zima'05/06


wędrówka  strona główna


         odcinki: pierwszy  drugi  trzeci  czwarty  piąty  szósty  siódmy 

Schyłek zimy



odcinek 8


      Kolejne dni zmieniają się w oczekiwanie na szmal. Konto ciągle puste.
      W radiu pojawia się coraz więcej reklam kredytów, pieniędzy na wyciągnięcie ręki, na dowód osobisty. W eterze rozbrzmiewają obietnice lekkich świąt, łatwych prezentów, prostego dojazdu do pracy plastykowym samochodem, błyskawicznego remontu domu...
      >Zaczynamy się z Asią coraz częściej kłócić, godzić, milczeć i pocieszać.
      A potem przychodzi nieszczęście.


***


      Z nieszczęściem było tak: wyciągaliśmy z Luckiem z zagraconego garażu wielki, traktorowy prostownik. Lucek złapał zakurzony dywan, chciał zrobić miejsce żeby wydostać sprzęt. Rzucił belę materiału w tył. Ja nie zdążyłem krzyknąć, dywan spadł na Matkę Boską. Gipsowa figura pękła, poleciała na beton.
      Matka Boska. Ta sama, która przetrwała Drugą Wojnę Światową, ta która uchroniła rodzinę Asi przed bombą, ocaliła dom. Matka Boska, która stała w garażu, modliła się za nasz komin, za to, by iskra nie wyskoczyła przez pęknięcia, nie spaliła więźby.

Sąsiad zbladł.
- Tylko nie mów jej, że to ja. Nie mów, błagam cię. Wymyśl coś, powiedz, że kot skoczył, cokolwiek – Lucek wyrzucił z siebie te słowa pośpiesznie i uciekł. Wybiegł z podwórka, schował się w owczarni.
A ja stałem tak w garażu, zmarznięty i strwożony. Patrzyłem na zbitą figurę i zrozumiałem, że przychodzi Złe. Że matka Boska ostrzega nas przed Lichem.
      Siedzę teraz w kuchni. Opowiadam o Matce Boskiej. Mówię, że to znak. Asia płacze.


***


      Na razie jakoś sobie radzimy.
      Do pracy zabieram się razem z Jackiem. Jedziemy jakimś nowym audi, świeżo wyklepanym przez blacharza. Kieruje znajomy Jacka, który opiekuje się samochodem, dogląda remontu.
- Ja bym go opierdzielił – mówi kierowcy Jacek, mając na myśli właściciela bryki. – Ja bym mu przedstawił lewy rachunek. Wstawiłbym z przodu szybę nieogrzewaną, a rachunek dałbym za droższą. Zawsze to parę euro do przodu.
- Nie przejdzie, Jacek – kręci głową kierowca. – Sprawdzałem to. W tym modelu wszystkie szyby są ogrzewane. Nie ma co fikać, okantujemy go, a potem będzie kłopot.

      Potem zaczynają rozmawiać o własnych samochodach. Kierowca „audicy” na co dzień jeździ dziesięcioletnią „czterysta piątką”. Dba o peugota, jest zadowolony. Ale w zeszłym tygodniu utopił w samochodzie dwa tysiące złotych. Nie potrafił zdiagnozować awarii. Wybrał najtańszy wariant. Nie trafił. Zainwestował, a samochód dalej nie jeździ.
      Grzeję się w skórzanym audi i myślę, że na motoryzację nie ma żadnej reguły, że nie wiadomo już czym jeździć, że wszystko może się posypać, wszystko może przytłoczyć awarią nie w porę. No i że w ogóle niesprawny samochód potrafi popsuć kawał życia. Widać to na zzieleniałych twarzach niektórych kierowców. Wystarczy spojrzeć na skrzyżowaniu: od razu poznać, który martwi się piskiem, zgrzytem, pukaniem, zbyt drogą częścią, nieuczciwym mechanikiem.
      Jacek zaczyna opowiadać koledze, że miał stłuczkę, pasat stoi na podwórku. Wczoraj na skrzyżowaniu za Dworakowicami rozegrała się scena jak z kabaretu: pijany Jacek uderzył volkswagenem w opla astrę. Z opla wysiadł nawalony kierowca. Za nimi zatrzymał się mercedes vito, kierowca półciężarówki miał pełnić rolę świadka. Okazało się jednak, że jest napruty jeszcze konkretniej niż oni. Wysiadając wypadł z szoferki.
      Wszyscy rozjechali się cicho i spokojnie. Teraz Jacek musi jakoś połatać pasata. Jest chyba dumny ze swojej alko-kolizji.

      Wyskakuję koło ronda. Ruszam w zadymce na uczelnię.


***


Jestem u Sławoja.
Pytam:
- dlaczego nie dostałem jeszcze szmalu za konferencję?
- dlaczego, kiedy obronię doktorat w czerwcu, pozostanę bez pieniędzy aż do października?
- dlaczego ludzie, którzy pracują w instytucie na umowę-zlecenie, klepią biedę, ciągną na kartach kredytowych, grzęzną w lombardach? czemu pieniądze dostają po pół roku, a nie co miesiąc?
I tak dalej i tym podobne. Masa technicznych pytań, żenujących, dotyczących finansów. Pytań nie wartych przytoczenia.
Sławoj słucha i powtarza: - Tak to już jest, Jędrzej. Tak to już jest. Nie możesz mówić, że system jest wadliwy. Masz złe podejście. Po prostu informacja płynie zbyt wolno. Chodzi o przepływ informacji. W tym cały szkopuł.
Patrzę na Sławoja i wiem, że chrzani, że nie ma żadnego tajemnego przepływu informacji. Nic jednak nie mówię.
      Sławoj zaczyna opowiadać z kolei dużo: o tym, że poznał dorosłe życie. Definitywnie przestał pisać teksty. Na zajęciach z realioznawstwa czyta studentom przez dziewięćdziesiąt minut turystyczne strony internetowe. Opowiada, że żona po porodzie bardzo się zmieniła. Nie można się do niej przytulić, bo od razu wchodzi pomiędzy nich córka Lenka. Dziecko płacze. Żona ma depresję. Świat się wywrócił.
Potem Sławoj rzuca: - A co do twoich obaw, to ja cię doskonale rozumiem Kiedy obroniłem dysertację, nie dostawałem pieniędzy przez cztery miesiące. Rektor mi nic nie pomógł. Pozostało zbierać butelki na śmietniku.
      Prodziekan mówi dalej. Ja przestaję go słuchać. Przed oczyma staje mi wielki Sławoj w wiąziutkim żółtym krawacie i szarym swetrze. Widzę go, jak chodzi koło studenckich klubów i zbiera puszki na złom.
      Myślę, że tak naprawdę Sławoj nie potrafiłby chyba zbierać tych puszek. A potem zdaję sobie sprawę z tego, że krawacik dobrała mu pewnie troskliwie żona.
      Robi mi się ich okropnie żal.


***




odcinek dziewiąty


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni