archiwum

zima'03/04
str. 1   str.2


wędrówka  strona główna


         etapy: pierwszy  drugi  trzeci  czwarty

nysi zaczątek - etap piąty


  Temperatura silnika opadła do sześciu dych, w kabinie lodownia. Odbija mi się mikrofalą i glutaminianem sodu. Bełchatów, nędzny popas, powrót do wychłodzonej blaszanki, wszystko to ucięło ostatecznie rozmowę. Maciek z rzadka puszcza tylko parę z ust. Ja przytulam się znów do dmuchawy, klękam na schodku, zarzucam ramiona na oparcie przedniego fotela i patrzę na śnieżynki. Z wolna mijają kilometry, automobil mruczy. Kaptur spada na oczy, strzępy znoszonej kurtki wchodzą do ust, jest coraz ciemniej, coraz bardziej bezładnie, nużąco.

  Budzę się nagle, nieprzytomnie. Lecimy w mroku w przód, musimy być już na katowickiej. Przed nami dwa puste pasy i biel trawnika. Klęczę ciągle przed nagrzewnicą, kolana mam gorące, ciało skostniałe. Nyską szarpie, silnik przerywa, łapie rozpaczliwe hausty gazu. Maciek siedzi w uszance, patrzy w przód, pompuje pedał akceleratora, próbuje utrzymać prędkość. "Długo tak?". "Pół godziny, przerywa coraz częściej" - odpowiada towarzysz.

  Grzebię w plecaku, dobywam latarki darowanej przez maćkową rodzinę, wlekę się na tył kabiny. Otwieram drewniane drzwiczki, sprawdzam poziom paliwa. Gazu jest z dziewięćdziesiąt litrów, ale tarcza znika w szronie. Zamarzają zawory, kryształki wyłażą już na butlę. Dociera do mnie, że w pół godziny instalacja mogła obrócić się w lodową grudę, rzucam się na powrót w przód kabiny, łapię z plecaka kalesony, przykładam je do dmuchawy, później obkładam zawory. "Dawaj na benzynę" - krzyczę. "Nie starczy, pływak siada, w baku opary". "Przełączaj" - wrzeszczę, bo rozumiem, że to jedyna szansa, że jeśli zmrożony butan skuje gaźnik lodem - nie pojedziemy już nawet na etylinie, że wtedy czeka nas Sylwester w dwudziestostopniowym mrozie na opustoszałej trasie katowickiej. Wtedy pozostaje oczekiwać odwilży jeno, niewiele pomoże oblewanie reduktora wrzątkiem, nie możesz liczyć nawet na czyszczenie gaźnika na jałowej pozycji, przy zamkniętym dopływie obu rodzajów paliwa. Bo gdyby udało się zdobyć wrzątek na śnieżnym sylwestrowym pustkowiu, gdyby nawet ogrzać mikser, i tak nie zdołalibyśmy wychłestać z komory trefnego paliwa malutkim, sześćdziesięcioamperowym akumulatorem. "Dolna pozycja, podwójna krecha, dawaj benzynę" - powtarzam, Maciek pstryka w plastykowy przełącznik, silnik milknie, zaczopowana instalacja hamuje blok. Maciek redukuje bieg, próbuje poderwać silnik do pracy, ja spoglądam znad kalesonów na napiętą postać kierowcy, obaj wiemy, że pozostało nam kilkanaście sekund, że jeśli zastałe, benzynowe przewody nie wciągną z powietrzem paliwa, jeśli rozpędzony silnik nie wyssie z baku resztek benzyny, to podróż dobiegnie końca. Przypominam sobie słowa rumuńskiego handlarza, o tym, że on nigdy nie włączał w nysie benzyny, że nawet w najsroższe zimy jechał z krasnalami przez góry na gazie. Rozumiem, że nysi mistrz nie znał tego mrozu, który nas spotkał na drodze, a skoro takiego mrozu nie znał, to instalacja benzynowa może być zupełnie zapieczona, że ostatni, rozpaczliwy manewr, przełączenie układu zasilania, do którego Maćka zmusiłem, może okazać się czczym gestem, że prawdę będziemy znać za chwilę.

  Prędkość ciągle spada, nysa ledwie się toczy, ja milczę, czekam, Maciej przymyka przepustnicę, muska akcelerator, ma jeszcze nadzieję, że niepotrzebnie dławił pojazd, że może mniejsza dawka potrzebna. Nyska milczy, przygasają reflektory, prędkość spada do spacerowej, zaraz staniemy, wkoło mrok, jakieś białe strzępy pól, jakaś równina, skamieniała, bezludna. Maciek wspomaga jeszcze blok rozrusznikiem, akumulator słabnie, ale nie mamy już nic do stracenia, trzeba kręcić do końca.

  Samochód szarpie nagle, ryczy, skacze w przód, gaśnie, załapuje znów, leci do przodu rzężąc rozrusznikiem. Maciek koryguje poślizg, prostuje budę na drodze. "Ile jeszcze?" - krzyczę, Maciek rozpędza samochód coraz bardziej, boi się widać kolejnej guli powietrza, chce zachować impet na wypadek następnej reanimacji bloku. "Dwie godziny" - odpowiada w końcu. - "Głowy nie dam, gdzieśmy dotarli, ale czuję, że do Warszawy pięć dych zostało. Ze stolicy do Gostolina kolejne pięćdziesiąt" - dodaje. Czuję, że jestem czerwony, zgrzany emocją. "Dziwny Sylwester" - rzucam, przykładając do dmuchawy maciejowe gacie. "Wędrowny Sylwester" - odpowiada kompan z patosem i poprawia robociarską czapkę na spoconej głowie.

  Wracam do obkładania zaworów bawełnianą bielizną. Obaj rozumiemy, że benzyna może skończyć się w każdej chwili, że ciągle możemy stanąć w tej nieznanej ciemności. Staram się więc reanimować gazową instalację. Biegam pomiędzy butlą, a nagrzewnicą, przenoszę ciepło, wycieram kolejne śnieżynki. Maciek pstryka co pewien czas przełącznikiem, błyska zielone oko gazowego zasilania, nysa gaśnie, nabija gaźnik lodem, kierowca walczy o miejsce w komorze, wyrzuca zmrożony gaz, lecimy znów na etylinie. I tak ciągle: podróż zamienia się w walkę z temperaturą, w zagadkę wskaźnika paliwa, który raz wskazuje zero, raz trzy czwarte. Dudnią deski samochodowej podłogi, ja ślizgam się po linoleum, ogrzewam, okładam, ogrzewam, okładam, szarpnięcie, krzyk, milczenie, szarpnięcie, znów benzyna, znów próba, poślizg, korekcja, gaz, długie dławienie, benzyna...

  I nagle, w mazowieckim pustkowiu wystrzelają fajerwerki. Gdzieś za polami wyrastają wsie, błyszczą girlandami świateł, malują niebo jaskrawym kolorem, śnieg miga zielenią, różem, "Dwunasta" - krzyczymy i patrzymy w zachwycie na przydrożne ognie. "Żeby kolejne lata były jeszcze dziwniejsze" - życzymy sobie, a może co innego mówimy, w każdym razie czujemy, że weszliśmy w Nowy Rok wspólnie, na pokładzie turkusowej półciężarówki, po męsku, twardo.

  Wiemy już, że dotrzemy. Pozostawiamy nyskę na benzynie, jedziemy licząc na zapas paliwa. Ja siadam na przednim siedzeniu, mimo nieszczelnego okna. Obkładam się śpiworem, gadam coś, Maciek rozgrzewa się pracując twardym sprzęgłem.

  Noworoczna gierkówka staje się znów ciemna i pusta. Zbliżamy się do stolicy.

etap szósty


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni