archiwum

zima'03/04
str. 1   str.2


wędrówka  strona główna


         etapy: pierwszy  drugi

nysi zaczątek - etap trzeci


  Trafiliśmy na Dobrego Diagnostę. Najpierw Maciek zaparkował nysę przed przeszkloną stacją przeglądów, zamykaną właśnie. Personel szykował się już do Sylwestra. Maciej sforsował jednak drzwi, widziałem, jak staje przed plastykowym kontuarem, jak leci mu z głowy czapka-uszanka, jak się w swoją kędzierzawą głowę drapie, tłumaczy. Maciek mówił, żeśmy właśnie kupili nysę, że jedziemy na Sylwestra i nie wiemy, czy jest sprawna, nie mamy przeglądu, a przed nami ponad czterysta kilometrów i może by się dało coś zrobić. No i wtedy właśnie mu ta czapka poleciała i Dobry Diagnosta powiedział, żeby wjechać na kanał. "To kolega wjedzie, bo ja jeszcze nie potrafię" - odrzekł Maciek. Diagnosta skinął głową, ja siadłem za kółko, wrzuciłem jedynkę - inaczej ułożoną, niż w mojej własnej nysce, bo ja mam czterobiegową skrzynię, a u Maćka pierwszy bieg wchodzi do tyłu, to znaczy dźwignię trzeba dociągnąć do fotela i potem w stronę paki. A więc wrzuciłem z namaszczeniem bieg i wjechałem na kanał. Diagnosta obejrzał samochód od spodu. "Cieknie" - rzucił. "Cieknie" - potwierdziliśmy. "Poci się silnik" - dodał diagnosta. "Albo spod serwa idzie" - powiedziałem, bo u mnie właśnie płyn hamulcowy leje się z podwozia. "Zawsze się leje. Zawsze cieknie. Nysa musi cieknąć" - uciął Dobry Diagnosta. Potem włączył komputer, sprawdził zawieszenie. "Serce rośnie, jak się patrzy na nysę w takim stanie" - powiedział, a ja poczułem dumę, że dobrze Maćkowi doradziłem, że wyszukałem nienaganny egzemplarz. "Tylko lewy hamulec nierówno bierze" - dodał, potem ściągnął koło i trochę hamowanie skorygował. W końcu podbił przegląd, nie wziął ani złotówki ponad taryfikator. Życzył dobrej drogi.

  No więc jedziemy wprzód, podekscytowani rozprawiamy o istocie Dobra, o tych, którzy patrzą na pojazd, a nie tabele norm. Trzymamy ciągle pięćdziesiąt, śnieg coraz bardziej rozjeżdżony. Magnetofon lekko faluje, zwalnia. My jednak nie poddajemy się, wrzucamy legendarną grupę "Nautilius-Pompilius", wsłuchujemy się w piosenkę "Tutenhamon" w wersji akustycznej.

  Do Wrocławia wjeżdżamy triumfalnie, z legalnym przeglądem rejestracyjnym w kieszeni. "Zjedziemy na popas, zadecydujemy co dalej" - mówi Maciej, ja kiwam głową.

  Siedzimy u maciejowej rodziny, jemy ciepłą zupę, rozprawiamy o marszrucie. Pieniądze wydaliśmy wszystkie. Starczyło akurat na zakup pojazdu, najtańszy olej "selektol" i pięćdziesiąt litrów gazu. Nysa dochodzi do piętnastu na sto, ale teraz pojazd nieobciążony, droga pozwala na jazdę na najwyższym biegu, a więc winniśmy spalić mniej litrów. "Nie mamy jednak żadnych zapasów, żadnego funduszu w przypadku awarii" - frasuje się Maciek. "Nie mamy" - przyznaję, bo i ja sam pieniędzy nie posiadam.

  Z drugiej strony wiemy, że samochód jest wyekwipowany, że stan idealny, że w Sylwestra podróż musi być szczęśliwa, że nowy rok powinniśmy przywitać wraz z Magdą w Gostolinie. Maciek dzwoni jeszcze do żony, rozważają ryzyko podróży. Magda w końcu doradza pozostać na miejscu mimo rozłąki.

  My jednak wiemy już, że ruszymy. Wbrew obawom, przestrogom, wbrew własnym lękom. "Podróż musi trwać" - stwierdza kompan w drodze, ja poważnie kiwam głową. Przed blok wychodzi więc rodzina Maćka, oglądają samochód, dają nam żywność, plastykowe modele samolotów, latarkę. Dzięki latarce będziemy mogli kontrolować wskaźniki (wewnętrzne oświetlenie nie działa).

  Siadamy więc - Maciek za kółko, ja na przednie siedzenie, uzbrojony w elektryczne światło i zestaw narzędzi. Śnieg skrzy się na jezdni, rodzina macha, my ruszamy, ślizgając się po przysypanym bruku.

  "Moi bracia" - rzuca Maciej, patrząc w samochodowe lustro. "Braciszkowie moi wyjeżdżają. Znikają w Anglii, Norwegii. Jadą dla szmalu i ten wyjazd boli" - przekrzykuje silnik i nie mówi nic więcej.

  Za nami znika puste miasto. Pola czarne, jezdnia błyszcząca. Zakładamy czapy, rękawice. Idzie mróz, coraz większy. To, że nie wyrabia ogrzewanie z silnika, że dwa przednie wiatraki walą na szybę chłodną strugą - nie budzi mojego zdziwienia. To często się zdarza. Ale że kabiny nie zdołała ogrzać potężna dmuchawa autobusowa umieszczona pod siedzeniem pasażera - to już mnie zdumiewa i niepokoi. Z kratownicy idzie ciepło, my jednak drżymy coraz mocniej. Z ust dobywa się para. Silnik chodzi jeszcze miarowo. Na razie.

  Milczymy. Aparaty komórkowe gubią resztki energii, w końcu milkną i znikają bezużyteczne wśród bagaży. W podróży pozostaliśmy sami.

etap czwarty


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni