archiwum

zima'03/04
str. 1   str.2


wędrówka  strona główna


         etap pierwszy

nysi zaczątek - etap drugi


  Nysa mruczy czyściutko, miarowo. Przed nami biała, wyślizgana droga. Maciek trzyma pięćdziesiątkę. Ja tłumaczę specyfikę pojazdu. Pilnuj temperatury, mówię, temperatura najważniejsza, nie może przekroczyć osiemdziesięciu stopni, wtedy łatwo przegrzać silnik. A więc pamiętaj Macieju, powtarzam dobitnie, pamiętaj, że tylko ten wskaźnik powinien dla ciebie istnieć. Prędkość nie ma znaczenia, nyską zawsze jedziesz sześćdziesiąt pięć, w zimie pięć dych, licznik nie stanowi. Nie prędkościomierz, a termometr dyktuje całą drogę: jeśli będzie na środku skali - nie czekaj - zatrzymaj się, otwórz kieszeń plandeki, napuść mroźnego powietrza. Jeśli przekroczy połówkę - wskazówka potrafi skoczyć znienacka, w ciągu kilku chwil osiągnąć setkę, zagotować koncentrat, wywalić zieloną ciecz na szybę. Bądź więc czujny, kontroluj ciepłotę i jedź.

  Tyle mówię na głos. Reszty wypowiedzieć nie mogę. Nie tłumaczę Maćkowi, że wiem, co znaczy pusta chłodnica, szaleńczo skacząca wskazówka, że wiem, co to źle planowana głowica, że wiem jak łatwo zarżnąć silnik, kiedy przegrzejesz pojazd, kiedy zajeździsz nysę pędząc bez ustanku, bez opamiętania, w czarcim, ślepym galopie, wciąż wprzód, aż do wyprucia bezpieczników z bloku, do ostatniej kropli chłodniczego płynu. Wiem, bo pożyczyłem nysę biesowi, bo bies naszym wozem jeździł, woził doktorów, profesorów po starych fabrykach, elektrociepłowniach, wiódł ich przed nocne Śródmieście, to samo po którym wędrowaliśmy kiedyś z Filipem, w poszukiwaniu knajp Gastronomicznej Spółdzielni Inwalidów. Knajpy kurczą się, podgryzane przez Kościeja, zżerane przez silikonowe centrum, przez diabelską ułudę. Nasz bies-nysi-morderca był jednak inny, nie tak prosty, nie tak oczywisty jak Kościej. Nie był zły z pozoru, ale wyzwalał Zło wokół, zostawiał je - nie wypowiedziane, ale namacalne.



  Nie potrafię jednak o czarcie mówić, nie mogę o nim pisać, wrzucam kartę magicznego dokumentu do szuflady. Wyrywam ją z dziennika podróży, ukrywam, choć diabeł nie był literacką stylizacją, choć urywek jest na wskroś dokumentalny, choć postać realna była, namacalna tak samo jak Gienek-olbrzym, jak Marta-czarownica, jak sługi Kościeja. Chylę jednak czoła, wysłuchuję zastrzeżeń kompanów podróży, obaw bliskich przestrzegających przed pochopnym opisem tego, co dziś tak dziwi, tego, o czym przestaliśmy być zdolni pisać, czego nie potrafimy już mądrze nazywać, określać. Nie potrafię udźwignąć zadania, pozostawiam dokument niedopowiedziany, postrzępiony. Pojmuję, że straszny moment wyrwania biesa na świat, wszystko co stało się we wrocławskim pokoju, w oficynie na brzegu Odry, wszystko to wydobyć i poskromić może inna zupełnie podróż, potężniejsza, dojrzalsza, za wiele lat być może.

  Dlatego więc zamiast strasznej opowieści rzucam tylko: "pilnuj", wskazując na deskę rozdzielczą, ale Maciek zerka na liczniki beze mnie, czuje już nysę każdym nerwem.

  Jedziemy powoli, nie pomni braku dowodu rejestracyjnego, nieustraszeni. Nie boimy się mrozu, późnej godziny, policji. Czasem tylko Maciek patrzy ponad nawierzchnię, myśli chyba o Magdzie, która czeka w Gostolnie. Ja myślę o Asi, dalekiej, nieosiągalnej teraz. Oddzielonej roamingiem, granicą, pieniędzmi na międzynarodowy bilet.

  Jedziemy.

  - Znajdziemy stację diagnostyczną - mówi Maciek.
  - Znajdziemy - odpowiadam i podkręcam magnetofon.

  Rosyjska grupa Kino bębni w pustej kabinie, Coj śpiewa tym razem o ósmoklasistce. Przelatujemy po oblodzonym moście i zanurzamy się w Oławie.

  - Temperatura? - pytam.
  - W normie - powtarza Maciek po raz kolejny z rzędu.

  Sylwester, godzina szesnasta. Po lewej wyrasta stacja diagnostyczna.

etap trzeci


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni