|
|
Schyłek zimy
odcinek 9
      Sławoj chce
mi pomóc. Podaje numery pokojów, które muszę odwiedzić, by przyśpieszyć
zaksięgowanie honorarium.
      Pomiędzy
gabinetami biegam dwa tygodnie. Wydzwaniam, stoję przy kolejnych biurkach.
Opowiadam o zaległych rachunkach. O tym, że energetyka ma nam odłączyć prąd.
Mówię szczerze, bez zahamowań.
***
      Udało się.
Nie dość, że przyszło wyczekiwane od grudnia trzysta złotych, to na konto
spłynęła czteromiesięczna zaległość z Legendarnej Międzynarodowej Agencji
Prasowej. Podejmujemy z Asią desperacką decyzję: kupujemy deski na podłogę do
pokoju. Do tej pory mieszkaliśmy na kartonach. Beton ciągnie wilgoć i mróz.
Wiemy, że jeśli nie położymy podłogi teraz, to zostaniemy na zawsze z tą
wylewką i rozprutymi pudłami, rozłożonymi pod dywanem znalezionym na śmietniku.
      W „Autogiełdzie Dolnośląskiej” wyszukaliśmy
dechy za pół ceny: długie, szerokie. Krzywe, ale bardzo ładne. Jasne jak słońce.
      Jadę z
Wielkim do Środy. Bujamy się w różowym jelczu. Huczy CB-radio. Stanisław
opowiada o winietach, o tym, że musimy przeskoczyć nielegalnie dwadzieścia
metrów drogi wojewódzkiej, bo inaczej nie da się dotrzeć po deski.
      Parkujemy
koło średzkiej willi, tuż koło przelotówki. Ja rozmawiam z kobietą o smutnej
twarzy. Ta pokazuje podłogówkę ułożoną starannie w ogrzewanej piwnicy. – Mąż
sam te deski robił. Heblował, wycinał pióro-wpust... Dogadywał się na
transport. Mieliśmy mieć nową podłogę. Wszystko było gotowe. Ale kiedy schodził
do piwnicy, potknął się na schodach... Niby zwykły upadek, ale już nie wstał.
Taki był silny, kawał chłopa... Sam ten dom postawił. A teraz leży na górze,
sparaliżowany. Chyba jeszcze trochę pożyje, prawda?
      Ładuję z
Wielkim deski na pakę. Opływamy potem. Podłogówka zawaliła całą skrzynię.
Piwnica prawie pusta, koniec roboty. Rzucam na górę sześciometrową dechę, a
Wielki nagle kamienieje. Wskazuje ręką w stronę szosy. – Nie wyjedziemy – mówi.
      Na wylotówce stoi Inspekcja Transportu Drogowego.
***
      A jednak
wyjeżdżamy. Wielki dowiedział się od chłopaków przez CB o objeździe. Zasuwamy
ciężarówką jakąś polną drogą, a Stanisław opowiada mi o ITD, o tysiącach
złotych mandatu, jakie można dostać za nieporządek w samochodzie, za nierówno
ułożone atlasy i papierosy na półce przy przedniej szybie. Mówi o mandatach
słusznych i niesłusznych, o tym, że Inspekcja może wejść do domu, skontrolować
papiery, że ma prawo odebrać licencję, no i że w ogóle lepiej z „zielonymi” się
nie spotykać.
      Wyskakujemy
z polnej drogi na trasę do Opola. CB-radio puchnie od komunikatów i ostrzeżeń,
kierowcy nawołują się, powtarzają ciągle trasy objazdowe. W ciągu pięciu minut
główna droga pustoszeje. My skręcamy w prawo, jedziemy „szutrówką”. Wielki
dziękuje kolegom, klika przyciskiem radiostacji, a ja patrzę na sznur starów,
„volviaków”, scanii, starych i nowych, na sznur ciężarówek, sunący wśród pól
ziemistą, stwardniałą od mrozu drogą.
***
      Stolarz
Bieruński mieszka w wielkim, nie remontowanym, na wpół zapadłym poniemieckim
domu. Naprzeciw mieszkania ma pracownię z przedwojennym maszynami. Dokładnie
pośrodku podwórka stoi zaś stara drewniana latryna, wzniesiona niczym słup
znaczący centrum Europy. Z wygódki widać wszystkie cztery strony świata.
      Bieruński
ma przeszło osiemdziesiąt lat i wszystkie palce. Bardzo jest z tego dumny.
Pracuje przy pile od młodości i niczego sobie jeszcze nie uciachał. Wszystko
dzięki temu, że trzyma się żelaznej zasady: przed robotą pije ćwiartkę. Po
robocie pół litra. Ale ani kieliszka więcej.
      Tak w każdym razie było do tej pory.
      Teraz
jednak stało się coś złego. Bieruński się zbiesił. Żona – kochana babcia w
kwiecistej chuście, ta co zawsze tłumaczyła stolarzowi, żeby nie brał od nas
kasy, że my jesteśmy młodzi, nie mamy hajcu, że trzeba nam pomóc, a nie
zarabiać na nas - stolarzowa stoi teraz przede mną i milczy zrozpaczona.
      Bieruński
chleje drugi tydzień, pije na umór. Nie goli się, nie chodzi do kościoła. Mówi
do niej brzydkie wyrazy i śmieje się złośliwie.
      Stolarzowa
boi się wchodzić do pokoju. Całe dnie siedzi z koleżanką, lęka się męża. W
końcu jednak otwiera malowane olejnicą drzwi. Zbliża się do sprężynowego łóżka,
zrzuca z męża pierzynę, szarpie go: - Wstawaj! Wstawaj. Pan przyszedł do ciebie! Pan z
Łabędzic, musisz mu położyć podłogę.
Z kuchni buczą długie fale, gra dżingiel Radia Watykan.
      Bieruński w
końcu wstał. Stoi w obsikanych spodniach pośrodku podwórka. Opowiada mi, że
przyjechał tu po wojnie ze Szwajcarii. Że miało być tak dobrze, a spieprzył
sobie na tych Ziemiach Odzyskanych życie. Potem mówi z kolei o swojej miłości
do pracy: pokazuje mi jakieś balustrady, jakieś fragmenty ogrodzenia, które
ręcznie wycina. Błyska pojedynczym zębem, ściska mi długo rękę. Uśmiecha się.
      Żona
naciąga głębiej chustkę, kręci głową i chowa się w domu. Później, przed furtką,
obiecuje, że do przyszłego tygodnia wyszykuje męża. Skoro wstał, skoro udało
się go uruchomić, to ona wszystkiego dopilnuje.
***
odcinek dziesiąty
|