|
|
nysi zaczątek - etap piąty
Temperatura silnika opadła do sześciu dych, w kabinie lodownia. Odbija mi się mikrofalą i glutaminianem sodu. Bełchatów, nędzny popas, powrót do wychłodzonej
blaszanki, wszystko to ucięło ostatecznie rozmowę. Maciek z rzadka puszcza tylko parę z ust. Ja przytulam się znów do dmuchawy, klękam na schodku, zarzucam
ramiona na oparcie przedniego fotela i patrzę na śnieżynki. Z wolna mijają kilometry, automobil mruczy. Kaptur spada na oczy, strzępy znoszonej kurtki wchodzą
do ust, jest coraz ciemniej, coraz bardziej bezładnie, nużąco.
Budzę się nagle, nieprzytomnie. Lecimy w mroku w przód, musimy być już na katowickiej. Przed nami dwa puste pasy i biel trawnika. Klęczę ciągle przed
nagrzewnicą, kolana mam gorące, ciało skostniałe. Nyską szarpie, silnik przerywa, łapie rozpaczliwe hausty gazu. Maciek siedzi w uszance, patrzy w przód,
pompuje pedał akceleratora, próbuje utrzymać prędkość. "Długo tak?". "Pół godziny, przerywa coraz częściej" - odpowiada towarzysz.
Grzebię w plecaku, dobywam latarki darowanej przez maćkową rodzinę, wlekę się na tył kabiny. Otwieram drewniane drzwiczki, sprawdzam poziom paliwa. Gazu
jest z dziewięćdziesiąt litrów, ale tarcza znika w szronie. Zamarzają zawory, kryształki wyłażą już na butlę. Dociera do mnie, że w pół godziny instalacja mogła
obrócić się w lodową grudę, rzucam się na powrót w przód kabiny, łapię z plecaka kalesony, przykładam je do dmuchawy, później obkładam zawory. "Dawaj na
benzynę" - krzyczę. "Nie starczy, pływak siada, w baku opary". "Przełączaj" - wrzeszczę, bo rozumiem, że to jedyna szansa, że jeśli zmrożony butan skuje gaźnik
lodem - nie pojedziemy już nawet na etylinie, że wtedy czeka nas Sylwester w dwudziestostopniowym mrozie na opustoszałej trasie katowickiej. Wtedy pozostaje
oczekiwać odwilży jeno, niewiele pomoże oblewanie reduktora wrzątkiem, nie możesz liczyć nawet na czyszczenie gaźnika na jałowej pozycji, przy zamkniętym
dopływie obu rodzajów paliwa. Bo gdyby udało się zdobyć wrzątek na śnieżnym sylwestrowym pustkowiu, gdyby nawet ogrzać mikser, i tak nie zdołalibyśmy
wychłestać z komory trefnego paliwa malutkim, sześćdziesięcioamperowym akumulatorem. "Dolna pozycja, podwójna krecha, dawaj benzynę" - powtarzam,
Maciek pstryka w plastykowy przełącznik, silnik milknie, zaczopowana instalacja hamuje blok. Maciek redukuje bieg, próbuje poderwać silnik do pracy, ja
spoglądam znad kalesonów na napiętą postać kierowcy, obaj wiemy, że pozostało nam kilkanaście sekund, że jeśli zastałe, benzynowe przewody nie wciągną z
powietrzem paliwa, jeśli rozpędzony silnik nie wyssie z baku resztek benzyny, to podróż dobiegnie końca. Przypominam sobie słowa rumuńskiego handlarza, o tym,
że on nigdy nie włączał w nysie benzyny, że nawet w najsroższe zimy jechał z krasnalami przez góry na gazie. Rozumiem, że nysi mistrz nie znał tego mrozu, który
nas spotkał na drodze, a skoro takiego mrozu nie znał, to instalacja benzynowa może być zupełnie zapieczona, że ostatni, rozpaczliwy manewr, przełączenie układu
zasilania, do którego Maćka zmusiłem, może okazać się czczym gestem, że prawdę będziemy znać za chwilę.
Prędkość ciągle spada, nysa ledwie się toczy, ja milczę, czekam, Maciej przymyka przepustnicę, muska akcelerator, ma jeszcze nadzieję, że niepotrzebnie dławił
pojazd, że może mniejsza dawka potrzebna. Nyska milczy, przygasają reflektory, prędkość spada do spacerowej, zaraz staniemy, wkoło mrok, jakieś białe strzępy
pól, jakaś równina, skamieniała, bezludna. Maciek wspomaga jeszcze blok rozrusznikiem, akumulator słabnie, ale nie mamy już nic do stracenia, trzeba kręcić do
końca.
Samochód szarpie nagle, ryczy, skacze w przód, gaśnie, załapuje znów, leci do przodu rzężąc rozrusznikiem. Maciek koryguje poślizg, prostuje budę na drodze.
"Ile jeszcze?" - krzyczę, Maciek rozpędza samochód coraz bardziej, boi się widać kolejnej guli powietrza, chce zachować impet na wypadek następnej reanimacji
bloku. "Dwie godziny" - odpowiada w końcu. - "Głowy nie dam, gdzieśmy dotarli, ale czuję, że do Warszawy pięć dych zostało. Ze stolicy do Gostolina kolejne
pięćdziesiąt" - dodaje. Czuję, że jestem czerwony, zgrzany emocją. "Dziwny Sylwester" - rzucam, przykładając do dmuchawy maciejowe gacie. "Wędrowny
Sylwester" - odpowiada kompan z patosem i poprawia robociarską czapkę na spoconej głowie.
Wracam do obkładania zaworów bawełnianą bielizną. Obaj rozumiemy, że benzyna może skończyć się w każdej chwili, że ciągle możemy stanąć w tej nieznanej
ciemności. Staram się więc reanimować gazową instalację. Biegam pomiędzy butlą, a nagrzewnicą, przenoszę ciepło, wycieram kolejne śnieżynki. Maciek pstryka
co pewien czas przełącznikiem, błyska zielone oko gazowego zasilania, nysa gaśnie, nabija gaźnik lodem, kierowca walczy o miejsce w komorze, wyrzuca zmrożony
gaz, lecimy znów na etylinie. I tak ciągle: podróż zamienia się w walkę z temperaturą, w zagadkę wskaźnika paliwa, który raz wskazuje zero, raz trzy czwarte.
Dudnią deski samochodowej podłogi, ja ślizgam się po linoleum, ogrzewam, okładam, ogrzewam, okładam, szarpnięcie, krzyk, milczenie, szarpnięcie, znów
benzyna, znów próba, poślizg, korekcja, gaz, długie dławienie, benzyna...
I nagle, w mazowieckim pustkowiu wystrzelają fajerwerki. Gdzieś za polami wyrastają wsie, błyszczą girlandami świateł, malują niebo jaskrawym kolorem, śnieg
miga zielenią, różem, "Dwunasta" - krzyczymy i patrzymy w zachwycie na przydrożne ognie. "Żeby kolejne lata były jeszcze dziwniejsze" - życzymy sobie, a może
co innego mówimy, w każdym razie czujemy, że weszliśmy w Nowy Rok wspólnie, na pokładzie turkusowej półciężarówki, po męsku, twardo.
Wiemy już, że dotrzemy. Pozostawiamy nyskę na benzynie, jedziemy licząc na zapas paliwa. Ja siadam na przednim siedzeniu, mimo nieszczelnego okna. Obkładam
się śpiworem, gadam coś, Maciek rozgrzewa się pracując twardym sprzęgłem.
Noworoczna gierkówka staje się znów ciemna i pusta. Zbliżamy się do stolicy.
etap szósty
|