zima 2004/05


strona główna



  
   I     
   II    
   III   
   IV    
   V     

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - VI


Ojciec Pluskwy był podrzutkiem z sierocińca i pewnie dlatego tak bardzo chciał zbudować własny dom, że opowiadał o tym godzinami. Swoją żonę – i matkę Pluskwy – zbałamucił właśnie swoim ożywionym paplaniem o ścianach, które wymuruje. Patrząc na jej piersi krągłe jak kopuły na cerkwiach dostawiał – słowo po słowie – kolejne piętra. Wierzyła mu. Był zdecydowany i oczy błyszczały mu jak w gorączce. Skoro obiecał jej dom, to na pewno – myślała – stworzy go choćby z niczego, tak ładnie przecież o tym mówił.

Tymczasem budował domy dla innych, a z rodziną mieszkał wpierw w hotelu robotniczym, potem w dwupokojowym zakładowym mieszkanku. Niemal nie zwracał na to uwagi. Nie przeszkadzały mu pieluchy schnące pod oknem i klocki rozrzucone na podłodze. Wciąż rozmyślał o domu, który będzie prawdziwym domem, nie jakąś tymczasową sypialnią. Pewnego dnia zaciągnął żonę poza miasto, na jałowe wzgórze upstrzone plackami krowiego nawozu wyschniętymi na wiór. Gdy wdrapali się na nie, objął ją, aby podtrzymać ją siłą swojego żylastego, chociaż chudego ramienia. Jej się jednak zdawało, że on tak w przypływie nagłej żądzy i uświadomiła sobie raptem, jak bardzo jej ostatnio brakowało jego uścisków. Lecz on nie zamierzał gnieść pożółkłej trawy jej szerokim zadkiem. Zaledwie doszli na szczyt, odstąpił od niej kilka kroków i rozgarnął przed sobą powietrze płynnym ruchem siewcy.

Kupiłem ten grunt. Od lasku wedle szosy po tamte krzaki w dole. Tu pobuduję dom.

Rozczarowanie sprawiło, że żona jego uderzyła zaraz w ton biadoleń i złorzeczeń.

Nic nie pojmujesz, kobieto – powiedział łagodnie, kiedy zmęczyła się gniewnym miotaniem wokół niego. – Miasto będzie rosnąć, rozumiesz ty, co? A jak będzie rosnąć, to gdzie przylezie? Gdzie droga, słupy elektryczne i same nieużytki? Tu! Więc mi nie mów, żem głupio wybrał. Na razie tu dzicz i odludzie. Ale nadejdzie taki czas, że patrzeć se stąd będziesz na nowe osiedle jak jaka pani. Bo my tu będziemy mieli najpiękniejszy grunt. I nasz dom będzie najpiękniejszy. Żeby wszyscy podziwiali.

Znów uwierzyła, ucichła, podreptała z powrotem do dzieci podrzuconych na chwilę sąsiadce.

Nie dokończył jeszcze wykopów pod fundamenty, a już wydały mu się jakieś przyciasne i niegodne domu, który miał tu stanąć. To był początek ciągłych poprawek i dobudówek, które dom przemieniły w coś, co on sam nazwał pałacem. Mial chlop wyobraszne – stwierdził rzeczowo Helmut nadspodziewanie trzeźwym głosem. Opowieść Pluskwy dobiegała właśnie końca drugiej butelki.

Miał – przytaknął Pluskwa melancholijnie.

Lata uciekały, żona i dzieci widywały go tylko na pośpiesznie jedzonej kolacji – zmęczonego i mrukliwego. Pałac jednak dźwigał się ponad krowie odchody i zaschły perz. Lecz zanim przybrał ten kształt, który ujrzeliśmy zza zardzewiałej bramy obwieszonej strzępami pajęczyn, na pobliskich łąkach pojawiło się olbrzymie wysypisko śmieci. Ze śmieciami przywlókł się ciężki odór, muchy, skrzeczące rybitwy i tłuste szczury.

Tego ojciec Pluskwy nie przewidział.

Pewnego dnia przyszedł do nas urzędas – zachichotał raptem Pluskwa i przerwał, żeby zakaszleć. - Przyszedł – podjął, spluwając w ogień – przyszedł i powiada, że gdyby nie wyznaczono tu śmietniska, ojciec musiałby zburzyć to paskudztwo. Budował bez pozwoleń.

