zima'05/06


wędrówka  strona główna


         odcinki: pierwszy  drugi  trzeci  czwarty  piąty  szósty 

Schyłek zimy



odcinek 7


      Paliwowa susza dotarła i do nas. Asia odwozi mnie na resztkach gazu na pętlę autobusu miejskiego. Dostałem telefon z Legendarnej Międzynarodowej Agencji Prasowej. Dawno nie dzwonili, przestało nam być ostatnio po drodze. Teraz jednak szykuje się gorący news. Minister finansów przyjeżdża do Wrocławia, wygłosi odczyt na Politechnice. W auli nie będzie reporterów, jest szansa wyszarpać exclusive.
      Siedzę w bezszmerowym przegubowcu, wysiadam z autobusu na placu Grunwaldzkim, idę wzdłuż Odry, gadam z nieufnym ochroniarzem, wchodzę na spotkanie i czuję ulgę, że udało mi się dostać do środka. Ulgę tym większą, że skończyła mi się ważność legitymacji prasowej. Nowej jakoś nie wyrobiłem.
      Odkurzony dyktafon cyka taśmą.
      Przemawia Jerzy Hausner, minister gospodarki i pracy: „Kadra polskiego szkolnictwa wyższego jest jedną z grup, która na transformacji zyskała najwięcej. Ale rynek edukacyjny niedługo się załamie. Spowoduje to bezrobocie, do tego dojdzie niż demograficzny. Poza tym – trzeba to sobie jasno powiedzieć – poziom wykształcenia obniżył się ze względu na swoją masowość. Blisko 50 procent absolwentów nie będzie miało szansy na zatrudnienie etatowe. Banki przyjmują już studentów na praktyki, ale traktują ich jako tanią siłę roboczą. Jako alternatywa pozostaje więc jedynie samozatrudnienie”.
      Na salę zagląda ochroniarz, patrzy na mnie długo i dziwnie. W końcu jednak znika. Hasuner mówi nadal: „Uczelnie nie mogą czerpać jedynie pieniędzy publicznych. Muszą uczestniczyć w rynku kapitałowym. Trzeba stworzyć normalne rynkowe jednostki, przynoszące zysk. Opór w środowisku akademickim będzie potworny”.
      Słucham ministra i wiem, że nic z tego i tak nie pójdzie w eter. Nie ma tu prócz mnie żadnego dziennikarza. Naukowcy siedzą skupieni na własnym lobbingu. Legendarna Międzynarodowa Agencja Prasowa wysłała mnie tu zaś jedynie po to, bym wychwycił jedno zdanie, bym skontrolował, czy minister nie powie nic o prognozie PKB. No i siedzę tak, czekając na małe zdanko, na prognozę wyniku, która ma przesądzać o losach kraju, na prognozę, która została wyniesiona na ołtarze ekonomistów, podobnie jak kiedyś wyraz „inflacja”, czczony przez Balcerowicza. PKB: magiczny parametr, słowo opisujące nasz świat. Cyferki, za które mam dostać 160 złotych, jeśli tylko uda mi się je spić z ust ministra finansów.
      Nie dostanę. Minister milczy na temat prognozy. Sprzeda ją pewnie świadomie w Warszawie. Wspomina tylko o zadłużeniu Polski: w 2006 roku ma ono przekroczyć 55 procent produktu krajowego brutto.
      Ja wracam do Łabędzic. W domu wyszykuję ostatnią depeszę dla Agencji: o planowanych prywatyzacjach, o zmianie systemu edukacji. Depeszę, która i tak nie zostanie nigdy wyemitowana.


