archiwum

zima'03/04
str. 1   str.2


wędrówka  strona główna


         etapy: pierwszy  drugi  trzeci  czwarty  piąty

nysi zaczątek - etap szósty


  Nowy Rok jest piękny.

  Nie przeszkadza nam już zmęczenie, nie martwi nas nawet zblokowane cięgło od gazu. Bo gaz się zaciął, walimy przez bezludną Warszawę z otwartą przepustnicą. Maciek steruje, ja siedzę przy odkrytej pokrywie silnika i grzebię w gaźniku, regulując obroty. W kabinie huk, czuć zapach spalonego oleju. Zdrożona nyska na opolskich blachach mija Dworzec Centralny, przeskakuje z rozbiegu kolejne skrzyżowania i wlatuje na Trasę Gdańską.

  Linie świateł, odbłyski na jezdni. Opony huczą po zasolonym asfalcie. Żeby trzymać sześćdziesiąt, muszę sięgać ręką głębiej, pochylać się nad deską rozdzielczą, zanurzać w czeluściach mechanizmu. Czasem podnoszę się, prostuję kark, patrzę na sterującego Macieja.

  Zaczyna wiać. Dzwonią blachy. Po prawej burcie widać zmrożoną Wisłę. Migają nieczynne supermarkety, opustoszałe stacje benzynowe.

  I tak schodzi nam ostatnie pięćdziesiąt kilometrów. Most, Nowy Dwór, skręt w bok, dróżka zawalona śniegiem... Zanurzamy się w rozwlekłej, mazowieckiej wsi, mrugającej światłami telewizorów, odległymi fajerwerkami, dźwięczącej noworocznym śpiewem. Przejeżdżamy Kroczewo, delikatnie skręcamy na bieluchną szutrówkę, która rozłazi się gdzieś w polach. Maciej sunie na dwójce, trąca kierownicę, szuka drogi. Wreszcie wyłania się przed nami bujna kępa drzew, siatka, w głębi mały domek. Dotarliśmy.


  II.

  W środku jest dziwnie. To znaczy my czujemy się bardzo zmęczeni, a Magda jest bardzo zła. Siedziała cały czas sama, psy bały się petard, ujadały, wokół walił śnieg. Maciek nie dawał znaku życia.

  Relacja z wyprawy idzie nam jakoś nieskładnie. Heroiczna walka nie wydaje się już tak radosna. Tłumaczymy, że robiliśmy co tylko mogliśmy, że zakup pojazdu jest bardzo udany, nyska się spisała tylko warunki ekstremalne, że przeżyliśmy coś wielkiego, że to cudowny Sylwester. Później przerzucamy się historiami mechanicznych niespodzianek, mówimy o mistrzu z Brzegu, o dobrym diagnoście, o bełchatowskich flakach. Odbijamy flaszki, ja wykładam na stół spirytus z kawą, wódkę z kakaem i grejprfutem. Wszystko własnej roboty. Nadrabiamy postne godziny drogi.

  Magda twierdzi jednak, że wódka jej nie smakuje. Nie chce też wyjść na dwór i obejrzeć furgonu. Mówi, że lepiej jutro, za dnia, że nie ma sensu marznąć. My z Maciejem wychylamy kieliszki, śpiewamy pieśni rosyjskiej estrady. Po dwudziestu minutach widzę, że mój kompan zwiesił głowę i patrząc w blat tłumaczy Magdzie niewyraźnie, że nie rozumie, dlaczego miałby już iść spać, że Sylwester się dopiero zaczyna. Ja spoglądam na Maćka ze zdziwieniem, rozbawieniem, kiwam głową z politowaniem, bo sam czuję się trzeźwiutki. Chcę omawiać aspekty eksploatacyjne polskich samochodów dostawczych, zaczynam brawurową tyradę. Maciek z Magdą wchodzą jednak po drabinie do sypialni na stryszku. Patrzę, jak znikają na górze i w jednej chwili zasypiam.


  III.

  Poranny świat jest bardzo kruchy. Na stole stoją trzy puste butelki. Znać mordercze tempo wczorajszej biesiady. Jestem słaby. Czuję jakiś żal, że choć tak starałem się wyszukać dobry pojazd, choć przebyliśmy tak niebezpieczną drogę, ledwieśmy dojechali, to Magda i tak nie jest mi wdzięczna, nie zachwyca się turkusową ciężarówą. Siedzę tak, urażony, czuję jednak, że żal miesza się powoli z niejasnym wyrzutem sumienia.

  Mijają leniwie godziny. Sączymy kawę, rozmawiamy z wolna, odtwarzamy znów fragmenty podróży. Psy biegają wkoło domu. Na niebie słońce.


  IV.

  Kiedy wsiadamy do nyski, Magda wygląda niewyraźnie. Patrzy raz na zepsutego forda, raz na towoskę. Milczy, później coś mruczy. W końcu wchodzi na stopień, ładuje się do kabiny, siada na drewnianej skrzyni. Drzwi trzaskają metalicznie, dzwonią gołe blachy. Maciek nie zna zasad użycia ręcznego ssania, nie udaje mu się odpalić. Ja coś tłumaczę, sam się boję, żeby wszystko działało, ostrzegam, żeby nie zalać świec, słucham silnika. Akumulator słabiutki.

  Automobil rusza. Sunie wolno, w końcu udaje się go rozbujać do trzydziestki. Opony obłażą śniegiem. Wkoło widać pola, las, błyszczą grube czapy drzew. Maciek wrzuca trójkę. Mnie łapie strach, że zaraz może zabraknąć paliwa. Maciek pstryka przełącznikiem dmuchawy, w kabinie znów lodownia. Dopiero za kilka tygodni okaże się, że blaszany szyber jest niedomknięty, że mróz wali przez klapę w dachu.

  Mijamy Kroczewo, powolutku wjeżdżamy na Gdańską. Suniemy prawym pasem za jakimś łaciatym żukiem. Z lewej wyprzedzają nas laguny, punta, fordy mondeo. Magda poprawia się ostrożnie na skrzyni, rozgląda po ascetycznym wnętrzu, patrzy na klamkę od drzwi, taką samą jak w domu, na odsuwane, nieszczelne okienka, drewnianą podłogę, na oszronioną butlę. Minę ma ciągle tajemniczą. W końcu mówi powoli: "Czuję, że zaczyna się zupełnie nowy etap w moim życiu. I nie wiem jeszcze, czy się z tego cieszyć".

  Dalej jedziemy już w ciszy. Słychać jedynie potężny, nysi pomruk.



koniec


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni