zima 2004/05


strona główna



  
   I     
   II    
   III   
   IV    
   V         VI        VII   

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - VIII


W pisku, dygocie, ciężko zatrzymał się pociąg, a ja nawet nie wstałem z ławki, choć szturchali mnie Helmut z Pluskwą. Pociąg po chwili ruszył, ociągając się i łomocząc metalowym podbrzuszem. Nie podbiegłem do drzwi wagonu. Nie wskoczyłem do środka.

Poczekałem, aż pociąg zniknie w oddali, a chwasty rosnące na nasypie przestaną się kołysać. Stchórzyłem. Nie jestem gotowy – wymamrotałem, chowając głowę w ramionach.

Ładne – zachwyt niemal dławił Pluskwę. Nawet Helmut zamruczał lubieżnie. I ja spojrzałem, gdzie spoglądali już oni. Grupka hałaśliwych dziewcząt z plecakami wysypała się wprost na nas i podążała w kierunku dworca. Piersiątka bez staników skaczące wesolutko przy każdym kroku. Krótkie spódniczki. Okrąglutkie tyłeczki. Mieliśmy wrażenie, że całe piękno świata ogarnęło na chwilę tę małą stacyjkę tylko po to, żeby zaraz potem zostawić nas oszołomionych i boleśnie świadomych swojej brzydoty. Zwłaszcza dla mnie było to odczucie upokarzające. Ucierpiała nie tylko moja męska duma, ale i duma humanisty. Trudno pogodzić się z myślą, że prawdziwie piękno przybiera formy tak niewyszukane i właściwie wulgarne. To mnie trochę otrzeźwiło. W gruncie rzeczy ludzkie uczucia nie są tak wzniosłe i skomplikowane, jak to sam człowiek usiłuje sobie wmówić.

Mój strach przed powrotem do domu także nie wynikał ze znoszenia się sprzecznych myśli czy czegoś w tym rodzaju. Po prostu wyobraziłem sobie nagle, jak mogłoby wyglądać moje spotkanie z żoną. Niemal na pewno – uświadomiłem sobie – skończy się na tym, że wyprosi moich dwóch przyjaciół i zaraz potem zwymyśla mnie od łapserdaków, a kto wie, czy nie jeszcze gorzej.

Ale jeśli nie stanę przed nią, to nigdy nie dowiem się, czy moje obawy są słuszne. Dobra – powiedziałem. – Za godzinę jest następny pociąg. Łapiemy się na ten. W nim będzie luźniej.

Tamten był prawie pusty – zauważył Pluskwa.

Tchórzostwo moje potrzebowało jakiegokolwiek usprawiedliwienia, więc z godnością wycedziłem: Chodzi o jeszcze bardziej pusty pociąg. Jeszcze bardziej.

Pociąg zapełniony był hałaśliwą dzieciarnią jadącą na kolonie.


Przystanąłem naprzeciw kamienicy, w której mieszkałem: pierwsze piętro, ostatnie trzy okna po lewej. Uważnie obejrzałem swoje odbicie w szybie sklepowej. Wyglądałem nieźle. Nawet oczy miałem jakieś większe i nienaturalnie błyszczące. Zazwyczaj moje powieki przypominały pomarszczoną kurtynę odsłoniętą do połowy. A za tą kurtyną coś na kształt pustej sceny. Z takim spojrzeniem można było pozować na mędrca, który już wszystko wie i jest zmęczony ogromem własnej mądrości. O takim mówią „ponurak” i zawczasu odsuwają się jak od trędowatego. Jednak dziś spoglądałem spojrzeniem młodzika i amanta.

Mosze bycz.

Przystojniaki z nas, nie?

Moja obstawa – w osobach Helmuta i Pluskwy – ze znawstwem pokiwała głowami i na wszelki wypadek także poprawiła fryzury.

Chyba byliśmy dobrze przygotowani do spotkania z kobietą, bo kasjerka po drugiej stronie szyby wyszczerzyła do nas zęby. Kilku brakowało.

Lecz to nie kobieta otworzyła nam drzwi. Wręcz przeciwnie.

Czego? – zabasował barczysty dryblas i może by nas przestraszył samym swoim wyglądem, gdyby nie śmieszna czapeczka z gazety na jego wielkiej głowie. Pewnie malował, ponieważ cały pochlapany był białą farbą.

Ja do żony. – Spróbowałem zajrzeć ponad jego ramieniem w głąb mieszkania, co nie było łatwe, albowiem wypełniał sobą większość przestrzeni między framugami. Mojej? – nastroszył się dryblas.

Przeczuwałem, że trudno się będzie z nim porozumieć i już obejrzałem się poza siebie, szukając wsparcia u Helmuta i Pluskwy, ale dryblasa odepchnęła mała, pulchna i gadatliwa kobietka. Mówiła szybko i dużo. W potoku wypowiadanych przez nią słów można było się utopić. Próbowałem z tego wyłowić to, co najważniejsze. A najważniejsza była informacja o tym, że żona moja tydzień temu wynajęła im mieszkanie i wyniosła się diabli wiedzą gdzie. Dryblas przytakiwał jej marszcząc z namaszczeniem brwi.

Więdnąłem z każdą chwilą. Wysunięty dumnie podbródek cofnął się, błyszczące oczy zmatowiały, wypięta pierś obwisła i jakby się zapadła. Nie byłem zdolny do działania, toteż przyjaciele moi pożegnali się za mnie i odciągnęli ku schodom.

Aha – przypomniał sobie dryblas i pochylił się nad poręczami. Zatrzymaliśmy się na półpiętrze. - Wczoraj była tu taka jedna ruda. Pytała o gospodarza, więc znaczy: chyba o pana, czy jak...

Drobna, chudziuchna pielęgniarka o włosach jak długie wióry oskrobanego mosiądzu – nikt inny. Omal nie zemdlałem. Nie ma nic gorszego, niż dowiedzieć się poniewczasie o zaprzepaszczonej okazji, której nawet nie wyczekiwaliśmy. Nie dane mi było pogłaskać jej rudych pukli. Przeznaczenie najwyraźniej należało do moich wrogów. Nadto nie miałem gdzie mieszkać.

Na wszelki wypadek podreptaliśmy na dworzec. Dworzec chętnie przepuszcza przez siebie ludzi, którzy dokądś się śpieszą i zatrzymuje tych, którym nigdzie się nie śpieszy. Dopiero trzecie piwo pozwoliło mi należycie ocenić to, co usłyszałem przez próg swojego – do niedawna – mieszkania. Zakląłem.

Czwarte piwo pomogło z kolei przeistoczyć wszystkie te przemyślenia w prosty wniosek. Wniosek zaś był taki: moja żona z pewnością przeniosła się do domu swojej matki, do czego zresztą namawiała mnie już dawniej. Twierdziła, że ten dom jest zbyt wielki dla samotnej kobiety. Możliwe. Ale teściowa nie była wcale samotna. Jej koleżanki z kółka różańcowego zwalały się tam codziennie gwarną gromadą.

Piąte piwo wypite było za zdrowie i cnotę rudowłosej pielęgniarki.

Więcej piw nie pamiętam.


Trzeźwiałem pomaleńku od środka nocy aż do południa dnia następnego. Helmut i Pluskwa na zmianę dzielnie wysłuchiwali mojego monologu. Spowiadałem się im z mojego małżeńskiego życia.

Do chwili, kiedy poznałem Joannę, nie rozebrałem żadnej dziewczyny, ani tym bardziej kobiety, za wyjątkiem Fruzi, ale Fruzia rozbierała się właściwie sama przed każdym chłopcem zdybanym w szatni i na rozbieraniu kończyła – ostatecznie byliśmy tylko przedszkolakami. Innymi słowy pozostawałem prawiczkiem jeszcze w wieku dwudziestu trzech lat.

Pragnąłem seksualnego spełnienia tak bardzo, że rozłożone nogi Joanny wydały mi się najpiękniejszym widokiem, jaki zdarzyło mi się widzieć. Dla tych nóg wyczekujących mnie jak owadożerne kwiaty na muchę gotów byłem na wszystko. Nawet na ożenek.

A gapiąc się między nogi Joanny, nie przyglądałem się jej twarzy. Nie chodzi o to, że była brzydka. Przeciwnie. Jednak umknęło wtedy mojej uwagi to, że gdy ją całuję, zaciska usta, gdy pieszczę ją, krzywi się z obrzydzenia, gdy wpycham się w nią napęczniałym z podniecenia przyrodzeniem, jest obojętna i znudzona. Nie spostrzegłem – dureń! – że oddaje mi się nie z pożądania, lecz z nienawiści. Z nienawiści do wysokiego blondyna.

Zwykle bywałem tłem. Człowiekiem niedostrzegalnym. Tamtego roku zaczęło się to zmieniać. Napisałem jakieś artykuliki do prasy młodzieżowej i zaproszono mnie na obóz dziennikarski postępowej, jak mawiano, organizacji studenckiej. Chwalono. Poklepywano po plecach. Toteż wyżej unosiłem głowę i śmiało odwzajemniałem dziewczęce spojrzenia. Na spojrzeniach się kończyło. Zagadnąć jeszcze nie śmiałem.

Nic dziwnego, że na zabawie przy ognisku zostałem sam na sam ze swoimi melancholijnymi myślami.

Powlokłem się na pomost, aby innym nie psuć zabawy. Joanna dopadła mnie, kiedy gapiłem się bezmyślnie w chybotliwe światła odbite w wodzie.

Czego ty tak... z boku? – zaciekawiła się przystając opodal. Tłumaczyłem się mętnie. Jeszcze gorsze było niezręczne milczenie tuż potem.

Obejrzała się i upewniła po raz kolejny, że wysoki blondyn obściskuje cycatą obozowiczkę. Joanna i blondyn mieszkali w miasteczku po przeciwnej stronie jeziora; czasem po wodzie niosły się stamtąd pijackie zawodzenia. Niektórzy w miasteczku uważali ich oboje za coś w rodzaju narzeczeństwa – bądź co bądź od pół roku widywano ich razem. Jednakże Joanna zdążyła się blondynowi znudzić. Wcale tego nie ukrywał. Zaledwie wprosili się na obozową zabawę, umknął do innej. Joanna przyglądała się temu w osłupieniu.

Kiedy się ocknęła, jej oczy pociemniały z gniewu, a pełne usta zacisnęły w tak wąską linię, że stały się sine. Obeszła ognisko kryjąc się w półmroku z mglistym postanowieniem zemsty. I wtedy napatoczyłem się ja, naiwny i bezbronny.

Zrazu byłem tylko czymś w rodzaju użytecznego rekwizytu. Nie tracąc czasu Joanna wzięła mnie pod rękę i poprowadziła do ogniska. Wydawało mi się, że nie idę, lecz frunę, skrzydła jakieś sterczą z ramion, pod łokcie podtrzymują mnie tłuste amorki, zaś chóry anielskie wydzierają się unisono w niebiesiech.

Niemal otarliśmy się o blondyna. Zerknął na mnie tak, jak zerka się na ludzi przypadkowo mijanych na ulicy, do Joanny krzywo się uśmiechnął i tylko mocniej przytulił do siebie cycate ciało swojej nowej wybranki.

Joanna zawróciła w półmrok i rzeczowo wypytała się kto ja i skąd. Przyglądała mi się badawczo. Kalkulowała. Oceniała. Rozstrzygała naszą przyszłość: za siebie i za mnie. Zauważyłem z nagła dziwny grymas na jej twarzy. Ściągał jej brwi ku sobie i tworzył głębokie bruzdy na czole i przy ustach. Powinien mnie zaniepokoić. Tylko rozczulił. Zbrzydła w tym grymasie i nie usiłowała wcale tego zamaskować. Wówczas zdawało mi się, że jestem przez to wyróżniony: zasługiwałem, aby nie czuła się przy mnie skrępowana. Byłem jak matka albo wielkie lustro w łazience.

Słowo „student” najwyraźniej się jej spodobało. Student to dyplom, dyplom to lepsza praca, lepsza praca to niezgorsza pensja. Skoro więc będę w przyszłości dobrze zarabiał, to ona może, a nawet powinna zostać moją żoną. Zemsta na blondynie nie wykluczała odniesienia z tego jakiejś korzyści.

Ja kochałem ją, bo ją pożądałem. Pożądając – byłem od niej zależny.

O ile dobrze pamiętam już przy drugiej schadzce w jej domu – w tym wielkim, starym domu z wysokimi sufitami, w którym wciąż tłukł się pogłos rozmów kobiet z kółka różańcowego – zgodziłem się na małżeństwo. Wymogła tę zgodę bardzo łatwo. Dopiero co wyplątałem się z jej szeroko rozłożonych nóg. I nie byłem zdobywcą i triumfatorem. Wszystko odbyło się żałośnie krótko. Mój fiutek zwisał smętnie pokonany po dwóch czy trzech minutach. Nie mogła wybrać lepszego momentu. Kiedy indziej przeważyłby może rozsądek. Za młody byłem do żeniaczki. Nie osiągnąłem jeszcze, com zamierzał osiągnąć; kawalerowi łatwiej. Po co mi kobieta na stałe? Jeszcze w kobietach nie zasmakowałem, jeszcze nie poznałem ich tak, jak mężczyzna powinien poznać; wciąż byłem pół-chłopcem. Nie nabrałem należytego szacunku do siebie samego. Nie zasłużyłem na szacunek u obcych. Nie miałem możliwości pokazać, co jestem naprawdę wart. Zgodziłem się związać z kobietą całkowicie wobec niej bezbronny i zdany na jej pochwały i przygany jak sługa, nie mąż - bo łatwiej mnie było upokorzyć i łatwiej zwieść pochlebstwem. Sam w siebie wmawiałem, że ona jest dla mnie – cholera jasna! – wszystkim. Świat przesłoniła mi swoimi obnażonymi nóżętami.

Sentymentalny bałwan i pośledniejszego gatunku erotoman, czyli erotuman. Taki właśnie byłem. Jeszcze przez jakiś czas w siebie wierzyłem, a Joanna wierzyła w pieniądze, za które już wkrótce kupię jej fiata, zafunduję wczasy w Bułgarii, czy co tam sobie jeszcze zażyczy.

Wyobrażałem sobie, że świat czeka na tak inteligentnego magistra filozofii niby na Mesjasza. I byłem gotów jak Mesjasz – ofiarować mu się.




odcinek IX


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni