|
|
Schyłek zimy
odcinek 6
     Budzę się wymęczony. Gardło mam zawalone chorobą. W
szybę wali Barbara. Mówi, że przyjechała energetyka. Nie kontrolują jednak
instalacji. Wycinają gałęzie i drzewa, które zaczynają już sięgać drutów.
     Wybiegam z
domu. Od strony sołtysa wyległo pół wsi. Każdy krząta się koło swojego płotu,
ściąga gałęzie i chowa je na podwórzu. Pracownicy energetyki zapowiedzieli, że
wrócą za pół godziny. Te trzydzieści minut dają wieśniakom na zgromadzenie
opału.
     Biorę z szopy piłę, leję do zbiornika olej, mieszam
benzynę, zaciągam ssanie. Odpala za pierwszym razem. Biegnę na zakręt. Widzę,
że poległa piękna lipa, na którą patrzyliśmy zawsze z kuchni. Nie żałuję jednak
widoku, szatkuję łapczywie pień na mniejsze kawałki. Asia podjeżdża „nyską”,
wrzucamy pniaki na pakę. Czuję technologiczną przewagę. Bo na to drewno miały
pewnie chrapkę i bliźniaki zza wiatraka i wioskowe chłopaki i uboga rodzina z
bloczków. Ale tylko my mamy „nyskę” i piłę. Mimo naszego ubóstwa i zbieractwa,
jesteśmy tutaj drzewnymi magnatami. Działamy szybko i skutecznie. Jesteśmy
przygotowani na kryzys. Przetrwamy.
***
     Kupuję flachę i jadę do Lelijowic.
     Wiecie gdzie mieszka facet od żółtego malucha? Ten, co ma lasek za
stawem?
Dzieciaki
pokazują gospodarstwo na końcu wsi. Podchodzę do bramy i widzę skarby: na
dziedzińcu stoi trzydziestoletni, ciemnozielony mercedes „kubuś”. Za nim
skrzyniowy żuk, traktor, spych. Pod zadaszeniem leżą czarne, foliowe worki.
Dalej sterta drewna.
     Gospodarz podchodzi nieufny,
zmieszany. Zaczynam tłumaczyć, że nie chcę, żeby zaległ cień między nami. Nie
chcę odwracać głowy w bok za każdym razem, kiedy będę przejeżdżać przez
Lelijowice. Nie chcę, by on odwracał głowę, kiedy zobaczy nysę. Wyciągam wódkę
i próbuję mu ją wręczyć przez płot. Wszystko wychodzi jakoś niezręcznie.
- Boże, po coś się tak chłopie wykosztował? Toż to kupa forsy. To ty weź sobie za
to jeszcze dwie nyski mojego drewna. Jedź na pole, wyładuj samochód pod dach.
Czekaj, dam ci coś jeszcze!
Prowadzi
mnie w stronę czarnych worków.
- Bierz, ile uniesiesz. To owijka z rur, będziesz miał ciepło w ciągu
minuty.
>Pomaga
nieść ekologiczną bombę do samochodu. Potem staje jeszcze ze mną przy bramie,
rzuca:
- Co oni z nami wszystkimi zrobili? W co oni nas przerabiają? – i stoi w
tej nagłej
zadumie, w tym niespodziewanym filozoficznym zamyśleniu. Zaciska ręce na
płocie, potem odwraca się, patrzy na wieś, mówi:
- No i spójrz, jak on jedzie. Zajeździ go, nie wolno tak zwierzęcia
męczyć. Żal patrzeć.
Przez
Lelijowice kłusuje panicz na koniu z miejscowej stadniny, pędzi w chmurze
oparów. Z kominów wali spalona owijka.
***
     Po południu dzwoni do nas Lucek. Stanął w połowie
drogi z Wrocławia. Zabrakło mu paliwa. Ściągam „golfa” sąsiada, suniemy białą
drogą na stację benzynową. Z nagrzewnicy bije jak z pieca. Czuję radość.
Namiastkę luksusu. Mamy przynajmniej samochód z porządną farelą.
***
     W niedzielę próbuję znów uruchomić piłę. Asia mówi,
żeby nie dziś. Ja się boczę, tłumaczę, że wycinka to praca niezbędna, że nie
będę się z nią kryć tylko dlatego, że wieś nas później zacznie obgadywać. W
sprawie tej niedzieli nie możemy się jakoś od dawna porozumieć.
     Koniec końców piła i tak nie odpala. Padła
definitywnie. Nie pomogło rozkręcanie, suszenie, czyszczenie świecy drucianą
szczotką. Silnik milczy. Na domiar złego poszedł napinacz, łańcuch zwisa luźno
z prowadnicy.
     Zaczynam rozumieć, że kupiłem złą piłę. Że w ogóle
nie powinno się kupować takiego sprzętu bez gwarancji. Tym bardziej
przechodzonego w lesie. Szczególnie piły o tak małej mocy, zabawki która nadaje
się tylko do gałęziówki, amerykańskiej jednorazówki, którą podobno w Stanach
można nabyć na stacji benzynowej za dwadzieścia dolarów.
     Piła idzie w kąt. Jest ładna, żółta, stylowo
poobijana. Ale nie działa.
Idę jeszcze do owczarni, próbuję poradzić się Lucka, spędzamy przy sprzęcie kilka
godzin. Bez rezultatów. Wyrok jest nieubłagany.
     Lucek mówi, że może to przez złe towarzystwo. Bo mój
sprzęt leżał obok „drużby” Lucka. A „drużba” to pilarka, która się boi drewna.
Działa tylko w pomieszczeniu. Kiedy wynieść ją na dwór, kiedy piła zobaczy
pniak, czy konar – natychmiast gaśnie. Lucek dawno już mnie ostrzegał, żeby nie
kłaść mojej amerykańskiej pilarki obok jego. Mówił to poważnie, bo reguła się
potwierdzała, sam widziałem, że „drużba” wyłącza się bez powodu, widziałem, że
zaczyna prychać, kiedy tylko zacząć mówić o wycince. Ja jednak zlekceważyłem
Lucjanowe ostrzeżenia. Śmiałem się, kiedy wynosił moją piłę z owczarni, kiedy
kładł ją w sąsiednim pomieszczeniu. Kiedy gromił mnie za lekkomyślność i kazał
mówić szeptem o planowanym cięciu drewna, „tak, żeby ona nie usłyszała”.
Moja piła zeszła na złą drogę. Znarowiła się. Trafi na złom.
Tak oto następuje koniec naszej przewagi technologicznej nad wsią.
***
     Nie wytrzymujemy. Kupujemy opał. Przyjeżdża do nas
Stanisław Wielki, kierowca ciężarówki, który mieszka kilka wsi dalej. Ma
szeroki uśmiech, dziecięcy charakter pisma, wielkie czarne wąsy i na wskroś
uczciwe, może nazbyt naiwne podejście do ludzi. Sprzedaje nam drewno po
kosztach, osiem dych za kubik. Zwalamy klocki z przyczepy, on opowiada, że
dostał ten opał zamiast gotówki. Zawiózł swoje buraki do skupu za Jelenią Górę,
jechał przeszło sto pięćdziesiąt kilometrów. Wyładował towar, a właściciel
skupu powiedział mu wtedy, że nie ma gotówki. I że ostatecznie może mu dać w
zamian drewno. No i Wielki został z tym drewnem, trzyma na podwórzu
kilkadziesiąt kubików i nie wie, co z nimi zrobić.
- Ale wiesz, że może w przyszłym roku też mu zawiozę tam buraki. Bo
widzę, że ty jesteś dobry chłop, lubię cię. Wezmę to drewno i przywiozę je do
ciebie. A tym mi oddasz pieniądze, kiedy będziesz miał – mówi Wielki, ja cieszę
się z tej propozycji, chociaż trochę mi Stanisława szkoda, bo przecież nie raz
już się na tę uczciwość naciął.
Zrzucamy brzozę i dąb do piwniczki. Potem Wielki przyznaje się, że dojechał do nas na
oparach. Ma końcówkę ropy, boi się, że nie wróci do siebie.
     Idę do Jacka. Jest na chodzie.
Uśmiecha się miękko, mówi coś do mnie, chwali się, że dał znów w palnik. Wręcza
mi butelkę oleju. – To transformatorowy. Powiesz Wielkiemu, będzie wiedział o
co chodzi. Jak się nie boi – niech leje. Ja na tym jeżdżę.
     Paliwo jest żółte i gęste jak
galareta. Stanisław nie słyszał o oleju transformatorowym. Obawia się efektów.
Kręci głową.
- Co się tu dzieje? Co ludzie zaczynają wymyślać? – dziwi się. – Ale
silnik i tak do remontu – macha w końcu ręką i leje olej do baku. Odpala
ciężarówę i wyjeżdża z podwórka.
Ja stoję, patrzę na kłęby spalin, zaglądam do
portfela. Opał nas zrujnował.
***
     Jadę z Jackiem po zboże. Maryla żegna nas złym
wzrokiem. Docieramy do Swojakowa, ładujemy worki na pakę. Potem Jacek wyciąga
flachę i siada z kolegą z tyłu kabiny.
- Co, Maryla już wróciła? – pyta tamten.
- Wróciła – odpowiada Jacek. – Ale ja się zgnoić nie dam. Jak chce ode
mnie wyjeżdżać do rodziców, to jej sprawa. Ja mam forsy jak lodu. Jak mi się
zachce, to sobie w Środzie mogę każdą babę zafundować.
Kolega kiwa głową, klepie Jacka po ramieniu. Wychodzi.
     Ruszamy
w stronę domu. Jacek każe się jeszcze zatrzymać przed sklepem. Kupuje
szczeniaczka. Pije sam, szybciutko, zachłannie.
     Zaczyna mi opowiadać o pseudomafii.
O pakerach, którzy podjeżdżają do niego „merolami”.
O swojej niedawnej odsiadce w areszcie. O forsie.
- Ja się mogę zawsze napić. Stać mnie na to. Łebki i tak będą robić. Ja
mam swoje zasady. Pod samochód się nigdy nie położę. Po to im płacę, żeby
leżeli w smarze.
Jacek mówi mi jeszcze, że panowie z mercedesów i „beemek” zawsze go obronią, że
nikogo na wsi się nie boi. Opowiada, jak raz żołnierz pseudomafii podniósł przy
nim gołymi rękami „audicę”, bez żadnego lewarka. I to Jackowi ostatecznie
zaimponowało. Nie obraził się nawet, kiedy mafia przestała mu płacić za robotę.
To prawda - ostatnio upomniał się o pieniądze. Ale sztangista uśmiechnął się
tylko, wygiął na oczach Jacka jakiś pręt i wręczył mu dziesięć złotych za
lakierowanie.
- Wystarczy?
- Wystarczy – odpowiedział blacharz pokornie.
Jacek opowiada mi teraz to wszystko, a ja siedzę za
kierownicą i myślę, że przecież pseudomafia go przed niczym nie chroni, że
Jacek nie powinien bać się własnej wsi, że na pieńku ma z sąsiadami tylko przez
to, że bił się ostatnio z kimś pod „Dyziem”, czekał na kogoś na przystanku z
siekierą, no i w ogóle wszystkie te kłopoty wynikają z wódy, a wóda z Jackowej
słabości, z jego dobroci, z tego, że po znajomości robi samochody za flachę i
browara. Pewnie dlatego przypałętała się do niego ta nędzna mafijka, z jego
dobrotliwej głupoty połączonej z talentem majstra. Myślę o tym wszystkim i
milczę. Czuję, że powinienem Jackowi coś powiedzieć, ale nie potrafię.
***
odcinek siódmy
|