Tak, uwielbiamy być łaskawi dla beznadziejnych marzycieli, jeśli już zazdrościć im nie ma czego.

I pałac sobie stoi – dokończył, gładząc trzecią butelkę, opróżnioną dopiero co. Zasnął wreszcie przytulony do niej, jak do kochanki. Noc już ustępowała. Pałac płynął nad siną mgłą. Ziąb przenikał do kości. Dwa szczury podglądały nas z głębi mrocznego korytarza.


Wstałem z bólem głowy jęcząc i narzekając, co przebudziło także Pluskwę i Helmuta. Słońce stało w zenicie. Prażyło. Przez wybite szyby wpadał słabeńki, smrodliwy wietrzyk.

I co teraz? – spytałem głucho i wymownym gestem wyciągnąłem podszewki pustych kieszeni. Jak przystało na humanistę uwielbiałem momenty dramatyczne gdziekolwiek się pojawiały: w życiu czy w sztuce. Czekałem na przygnębiającą ciszę. Pluskwa był szybszy. Czknął i zaśmiał się ochryple. Potrząsnął butelką, którą wysunął ku promieniom słonecznym skośnie padającym z okna, a kiedy rozbłysła odbitym światłem, głośno zapewnił:

Z butelkami nie zginiemy.

Wiedział, co mówi. Worek butelek – naszych własnych i wygrzebanych ze śmietniska – zamieniliśmy w skupie na banknot i kilka monet, te zaś z kolei na piwo, chleb, pasztetową, jabłka i papierosy dla Pluskwy, a dla Helmuta i dla mnie landrynki.

Wieczorem ze śmietniska próbowali nas odgonić stali zbieracze. Przygotowane zawczasu leszczynowe kije przekonały ich, że tak łatwo nie ustąpimy.

Dwa tygodnie i stąd znikamy – negocjował Pluskwa. Kłębili się, poszeptywali, przestępowali z nogi z na nogę. Żal im było tych butelek, puszek i złomu, które możemy tu przez ten czas znaleźć. Ale na bójkę też nie mieli ochoty. Tydzień – powiedział szczerbaty w imieniu całej tej gromadki.

Dwa, kurwa mać – z mocą powtórzył Helmut, po czym doprawił słowiańskie przekleństwo przekleństwem niemieckim. Był niezłym aktorem. Sam bym się go przestraszył.

Szczerbaty podrapał się po nosie, zmrużył oczy i ostrożnie podsunął:

Bo gdyby tak, na ten przykład... eee... los rozstrzygnął, to czemu nie...

Mówił słodkim głosikiem, ale słodycz ta wydawała się lepka i odrażająca. Coś knuł.

Przecież nie będziemy rzucać monetą – zauważyłem. Wojownik, który pokonał pokrzywy nie może w tak śmieszny sposób rozstrzygać swojego losu.

Ale może by tak, tego, w szachy... – szczerbaty uważnie przyglądał się czubkom swoich butów. – Na ten przykład przegrana nasza to wy tu przez dwa tygodnie pany... remis... eee... to przez tydzień... no, a tego, wygrana, to poszli won, ma się rozumieć.

Zgodziliśmy się z udawanym ociąganiem i wypchnęliśmy Helmuta w przód, żeby nas reprezentował. Gromadka przyklasnęła radośnie. Szczerbaty zacierał ręce i chichotał. Byli pewni zwycięstwa. Chudy wąsacz, co stał pośród nich i z zakłopotaniem pochrząkiwał, ogrywał po knajpach największych cwaniaków i jeśli tylko ktoś zgodził się grać, to wąsacz trzeźwy i głodny na śmietnisko nie zachodził. Ufali jego niezwyciężoności.

Zagrali w cieniu sosnowego zagajnika przy kuchennym stole, przytaszczonym z bocznej pryzmy. Helmut nie dał wąsaczowi żadnych szans.

Uwielbiany dotąd wąsacz stał się ofiarą swoich wielbicieli. Szydzono z niego i wygrażano mu, a on kulił się, cofał chyłkiem. Nie wtrącaliśmy się. Przyglądaliśmy się tylko zamyśleni. Cóż, o wielkości człowieka decyduje gromada, nie on sam.


Śmietnisko stało się naszą własnością. Było piękne. Cały ludzki świat, wszystkie jego cywilizacyjne dokonania leżały sobie warstwa po warstwie pod nami. Mogliśmy w tym grzebać do woli. Wybrzydzać. Jeszcze nigdy nie miałem takiej władzy nad przedmiotami. Zazwyczaj to one miały władzę nade mną. Tylko śmietnisko – pomyślałem – wywyższa człowieka ponad rzeczy, które sam stworzył.

Pluskwa od dawna znał to uczucie. Matka wysyłała go z kanapkami do ojca, zajętego wznoszeniem pałacu. Pluskwa wchodził bojaźliwie do labiryntu korytarzy. Otaczały go zaraz groźne odgłosy odbite od pustych ścian. Najchętniej zaraz by stamtąd czmychnął. I zaledwie ojcu wcisnął kanapki, a ten, sobą zajęty i murami, już na niego nie spoglądał, Pluskwa wymykał się na łąkę. Kiedy łąka zmieniła się w śmietnisko wymykał się jeszcze chętniej i przed zmierzchem do domu nie wracał. Tam z kolei czekał go przecież gardłowy wrzask podpitej matki. Na śmietnisku było cicho i bezpiecznie.

Później żałował, że nigdy nie poczekał, aż ojciec przełknie pierwsze kęsy kanapki. Pewnie tamten zacząłby mu w końcu tłumaczyć, że pałac to właściwie nie pałac, lecz po prostu dom, ponieważ tu ma mieszkać rodzina, oni znaczy się, i pokolenia, które się dopiero narodzą. Wtedy Pluskwa może odważyłby się powiedzieć ojcu, że ten dom nie jest wcale taki ważny. Niech tata lepiej w warcaby z nim zagra i upomni matkę, żeby tyle nie piła. Co tam mury. Straszno w tych murach.

To znaczy Pluskwa powiedział ojcu o tych warcabach, o mamie, o pałacu, który nie był niczym więcej, tylko kupą cegieł sklejonych zaprawą. Odkładane od dawna zdania wylewały się z niego i mieszały ze sobą. Czasem przerywał, bo od szlochu brakowało mu powietrza.

Ojciec słuchał cierpliwie. Gapił się w chmury nie mrużąc wcale powiek. Leżał cichy, cichuteńki. Gdyby nie odrobina gęstej, zbełtanej z kurzem krwi przy jego głowie, można byłoby pomyśleć, że spodobało mu się wylegiwanie na trawie i do murarki już nie ma chęci.

Pluskwa nie widział, jak ojciec sfruwa z dachu swojego pałacu. Nie miał pojęcia, czy był to wypadek, czy też on sam tak chciał. Gdy przyniósł mu kanapki ze smalcem, ojciec już leżał opodal pałacowej werandy, skurczony jakiś i jeszcze mniejszy, niż za życia.

Moja siostra twierdzi – dodał Pluskwa po chwili zamyślenia i ruszył za nami w poszukiwaniu złomu i butelek – twierdzi, że ojca olśniło i dlatego on tak... pierdut z dachu. Olśniło go – tłumaczył cierpliwie, bo spojrzeliśmy na niego koso, podejrzewając, że coś kręci i przeinacza – że nic z tego pałacu nie będzie. Nigdy go nie skończy. Nie stać go było nawet na grzejniki. A choćby je kiedyś kupił, to na opał by zabrakło. Rozumiecie, w czym rzecz.


W przeciwieństwie do matki Pluskwa nie potrafił już drwić z ojca i z tego, co po sobie zostawił. Po pałacu oprowadzał nas z dumą. Bądź co bądź takiej plątaniny korytarzy i pomieszczeń jeszcze nie widzieliśmy.

Kawal solidnej i nikomu niepotszebnej roboty – ocenił z uznaniem Helmut. Wszyscy trzej sprawialiśmy takie wrażenie, jakbyśmy byli szczęśliwi, iż należymy do jedynego gatunku we wszechświecie, które jest zdolne do czegoś tak bezsensownie wzniosłego i bezużytecznego.




odcinek VII


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni