| I II III IV V VI
|
Ucieczka każdego dnia dariusz hoeft
Odcinek - VII
Po dwóch tygodniach byliśmy dość bogaci, żeby sprawić sobie nowe ubrania i w sklepie obok zażądać najdroższego piwa.
Nadszedł czas stanowczych rozstrzygnięć. Ja i Helmut przerwaliśmy przecież naszą ucieczkę w połowie. Uczyniliśmy to dla Pluskwy, przyjaciela naszego. Oraz z powodu braku pieniędzy. Teraz pieniądze były, natomiast Pluskwa stał się panem ojcowego pałacu i wszystkich szczurów w nim.
Ponieważ wiedzieliśmy dobrze, co chcemy powiedzieć, to długo milczeliśmy, albowiem to, co powiedziane, przymusza do działania.
Jadę z wami – odezwał się Pluskwa ledwie widoczny za zasłoną z tytoniowego dymu; to mu pewnie dodało odwagi.
Ach, tak – powiedziałem, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.
Tak – przytaknął Pluskwa. – Tu nikt mnie nie potrzebuje.
Też to zauważyliśmy.
Odwiozę was i pójdę w świat.
Palac masz – wtrącił Helmut.
Nie wiem, co z nim zrobić. – Głos mu drgnął, ale wziął się w garść, odchrząknął, zaczerpnął głęboki oddech. – Zostawić na zniszczenie żal, bo to tak, jakbym zlekceważył ojcową robotę... ale przecież mieszkać tu nie mogę.
Kurwa mać – skomentował Helmut i podał mu butelkę piwa. Gorycz serca zmieszana z goryczą piwa zawsze wydaje się słodsza.
Coś mnie tknęło. Twórcza intuicja, ten przebłysk geniuszu dany każdemu człowiekowi choćby raz w życiu. Moi przyjaciele zauważyli, że jakoś pojaśniałem, i że oczy błyszczą mi jak w gorączce. Nieufnie zerknęli na etykietę butelki. Moje piwo nie było mocniejsze.
Trzeba pogodzić ideę pałacu, który wywyższa twojego ojca z ideą zbędnej rudery.
Helmut wysunął podbródek, jak gdyby przeżuwał moje słowa, lecz bez zapału, bojąc się niestrawności. Ilekroć wymawiałem zdania słuszne, piękne i ogólnikowe, to okazywały się one później niewarte funta kłaków.
Pluskwa z głośnym gulgotem opróżnił butelkę. Jego też słabo zainteresował mój wstęp.
Dawniej najważniejszym dowodem życia był grób – wpatrywałem się w strop i to wpatrywałem się tak, jakbym poza nim dostrzegał metafizyczne światy, które objawiają się świętym i wariatom. – Grób był o tyle ważniejszy od domu, o ile ważniejsze jest życie duchowe i nieśmiertelne, od życia doczesnego i skończonego.
Esej? – skrzywił się Helmut i pewnie przeklął w myślach ten wieczorny, deszczowy, zakisły bezruch, przez który byli zdani na moją paplaninę i nie mogli nawet wyrwać się na zewnątrz.
Właśnie – ciągnąłem niewzruszony – rozmach, z jakim stworzono te groby wydaje się dziś niezrozumiały... eee... te piramidy, kurhany, całe miasta w skałach...
Szczury były pod wrażeniem. Stały cichutko w ciemnym korytarzu wybałuszając na mnie czarne, bystre ślepka.
...jednak tak naprawdę nie śmiejemy się z nich, przeciwnie, zazdrościmy... bo ta martwa materia, pojmujecie, nadal ma w sobie pierwiastek ich ducha, i choć oni sami pomarli, ich groby, że tak powiem, żyją...
Zdarzało mi się mówić jeszcze mętniej, toteż obaj moi przyjaciele cierpliwie to znosili.
Dlatego – mój głos nieoczekiwanie uderzył w metaliczny ton – ten pałac jest godny zostać grobem twojego ojca. W pewnym sensie po to go przecież budował. On...
Pluskwa zerwał się na równe nogi i wybiegł przed pałac, w deszcz. Wrócił wilgotny i szczęśliwy.
Powiadają, że wielkie idee są proste. Nawet, jeśli usiłuje się je przedstawić tak pokrętnie, jak uczyniłem to ja.
Nocą wykopaliśmy trumnę. Pluskwa wskazał miejsce. Przesiąknięta deszczem ziemia mlaskała, gdy wbijaliśmy w nią tępy szpadel. Po cmentarzu snuł się strach – był niemal namacalny. Jak ta wilgotna mgła, w której brodziliśmy.
Trumnę ułożyliśmy na dziecięcym wózku, którym woziliśmy do tej pory worki z butelkami. Trumna była gdzieniegdzie spróchniała. Z dziur wionęło śmiercią i trupim smrodem.
Wózek wepchnęliśmy do pomieszczenia, gdzie zwykle nocowaliśmy, sami zaś wynieśliśmy się na drugi koniec pałacu, z dala od tego zapaszku, który i tak przypełznął do nas przez szpary i nie dał spać aż do rana.
Śniadanie zjedliśmy w małym barze na stacji benzynowej i zaraz potem zniknęliśmy na długo w darmowej toalecie. Wyszliśmy stamtąd przebrani, czyści, ogoleni. W ten radykalny sposób wyparliśmy się swojej śmietniskowej przeszłości.
W pałacu nie powitały nas nawet szczury. Umknęły ledwie tam weszliśmy. Byliśmy tam zresztą krótko. A kiedy powracaliśmy już ku szosie, nad pałacem tańczyły płomienie i biało-siny dym wznosił się pionowo w górę. Minął kwadrans i stało się to, czego daremnie wyczekiwał ojciec Pluskwy przez długie lata. Całkiem spory tłum przyglądał się z zapartym tchem szkaradnemu budynkowi na łysym wzgórzu. Górował przecież nad okolicą, dobrze widoczny mimo dymu i płomieni. Wyszlachetniał raptem, wypiękniał. Ogień oczyścił go z wszelkich ułomności.
Pluskwa wyszeptał wzruszony, że stamtąd pewnie bliżej ojcu do nieba niż spod ziemi. I lepiej być popiołem, niż kupą śmierdzących kości. I pół miasta podziwia taki pogrzeb, a nie sama rodzina i kilkoro przypadkowych przechodniów.
Dach pałacu z godnością zapadł się do środka. Iskry buchnęły w górę tak wysoko i obficie, że wyglądały jak noworoczne fajerwerki.
odcinek VIII
|