|
archiwum |
|
nysi zaczątek - etap drugi
Nysa mruczy czyściutko, miarowo. Przed nami biała, wyślizgana droga. Maciek trzyma pięćdziesiątkę. Ja tłumaczę specyfikę pojazdu. Pilnuj temperatury, mówię,
temperatura najważniejsza, nie może przekroczyć osiemdziesięciu stopni, wtedy łatwo przegrzać silnik. A więc pamiętaj Macieju, powtarzam dobitnie, pamiętaj, że
tylko ten wskaźnik powinien dla ciebie istnieć. Prędkość nie ma znaczenia, nyską zawsze jedziesz sześćdziesiąt pięć, w zimie pięć dych, licznik nie stanowi. Nie
prędkościomierz, a termometr dyktuje całą drogę: jeśli będzie na środku skali - nie czekaj - zatrzymaj się, otwórz kieszeń plandeki, napuść mroźnego powietrza.
Jeśli przekroczy połówkę - wskazówka potrafi skoczyć znienacka, w ciągu kilku chwil osiągnąć setkę, zagotować koncentrat, wywalić zieloną ciecz na szybę. Bądź
więc czujny, kontroluj ciepłotę i jedź.
Nie potrafię jednak o czarcie mówić, nie mogę o nim pisać, wrzucam kartę magicznego dokumentu do szuflady. Wyrywam ją z dziennika podróży, ukrywam, choć
diabeł nie był literacką stylizacją, choć urywek jest na wskroś dokumentalny, choć postać realna była, namacalna tak samo jak Gienek-olbrzym, jak
Marta-czarownica, jak sługi Kościeja. Chylę jednak czoła, wysłuchuję zastrzeżeń kompanów podróży, obaw bliskich przestrzegających przed pochopnym opisem
tego, co dziś tak dziwi, tego, o czym przestaliśmy być zdolni pisać, czego nie potrafimy już mądrze nazywać, określać. Nie potrafię udźwignąć zadania, pozostawiam
dokument niedopowiedziany, postrzępiony. Pojmuję, że straszny moment wyrwania biesa na świat, wszystko co stało się we wrocławskim pokoju, w oficynie na
brzegu Odry, wszystko to wydobyć i poskromić może inna zupełnie podróż, potężniejsza, dojrzalsza, za wiele lat być może.
|
|
wędrowiec © dziennikarze wędrowni |