***


      Wracam na wieś i widzę paradę zwierząt. Na drogę wyskakuje lis. Lasek przecinają sarny. Myszołów zlatuje ze słupa, kołuje nad okolicą. Kot biegnie obok mnie, prycha, jakby chciał mi coś powiedzieć, ostrzec, pocieszyć, nie mam pojęcia. Nad lelijowickim polem kraczą gawrony.
      Potem stoję przed owczarnią. Lucek mówi, że kazali mu przejść z KRUS-u na ZUS. Podobno takie są przepisy unijne, ale cholera wie czy to prawda, teraz każdą reformę, każde cięcie, tłumaczą dostosowywaniem norm. Tak czy inaczej Lucek będzie musiał wpłacać siedem stów miesięcznie i nie wie skąd taki szmal wytrzaśnie. Ja opowiadam z kolei sąsiadowi o Stanisławie Wielkim, o opale, o oleju transformatorowym, który dostałem od Jacka. Lucek patrzy na mnie dziwnie. – Na tym oleju nie da się jeździć – mówi powoli. – Na pewno dał ci „opałówkę”.
- Nie, Lucek, wiem jak wygląda „opałówka”. Ten olej był żółty, nie czerwony. No i w ogóle, gęstość nie ta.
Lucek kręci tylko głową, a ja rozumiem, że dotknąłem właśnie jakiejś kolejnej tajemnicy, że zetknąłem się ze sprawą, której lepiej nie rozwijać, nie pytać. Mam tylko nadzieję, że Wielki dotarł do domu.
- Widziałem dziś pełno zwierząt. Jakby się coś działo. Jakby coś planowały – mówię w końcu.
Lucek patrzy na mnie jeszcze bardziej zaniepokojony. W oczach ma zabobonny lęk. Aż się dziwię tą jego przestraszoną reakcją.
- Ty weź to zostaw. Ty już nie gadaj. Ty już nic nie kombinuj – mówi i ucina dyskusję.
Sąsiad znika na gospodarstwie, a ja czuję Bajkę.
      Lucek-olbrzym. Mistrz koparki. Tytan pracy. Buja się po pięć godzin w jedną stronę, by dotrzeć powolnym „ostrówkiem” na budowę. Kopie z miłością. Siłacz o wielkim sercu. Człowiek, który zna mowę zwierząt.
To nie jest żadna stylizacja. Wiem, co piszę. Lucek jest taki, jak mówię, nawet jeśli w istocie inaczej się nazywa. A zwierzęta naprawdę przypuściły inwazję na wieś. Może są jakimś znakiem. Nie wiem. Nie mi rozstrzygać. Jestem tylko reporterem, piszącym „wcieleniówkę” z własnego życia.


***


      Mija luty. Likwiduję Magiczne Gniazdko. Nie chcę już snów o „energetyce”. Wystarczą mi koszmary z policjantem „drogówki” w roli głównej.


***


      Kolejna niedziela. Jesteśmy na Mszy u Dominikanów. Na jesieni dostaliśmy od nich drewno: pocięte kościelne ławki, elementy starych figur, jakieś łuki, stare belki. Wynosiliśmy to wszystko z krypty i słyszeliśmy przytłumioną muzykę organową, gdzieś nad naszymi głowami.
      Teraz klęczymy na górze. Ksiądz mówi o medytacji, o Bogu. O tym, że na Mszy buzują w głowie myśli, na które w zgiełku nie było czasu. Dopiero, kiedy się przewalą przez głowę, przychodzi światło i wiara.
      Tak to w każdym razie rozumiem.


***


      W poniedziałek dzwoni Filip. Mówi, że jest szczęśliwy. Stracił właśnie robotę. Brukowiec zlikwidował lokalne oddziały, nie potrzebuje już fotoreporterów, tnie koszty. Filip buja się więc starym renaultem, by za ostatnie pieniądze zjeść flaczki w przydrożnym barze, pstryka niespiesznie zdjęcia, jeździ sześćdziesiątką, zatrzymuje się co rusz wśród pól, patrzy na płaską Wielkopolskę, na odkrytą na nowo prowincję, na świat, przez który przelatywał w etatowym pędzie. Mówi, że po kilku latach pracy w „Super Expressie” poczuł obrzydzenie do aparatu. Że zaczyna na powrót kochać zdjęcia. Nie wie, z czego będą z Kasią dalej żyć.
      Teraz Filip jest na Śląsku. Ma do nas po drodze zajechać


***


      Wychodzę na podwórko. Zaczynam grzebać przy ładzie. Trzeba ją jakoś wyszykować, połatać. Nysa na z rujnuje, nie możemy nią dojeżdżać codziennie. Pedał zresztą zbyt długo nie pociągnie.
      W ładzie, niestety, nie dość, że terkoce dziwacznie silnik, to padły i wycieraczki. Chucham parą, szukam w szopie części. Znajduję nysowski silniczek. Porównuję z ładą. Identyczny. Wymieniam wirnik, wycieraczki zaczynają chodzić. Patrzę na pióra pełznące po szybie i zaczynam czuć podziw dla motoryzacyjnej myśli demoludów, dla tej unifikacji, dzięki której można wymieniać elektryczne silniczki pomiędzy ładą, nysą, maluchem, polonezem, czym zechcesz. Pod machą i tak jest wszędzie prawie to samo: nie gra tu żadnej roli innowacja. Samochód nie musi być oryginalny, nowoczesny, niepowtarzalny. Po co ulepszać? Po co szukać własnych rozwiązań, wyważać otwarte drzwi? Technologię można ukraść, zapożyczyć. Byle pojazd był funkcjonalny, tani. Byle dało się go samodzielnie pokleić. Dzięki tej standaryzacji mogę teraz reanimować swoje bryki.
      Rozmyślam tak nad postkomunistyczną ideologią motoryzacyjną i po chwili widzę, jak odpada ramię wycieraczki. Całe szczęście lewe. Podczas mojej naprawy poszła jakaś zawleczka. Dobrze, że choć od strony kierowcy szyba będzie odśnieżona.
      Macham ręką i wracam do domu. Asia grzeje w węglowej kuchni. Brzoza trzaska pod pękniętą płytą, płonie szybko i mocno.
      Siadamy za nakrytym ceratą stołem. Jemy gęstą, warzywną zupę ze szpinakiem, sałatą, z pomidorami z puszki, cebulą i ziemniakami. Asia nagotowała na Filipowy przyjazd cały gar żarcia.
      Przypominamy sobie, jak Filip opowiadał nam o swojej pracy w „Super Ekspresie”. O tym, jak wydawca przysłał mu kiedyś z Warszawy faks, na którym wyrysował, jakie zdjęcie ma Filip zrobić: kto ma na nim być, kto gdzie ma stać, jak się uśmiechać. Japiszon wymyślił świat, który Filip miał dla niego ulepić z rzeczywistości.
      Innym razem Filip zrobił portret bohaterce reportażu, przesłał zdjęcia do redakcji miesięcznika. Kazali powtórzyć foty w innym wnętrzu. Mieszkanie bohaterki było urządzone niezgodnie z trendami promowanymi przez pismo. Kobieta nie mogła stać na tle paździerzowych mebelków z lat 80. Kazali wynająć studio, zaaranżować jej „prawdziwe” mieszkanie.
      A wydawca skoncernizowanego ogólnopolskiego dziennika powiedział mu: „Musisz robić jak najgorsze zdjęcia. Mają być nieostre, wypikslowane. To jest prawdziwe mięcho, to jest życie. No i pamiętaj, że wszyscy bohaterowie mają się uśmiechać i patrzeć w obiektyw”. „Słuchaj, ale jeśli komuś właśnie umarło dziecko, to też ma się uśmiechać?”. „Źle stawiasz pytanie” – odpowiedział szef. „Ale ma się uśmiechać, czy nie?” – nalegał Filip. „Masz bardzo złe podejście do firmy”.

      Gadamy tak, wspominamy fotoreporterskie opowieści. Narzekamy. Pewnie niepotrzebnie, w końcu zawsze wywierano na dokumentalistów presję. Trzeba robić swoje i nie przejmować się dyrektywami zza biurka.
      Za oknem zapada noc. W końcu przychodzi esemes. Filip pisze, że dopadło go to, co wszystkich. Zabrakło mu forsy na paliwo. Musi wybrać krótszą trasę. Nie przyjedzie do Łabędzic.


***


      Właściwie powinno mi być przykro. Filipa nie ma. W dodatku dręczy go bieda – tak samo jak nas.
      Czuję jednak sytość, błogość. Zupa napełnia gorącem. Zasypiam w ciszy i spokoju.
      Śni mi się Droga do Nikąd. Jest już wiosna. Stąpam po bruku, patrzę na obsiane, zielone połacie. Droga nie kończy się w polach. Skręca na wschód – odwrotnie, niż kukurydziana aleja, którą szliśmy kiedyś z Asią. Idę traktem, dochodzę do kępy drzew, tej samej, którą trzebiły i wywoziły wózkami dzieci i babcia z pegeeru. Kępa jest jednak tym razem bujna. Zanurzam się w nią. Widzę coraz więcej iglaków, drzewa są coraz wyższe, wkoło pachnie świerkiem, sosną, mchem, leszczyną. Robię kilka kroków i staję przed siatką. Rozglądam się. Wszędzie wkoło płoty, kolczasty drut. Rozumiem, że obok Łabędzic wyrósł las, który jednak od razu rozparcelowano, ogrodzono. Nie potrafię się wydostać z mikroskopijnej zadrzewionej działki.
      Budzi mnie chłód. Przez kwadrans rozpalam w kominku i kładę się znów spać.


***




odcinek ósmy


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni