeździe na Reja 69, squacie na ogródkach działkowych, najbardziej pokojowym i prężnym dotychczas, choć teraz squat znikł już z mojej dzielnicy. "Byłem tam niedawno, mało się nie zakopałem w szutrze, w miejsce domu budują jakieś szklane gówno" - rzuca Łepkowicz, ja nic nie odpowiadam, bo sam wiem, że squat na Reja nie istnieje od przeszło dwóch lat, wiem, że burżuje-krokodyle-genetyczne- tuczniki wgryzły się już nawet w działkowe ogródki, wpełzły na wały, jak tylko opadła woda po wielkiej powodzi. Rzeka wróciła do koryta, a plastykowe tuczniki rzuciły się w stronę koryta razem z nią, zakryły ziemię folią, rozwinęły nową trawę, skuły drogę kostką puzzle, wydarły emerytom nielegalne altanki. Nie starczyło im jeszcze sił i środków, by ujarzmić Odrę do końca. Genetyczne tuczniki pozostawiły zgliszcza, ruiny rozoranych ogródków i wyszły, utrzymując w kontroli jedynie trotuar po wschodniej stronie rzeki. Teraz jednak poczuły się znów pewniej, stawiają u bram działkowych ogródków szklaną wieżę, biurową strażnicę u nowych granic kościejowej krainy.

 Deszcz wrócił kolejną falą. Komisariat znika w szarym zimnie.

 Decyzja została podjęta. Skręcamy na północ. Zdecydowaliśmy równocześnie, zaraz po spotkaniu z kobietą o celulozowych włosach. Kobieta stała na ulicy, ściskała w garści samochodowego pilota i tłumaczyła otyłemu Kenowi, że musi jechać do serwisu, wymienić żarówkę świateł stopu. Skręciliśmy zgodnie w Górnickiego, zanurzyliśmy się w puste, północne ulice. Bo na jarmarczną makietę na zachodzie nie starczy sił. Jeszcze nie. Wybieramy drogę dłuższą, dziką, opuszczoną - bez lokali, spożywczych sklepów, warzywnych kiosków. Przed nami skwery, podwórka, miejskie stawy. Idziemy w stronę Nadodrza, browaru na Jedności, "Arki" na placu Świętego Macieja. Płynie dalej poranny deszcz. Czeka nas szmat pustkowia, dalej kolejna wyspa Trójkąta, sieć lokali Gastronomicznej Spółdzielni Inwalidów, przyjaznych knajp z gęstą firanką. Byle którakolwiek była otwarta.



foto: filip łepkowicz


tydzień szósty



wędrówka   strona główna

© dziennikarze wędrowni