|
|
tygodnie:
I
II
III
IV
V
wrocław'02 - tydzień szósty

Idziemy już szósty tydzień, moja dzielnica została z tyłu, idziemy w szarość, plecami do kościejowego lenna, przed nami zdrowa tkanka miasta, smagana deszczem,
kamienna, szlachetna w swej starości. Bierzemy na przełaj podwórko, mijamy dachy z papy, grzęźniemy w ślepych zaułkach, zawracamy, szukamy bram bez
domofonów, znikamy w przepastnych wnętrzach, trzaskamy ciężkimi butami po kamiennych podłogach, podziemnych krawężnikach kładzionych na schodowych
klatkach, przechodzimy przez bramy samochodowe, tunele dla pieszych, znów na zewnątrz, znów pod deszcz, widzimy kolejne osiadłe samochody, znikł już za nami
pobejcowany żuk z butelką zatkniętą na bak i naklejką z banana, my znów w cieplejszym wnętrzu kamienicy, pniemy się do góry po ażurowych schodach,
wyglądamy przez szybę ściągniętą klejącą taśmą, z wysokości drugiego piętra wypatrujemy dalszej drogi, bo tu już podwórek nie znam, coraz częściej błądzimy, a
knajpy ciągle daleko, jesteśmy dopiero na początku pustkowia. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej, znów na dół, znów deszcz, trzeszczy drewniana weranda,
brzęczy rozchwiany trzepak, po lewej granatowy tarpan - piękny, szalony w swej przedziwnej linii, zgarbiony pod srebrną budą, w kabinie okrągła gałka zmiany
biegów, kierownica od dużego fiata, na drzwiach blacharska łatka. Nie wiemy jeszcze, że tarpan nie osiadł, że jeździ, że za tydzień minie nas, przejedzie z rykiem
wzdłuż skweru. Na razie zostawiamy tarpana, znajdujemy kolejne podwórko, radujemy się końcem deszczu, niebo szare, ale woda znika znów w burzówkach i
twardej ziemi podwórek. Za nami plackarnia na Górnickiego (ciągle blaszana, ciągle gęsta firankami, ale już droższa, nędzniejsza; nie zapomnę właścicielom dnia
kiedy skoczył gulasz, kiedy zażądali większej monety za placki z cukrem i śmietaną; nie zapomnę im dnia, kiedy ujrzałem miejscowego, który wszedł do wnętrza,
podszedł do blaszanego kontuaru i krzyknął na widok cennika, bluznął bezsilnym przekleństwem, wyszedł; ja przeżułem trzy placki, milczałem, ale lokal od tego dnia
omijam).
Zostawiliśmy więc smażalnię, magiel pachnący na całą ulicę krochmalem i dzieciństwem, zostawiliśmy dziki elektryczny kabel zwisający podstępnie między
kamienicami, za nami dwa podwórka, kiosk, w którym kupiliśmy za przeszło sześć złotych nowy "Przekrój" i "Tygodnik Powszechny". Idziemy teraz ulicą, a przez
skrzyżowanie przechodzi dziewczyna o szarych oczach, pyta o drogę, my coś tam ochoczo pokrzykujemy, ona dziękuje, rusza na wschód, a my dalej suniemy na
północ, krok miarowy, ja myślę o małym składanym stoliku, który powinienem mieć zawsze w podróży, o dwóch rybackich krzesełkach, białym obrusie,
"Zapraszam na podwórko, może by się pani ze mną napiła, zapraszam do mojej dzielnicy, nie może pani odmówić, małego brudzia. A potem choćby strzemiennego,
na dalszą drogę", siedzimy, w karafce jarzębiak, albo krupnik może, kulturalna rozmowa, serdeczna, szczera, podwórko skąpane w słońcu, "Trzasnął zajączka,
futrzak się nogami nakrył", niebo znów ciemne, "Co?", straciłem wątek, wizja prysła, idę dalej z Łepkowiczem, żadnego stoliczka nie ma, kompan w podróży
opowiada o wieczorynce, bo ja telewizora nie mam, boję się Kościeja, nie wiem co teraz idzie w eterze, a więc Łepkowicz opowiada, a ja zupełnie nie słuchałem,
muszę więc zapytać: "Co? O czym mówisz? Kto zajączka trzasnął?", "Uszatek trzasnął. Obrzydliwie grzeczny uszatek dostał w tym odcinku szału, wspomniał
słowiańskie korzenie i trzasnął zajączka-lizusa", "Naprawdę trzasnął?" - pytam z niedowierzaniem, zaintrygowany historią, "Naprawdę, tylną lewą nogą. A potem
zawiązał mu uszka. Sowę spieprzył z drzewa. Zwierzątka pytają - czy ty wstałeś lewą nogą? A ten nic nie odpowiedział tylko trzasnął następnego. Robił brzydkie
rzeczy". Pokrzykuję z zachwytu i przypominam sobie, że rzeczywiście był taki odcinek, że w uszatka wstąpiło kiedyś licho i zrzucił sowę z drzewa, Łepkowicz kiwa
głową, mówi, że on też oglądając bajkę pokrzykiwał, zacierał ręce z uciechy: "Je! Je! Siedziałem i kibicowałem, skakałem po tapczanie jak dziecko. Potem nagle
patrzę, a uszatek głowę opuszcza i wyjeżdża z tekstem: <<Jezu, przepraszam was przyjaciele. Co ja zrobiłem, wybaczcie moje złe zachowanie>>. A ja: <<stary, co
ty robisz! Szanuj twarz!>>. Nie pomogło, uszatek wrócił w kierat systemu, następnego dnia znów zaczął wstawać prawą nogą i walić morały", Łepkowicz mówi, a
ja zamieram, przed oczami ciągle widzę, jak krzyczy "Szanuj twarz" i nagle przypominam sobie inny głos, ten sam okrzyk: "Waldek, szanuj twarz!", tak krzyknęła
wiejska sklepowa, kiedy Waldek szepnął wstydliwie "jedno piwo poproszę, małe", ostatnie słowo wymówił prawie bezgłośnie, sklepowa poczerwieniała i ryknęła:
"Szanuj twarz, bo masz tylko jedną". Waldek zamówił pokornie duże piwo. Brzmi książkowo, ale historia zdarzyła się naprawdę - w Kroczewie - koło Złotopolic i
Gostolina, w którym mieszka Maciek Skawiński wraz z żoną Magdą, również dziennikarz wędrujący, on również walczy z carstwem Kościeja, razem tworzymy
manifest, spotykamy się czasem w podróży, opowiedział mi kiedyś w górskiej gospodzie historię Waldka, a potem ruszyliśmy na Sylwestra dojechaliśmy ładą pod
wieczór, wkoło śnieg, ja biegałem w radzieckim płaszczu wojsk pogranicznych, trzaskałem metalowym kanistrem i lałem benzynę w zimowe ognisko; okrutny,
barbarzyński, słowiański Sylwester, bulgotałem, szybowałem, z drabiny spadłem, dwa dni pod piecem leżałem, na sosnowej podłodze nowy wiek witałem.
Teraz idę z Łepkowiczem, dobijamy do Sienkiewicza, dalej wzdłuż Wyszyńskiego, milczymy, nasuwamy kaptury, ściągamy sznurki, idziemy dalej, czujemy znużenie
podróżą. Tak wchodzimy w siódmy tydzień.
tydzień siódmy
|