|
|
nysi zaczątek - etap czwarty
Oleśnicę mijamy ślizgiem. Ostatnie samochody znikają wśród blokowisk. Ich kierowcy niosą sylwestrowe butelki, ładują się do wind, chowają w ciepłych,
betonowych mieszkaniach. My walimy zaś samotnie główną trasą. Rozjazd w Spalicach przejeżdżamy w milczeniu. Obaj doskonale rozumiemy, że o skręcie w
twardogórskie lasy nie może być mowy. Bo choć droga przez Mikstad, Szadek, Wartę i Sikucin wydaje się prawdziwsza, piękniejsza niż gierkówka obłożona
klockami identycznych domków, to dziś musimy jechać gierkówką właśnie. Boczna droga jest kompletnie zawalona śniegiem. Forsowanie jej świeżą, nie ujeżdżoną
nysą byłoby szaleństwem.
Jedziemy więc na Bełchatów. Gęstnieje olej, trzaskają zawory, samochód łapie kołami koleiny. "A Filip?" - rzuca nagle mój towarzysz, próbując widocznie
rozmową oderwać nas od chłodu. "Ciekawe, gdzie Filip jest teraz? Czy spędzi Sylwestra z Kasią, czy znów musi pracować w wielkopolskiej redakcji
ekspresowego, kolorowego dziennika? Czy wędruje?" - Maciej mnoży pytania, ja odsuwam się od nieszczelnej szyby, sięgam ręką za oparcie, dotykam
dmuchawy. "Filip wywędrował z Dzielnicy, zostawił Wrocław. Osiedli z Kasią w Poznaniu, z dala od Gastronomicznej Spółdzielni Inwalidów, daleko od szarych
podwórek i ciepłego Bermudzkiego Trójkąta" - rzucam i wspominam nagle, jak siedziałem w nowoczesnym robotniczym hotelu, wśród szkła i plastyku, jak
patrzyłem za okno na wybujałe drzewo i słuchałem Kasi. A Kasia opowiadała o pracy w Poznaniu, o szefie z epoksydem w oczach, przeżartym ambicją awansu w
prestiżowej firemce wyzyskującej pracowników. Kasia czytała co dzień regulamin wiszący na ścianie, zakazujący rozmów przez telefon, wyjścia do toalety bez
pozwolenia, wyjścia do drugiego pokoju, Kościej wie czego tam jeszcze. Skanowała, obrabiała zdjęcia, brała siedemset złotych miesięcznie i tkwiła całe dnie i
wieczory w prestiżowej piwnicy z małym okienkiem. Aż pewnego razu wydarzyło się coś niezwykłego. Przez lufcik zajrzało słońce, po raz pierwszy w historii firmy.
Tak przynajmniej wszystkim się zdało. Pracownicy poderwali się nieregulaminowo, wyrwani z podziemnego świata. Stłoczyli się przy szybce, ale światło po chwili
znikło. I wtedy zrozumieli, że to nie słońce oświetliło biuro. Przed piwnicą zaparkował po prostu samochód i błysnął reflektorem w głąb firmy. Auto buchnęło
spaliną, umilkło, a elektroniczna manufaktura wróciła do codziennego rytmu.
Kasia zwolniła się z prestiżowej piwnicy. Filip zaś dalej trzaska zdjęcia dla ekspresowej gazety. Robi tysiące kilometrów, pije dziesiątki kubków kawy, być może
browary na sen, może nie ma siły nawet na wieczorne piwo. "Są dwa sposoby walki: lwa i lisa" - odzywam się. "Filip lisi sposób wybrał, jak mały Wallenrod.
Wlazł w fiskalne carstwo, skoczył w rzekę kradzionego czasu, leci gdzieś w przód, z rzadka zostawia znaki, pośpieszne esemesy, szarpane mejle. Zjeżdżając w
szaleńczym tempie Polskę oddał się bezruchowi, wyzbył wędrówki, rzucił w ofierze młodzieńczą wolność". "Filip jest silny" - przerywa Maciek. - "On nigdy
wędrówki nie utraci. On ma drogę w sercu.
Pamiętam, gościł u nas latem w Gostolinie. Piliśmy wtedy tęgo, zasnęliśmy przy ognisku w objęciach. Następnego dnia wstaliśmy słabi, wrażliwi na piękno natury.
Chodziliśmy wśród drzew. Filip podszedł do siatki, patrzył na pole. Stanąłem obok, podziwialiśmy żniwa. Ja czułem szczęście. Bo nie ma nic lepszego niż patrzeć na
pracę innych i weselić się życiem. Filip - wymęczony, kruchy - wskazał wtedy na zboże, na czerwoną maszynę, powiedział: <<Kiedy widzę kombajn, to po prostu
nie mogę. <<Bizon>> na polu jest prawie tak piękny, jak Kasia, kiedy się rozbierze>>. I staliśmy, wsparci dalej o siatkę w tym żniwnym skwarze. Zrozumiałem
wtedy, że Filip jest taki jak dawniej. Że nigdy się nie zmieni. Nic go nie złamie. Że mami Kościeja, oddając mu się w służbę. Wali tysiące fotek dla brukowca, ale
kiedy przyjdzie czas, odzieje wytarty ortalion, naciągnie kaptur i stanie w umówionym miejscu - gotowy do drogi. Zbyt wieleśmy przeszli, by wątpić w filipową siłę"
- kończy Maciej. Ja przytakuję szczękając zębami. Wspominam jak posyłaliśmy na Syberię, w tajgę, kilka setek, by wspomóc dobrego Tolę, sekciarza, który nie
miał pieniędzy na formalny odbiór domu. Tola to zapalony ufolog, ojciec twardych syberyjskich dzieci, zdun, niedoszły marynarz, doświadczony rolnik... Człowiek,
który budowę wszechświata tłumaczył cytując z pamięci listę dialogową filmu "Matrix". Tola postawił dom własnymi rękami. Nie miał jednak środków na
administracyjne opłaty. Lokalne władze miały mu odebrać siedlisko. No i kiedy posyłaliśmy mu pieniądze, tyle, ile dało się zebrać - lwią część środków ofiarował
Filip z redakcyjnej pensji.
Nie można zaprzeczyć: on osiadł w codziennej gazecie, pogrążył się w newsowej harówce, by wspomóc wędrówkę. Wesprzeć tych, których na drodze
spotkaliśmy.
Rozmawiamy jeszcze z Maćkiem o Filipie, o pracy w sformatowanych redakcjach, o wewnętrznej emigracji, o nierozstrzygalnym problemie kompromisu z
agresywną, nową rzeczywistością. Później jednak chrypniemy coraz bardziej, rozmowa łamie się, ja daję nura za siedzenie. Nie pojmuję mrozu w kabinie, przestaję
jednak dociekać jego przyczyny. Kulę się na schodku koło nagrzewnicy, naciągam kaptur.
"Temperatura przeskoczyła osiemdziesiąt" - mówi nagle Maciek.
Zjeżdżamy na stację benzynową. Z rezygnacją uchylamy plandekę, otwieramy wlot na chłodnicę, studzimy blok. W środku mróz, a w komorze tropik, silnik paruje.
Skąd ta mordercza amplituda? Nie rozumiem awarii. Głowica jest wszak dobra, olej czysty, płyn przejrzysty...
Dajemy odpocząć zdrożonej maszynie. Chowamy się w tandetnym barze, siadamy przy mikroskopijnym kaloryferku. Patrzymy z troską na ścienny zegar. Do
północy niespełna dwie godziny. Przed nami pół drogi. Zaczynamy pojmować, że Nowy Rok przyjdzie witać na szlaku. Próbujemy bezskutecznie reanimować
rozładowane komórkowe aparaty. Ja myślę o Asi, o Florencji, o esemesie, którego nie zdołam wysłać. Maciek myśli pewnie o Magdzie, siedzącej samotnie w
małym domku, mającej mieć czwórkę psów za towarzyszy Sylwestra. Może Maciek nie wie, jak zawiadomić żonę o mroźnej katastrofie, może martwi się, co
Magda powie widząc okrutną, barbarzyńską nysę, co powie na nasze milczenie. Może mój kompan martwi się o Magdę w ogóle. W każdym razie milczymy przy
plastykowym stoliku. W radiu gadają o niespotykanej fali zimna i ładują w eter noworoczne reklamy.
Pani bufetowa podaje flaki z mikrofali, kupione za ostatnią monetę.
*
f o t o
*
j o a n n a
m o r a w i e c k a |
 |
etap piąty
|