|
|
Schyłek zimy
odcinek 8
      Kolejne dni zmieniają się w oczekiwanie na szmal.
Konto ciągle puste.
      W radiu pojawia się coraz więcej reklam kredytów,
pieniędzy na wyciągnięcie ręki, na dowód osobisty. W eterze rozbrzmiewają
obietnice lekkich świąt, łatwych prezentów, prostego dojazdu do pracy
plastykowym samochodem, błyskawicznego remontu domu...
      >Zaczynamy się z Asią coraz częściej kłócić, godzić,
milczeć i pocieszać.
      A potem przychodzi nieszczęście.
***
      Z nieszczęściem było tak:
wyciągaliśmy z Luckiem z zagraconego garażu wielki, traktorowy prostownik.
Lucek złapał zakurzony dywan, chciał zrobić miejsce żeby wydostać sprzęt.
Rzucił belę materiału w tył. Ja nie zdążyłem krzyknąć, dywan spadł na Matkę
Boską. Gipsowa figura pękła, poleciała na beton.
      Matka Boska. Ta sama, która
przetrwała Drugą Wojnę Światową, ta która uchroniła rodzinę Asi przed bombą,
ocaliła dom. Matka Boska, która stała w garażu, modliła się za nasz komin, za
to, by iskra nie wyskoczyła przez pęknięcia, nie spaliła więźby.
Sąsiad zbladł.
- Tylko nie mów jej, że to ja. Nie mów, błagam cię. Wymyśl coś, powiedz, że kot
skoczył, cokolwiek – Lucek wyrzucił z siebie te słowa pośpiesznie i uciekł.
Wybiegł z podwórka, schował się w owczarni.
A ja stałem tak w garażu, zmarznięty i strwożony. Patrzyłem na zbitą figurę i
zrozumiałem, że przychodzi Złe. Że matka Boska ostrzega nas przed Lichem.
      Siedzę teraz w kuchni. Opowiadam o Matce Boskiej.
Mówię, że to znak. Asia płacze.
***
      Na razie jakoś sobie radzimy.
      Do pracy zabieram się razem z Jackiem. Jedziemy
jakimś nowym audi, świeżo wyklepanym przez blacharza. Kieruje znajomy Jacka,
który opiekuje się samochodem, dogląda remontu.
- Ja bym go opierdzielił – mówi kierowcy Jacek, mając na myśli właściciela
bryki. – Ja bym mu przedstawił lewy rachunek. Wstawiłbym z przodu szybę
nieogrzewaną, a rachunek dałbym za droższą. Zawsze to parę euro do przodu.
- Nie przejdzie, Jacek – kręci głową kierowca. – Sprawdzałem to. W tym
modelu wszystkie szyby są ogrzewane. Nie ma co fikać, okantujemy go, a potem
będzie kłopot.
      Potem zaczynają rozmawiać o własnych samochodach.
Kierowca „audicy” na co dzień jeździ dziesięcioletnią „czterysta piątką”. Dba o
peugota, jest zadowolony. Ale w zeszłym tygodniu utopił w samochodzie dwa
tysiące złotych. Nie potrafił zdiagnozować awarii. Wybrał najtańszy wariant.
Nie trafił. Zainwestował, a samochód dalej nie jeździ.
      Grzeję się w skórzanym audi i myślę, że na
motoryzację nie ma żadnej reguły, że nie wiadomo już czym jeździć, że wszystko
może się posypać, wszystko może przytłoczyć awarią nie w porę. No i że w ogóle
niesprawny samochód potrafi popsuć kawał życia. Widać to na zzieleniałych
twarzach niektórych kierowców. Wystarczy spojrzeć na skrzyżowaniu: od razu
poznać, który martwi się piskiem, zgrzytem, pukaniem, zbyt drogą częścią,
nieuczciwym mechanikiem.
      Jacek zaczyna opowiadać koledze, że miał stłuczkę,
pasat stoi na podwórku. Wczoraj na skrzyżowaniu za Dworakowicami rozegrała się
scena jak z kabaretu: pijany Jacek uderzył volkswagenem w opla astrę. Z opla
wysiadł nawalony kierowca. Za nimi zatrzymał się mercedes vito, kierowca
półciężarówki miał pełnić rolę świadka. Okazało się jednak, że jest napruty
jeszcze konkretniej niż oni. Wysiadając wypadł z szoferki.
      Wszyscy rozjechali się cicho i spokojnie. Teraz
Jacek musi jakoś połatać pasata. Jest chyba dumny ze swojej alko-kolizji.
      Wyskakuję koło ronda. Ruszam w zadymce na uczelnię.
***
Jestem u Sławoja.
Pytam:
- dlaczego nie dostałem jeszcze szmalu za konferencję?
- dlaczego, kiedy obronię doktorat w czerwcu, pozostanę bez pieniędzy aż
do października?
- dlaczego ludzie, którzy pracują w instytucie na umowę-zlecenie, klepią
biedę, ciągną na kartach kredytowych, grzęzną w lombardach? czemu pieniądze
dostają po pół roku, a nie co miesiąc?
I tak dalej i tym podobne. Masa technicznych pytań, żenujących, dotyczących
finansów. Pytań nie wartych przytoczenia.
Sławoj słucha i powtarza: - Tak to już jest, Jędrzej. Tak to już jest. Nie możesz
mówić, że system jest wadliwy. Masz złe podejście. Po prostu informacja płynie
zbyt wolno. Chodzi o przepływ informacji. W tym cały szkopuł.
Patrzę na Sławoja i wiem, że chrzani, że nie ma żadnego tajemnego przepływu
informacji. Nic jednak nie mówię.
      Sławoj zaczyna opowiadać z kolei dużo: o tym, że poznał
dorosłe życie. Definitywnie przestał pisać teksty. Na zajęciach z
realioznawstwa czyta studentom przez dziewięćdziesiąt minut turystyczne strony
internetowe. Opowiada, że żona po porodzie bardzo się zmieniła. Nie można się
do niej przytulić, bo od razu wchodzi pomiędzy nich córka Lenka. Dziecko
płacze. Żona ma depresję. Świat się wywrócił.
Potem Sławoj rzuca: - A co do twoich obaw, to ja cię doskonale rozumiem Kiedy
obroniłem dysertację, nie dostawałem pieniędzy przez cztery miesiące. Rektor mi
nic nie pomógł. Pozostało zbierać butelki na śmietniku.
      Prodziekan mówi dalej. Ja przestaję go słuchać.
Przed oczyma staje mi wielki Sławoj w wiąziutkim żółtym krawacie i szarym
swetrze. Widzę go, jak chodzi koło studenckich klubów i zbiera puszki na złom.
      Myślę, że tak naprawdę Sławoj nie potrafiłby chyba
zbierać tych puszek. A potem zdaję sobie sprawę z tego, że krawacik dobrała mu
pewnie troskliwie żona.
      Robi mi się ich okropnie żal.
***
odcinek dziewiąty
|