|
archiwum |
|
wrocław'02 - tydzień siódmy
Słońce, które rozlało się nagle po niebie, nie przyniosło ulgi. Ulice wyschły, wiosenny podmuch zszedł na miasto, zmienił krajobraz. Stopy zaczęły wzbijać kurz,
idziemy teraz przez podwórka bardziej pyliste, wyblakłe. Koło Szarzyńskiego ceglana oficyna w podwórzu, smołowane dachy, stoimy chwilę pod blaszaną bramą,
patrzymy w górę, na piątym piętrze mieszkanie wuja Dziuba, dobrego wuja, mojego wuja, dom prawdziwie staropolski, gościnny, ciotka zawsze da bigos, kiełbasę,
wuj piwo wyciągnie, ruski balsam, jarzębiaka. Płyną wieczorne rozmowy, z gorącym trunkiem wzbiera w żyłach radość, śmiech, bo wuj jest mistrzem tej biesiadnej
radości, słowiańskiego szczęścia, ciotka przynosi jeszcze sałatki, boczku, a w kącie bulgoce czasem gąsior, śmiech dźwięczy wśród dywanów i drewna, Dobro
wypełnia wieczór, błogość płynie z żółtych lamp, spływa po żyrandolu na stół, na serce, na duszę. Przyjdzie czas na opowieść, przyjdzie czas na wizytę. Teraz
jednak do wieczora daleko, cisza, żadnych rozmów, żadnego bigosu, żadnej butli, blaszana brama zamknięta, okna puste. Poszli do pracy. Docieramy na drugi brzeg, patrzymy z szacunkiem na znikający pojazd, ale za chwilę znów dopada nas przygnębienie, idziemy dalej po suchych chodnikach, gardła
jak wiór, od przyjaznego lokalu dzielą nas jeszcze przeszło trzy przecznice, powinniśmy dojść na miejsce z końcem tygodnia, ale ja czuję podskórny niepokój,
słońce zdaje się złowrogie, ulice dziwnie bezludne. Staram się odpędzić przeczucie, umilam czas gawędą, mówię do Filipa: "Tydzień temu, pamiętasz, wspominałeś,
jak wrzasnąłeś do Uszatka <<Szanuj twarz>>, ja zaś przytoczyłem historię Waldka, który też zapomniał, że trzeba twarz szanować, że twarz jest tylko jedna i
hańby nie zmyjesz operacją plastyczną burżujów-genetycznych-tuczników. Otóż teraz, kiedy skręciliśmy na zachód i zbliżamy się do kolejnego Małego Trójkąta
przy Jedności, przypomniała mi się kolejna opowieść o honorze - tym razem związana z <<Arką>> na Świętego Macieja. Wiem, powiesz za chwilę, że nie znamy
przecież <<Arki>>, to jedyna knajpa Gastronomicznej Spółdzielni Inwalidów, do której nigdy nie dotarliśmy. Ale słyszałem historię, znam <<Arkę>> z opowieści,
ojciec mój pracował kiedyś w Radiu Klakson, redakcję miał na placu Świętego Macieja, wychodził nie raz do knajpy z płowowłosym Irkiem, złotym człowiekiem,
który wtedy był wydawcą w dziennikach, a teraz koncertuje po Świecie z szantowym <<EKT Gdynia>>, pływa po morzach, czasem tylko zawinie do
holenderskiego dyskontu nad przydrogim klubem <<Alibi>> (cztery przecznice od Tawerny u Maruchy i Wybrzeża), czasem go spotkam, ja kupuję DIT: Dobre i
Tanie butle z wodą, Dobre i Tanie puszki z piwem, foliowaną płytę Elvisa Presleja, skarpety ukryte wśród czerwonej oranżady, Irek zaś zawija wózkiem między
kartonami, znika wśród rzędów dżemów i mleka, znów się pojawia, ja rzucę: <<witam, co w Świecie słychać?>>, on odpowie: <<dobrze, dobrze>>, ruszy dalej, ja
też ruszę i tyle. No ale kiedyś było inaczej, kiedyś Irek tyle nie żeglował, bywał za to w <<Arce>>, mój ojciec też tam bywał, raz ojciec zaszedł do knajpy z dwoma
redaktorami, bodaj z Irkiem właśnie i z młodym Heniem, również dobrym człowiekiem, biednym, Henio poszedł w jasyr, siedzi w lochach Kościeja, wiem, czytałem
podziemny manuskrypt młodziaka, co podsłuchał, jak rozmawiali raz o Heniu na branżowej imprezie, kupczyli heniowym losem, sprzedali redaktora, sprzedał go
kolega z pracy, dostał w zamian bilet na kolejne spotkania, przywilej picia wódki ze starszyzną. Ale to wszystko stało się później. <<Arka>> była przecież jeszcze
przed wielką powodzią 97 roku. A więc do Arki wszedł ojciec i dwóch redaktorów, w tym Henio. Weszli, zasiedli, do stolika zbliżyła się pani Ada, dzień dobry,
dzień dobry>>, ojciec rzucił: <<piwo>>, starszy redaktor dodał: <<piwo>>, a młody Henio palnął nagle straszną głupotę, zażądał <<małego piwa>>, czy może
<<pół piwa łamanego ze sprite>>, w każdym razie w <<Arce>> zaległa ciężka cisza. Cisza trwała, wszyscy trwali, Henio trwał, w końcu pani Ada wycedziła
powoli i twardo: <<pedałom nie podajemy>> i odeszła. Była dobrą kobietą, wewnętrznie ciepłą, ale szczerą. Oby mowa nasza prostą była. Bo wymuszony
uśmiech, bezszelestność, kelnerski szept podszyty pragnieniem napiwku - wszystko to ulica Krokodyla. A w <<Arce>> na fiskalną uprzejmość
burżujów-krokodyli-genetycznych-tuczników nie ma miejsca, <<Arka>> się broni, <<Arka>> nie zginie!" - kończę dobitnie opowieść, krzyczę na całą ulicę, Filip
kiwa głową, ja zaczynam się krztusić, bo gardło suche, trawi mnie pragnienie, gorączka, znużenie ciągnie w dół na kamienne płyty Nowowiejskiej.
|
|
wędrowiec © dziennikarze wędrowni |