zima 2004/05


strona główna



  
   I     
   II    
   III   
   IV    
   V         VI        VII       VIII  

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - IX


Tymczasem świat podsunął jedynie posadę nie znaczącego nic korektora w uniwersyteckim wydawnictwie. Do posady po kilku latach dołożył z litości wilgotne mieszkanie. Po następnych kilku mogłem je wykupić na własność w kilkunastu ratach potrącanych z mojej pensji.

Z nawyku gadałem jeszcze o swoich zamierzeniach, z których nigdy nic nie wychodziło. Po jakimś czasie nie miałem już o czym gadać.

Niewykluczone, że z powodu wyparowującej ze mnie ambicji, cielsko moje zaczęło koślawieć, a powieki opadały coraz niżej na senne i puste ślepia.

Joannie nie przeszkadzało jednak to, że jestem Mesjaszem-nieudacznikiem. Gorzej, że nie potrafiłem na tym porządnie zarobić.

Ale jakoś trwaliśmy – niby to ze sobą, a właściwie osobno. Nawet sypialiśmy każde w innym łóżku. Seks był przykrym obowiązkiem wypełnianym ze dwa razy do roku przez kilka minut. Na więcej Joannie nie starczało cierpliwości. Zwykle syczała przez zaciśnięte zęby: Róbże szybciej, cholerniku.

A jeśli tego nie mówiła słowami, to mówiła całym ciałem, nieruchomym i trupio bezwładnym. Początkowy zwierzęcy entuzjazm szybko we mnie wygasał. Popadałem w melancholijne zamyślenie. W gardle grzęzła klucha obrzydzenia.

Za każdym razem kończyło się to wrogim i pełnym wzajemnej niechęci milczeniem. Prawdę mówiąc za dnia też za wiele nie rozmawialiśmy. Gdyby to zsumować, dialogi nasze wypełniłyby jakieś pięć minut na dobę.

Dopiero od stycznia tego roku Joanna wyraźnie się ożywiła. Odzywała się do mnie coraz chętniej i gdybym tuż po wieczornych wiadomościach w telewizji nie umykał przed nią do swojego łóżka, ciągnęłaby swoje tyrady przez noc.

Powodem tej zmiany było zwolnienie mnie z pracy. Nie byłem jeszcze emerytem, ale już dawno przestałem być młody, a na dodatek miałem gruntowne wykształcenie humanistyczne. To wystarczy, aby nikt nie chciał mnie nigdzie zatrudnić.

Im dłużej byłem bezrobotny, tym chętniej Joanna ujawniała swoje rozczarowanie. Zwykle zaczynała od łagodnego: ”ty dupku pierdolony, dlaczego ja właściwie ciebie wybrałam”. Po czym ekspresja jej wypowiedzi przybierała na sile. Gapiłem się na jej usta i podziwiałem wprawę, z jaką wymyślała te wszystkie zdania zlepione w dziwną, potężniejącą z wolna melodię. Czasami mi się zdawało, że słucham opery Wagnera.

Nadszedł maj, ale wcale mnie tym razem nie cieszył, choć był tak samo zielony, rozsłoneczniony i pachnący jak co roku. Rozmyślałem o tym, że ja, jako trup, więcej jestem wart, niż ja żywy. Do żywego trzeba dokładać. Żre taki, zużywa prąd, zużywa wodę , plącze się bez żadnej korzyści po mieszkaniu. Trup przynosi dochód w postaci jednorazowej wypłaty z ubezpieczenia. Część trzeba na niego potem wydać, za to w zamian przez moment wszyscy o nim dobrze mówią i z rozrzewnieniem wspominają, natomiast rodzina dumna jest z powszechnej uwagi skupionej na ich boleściwych minach.

Postanowiłem tedy zostać trupem. Połknąłem garść tabletek. Zapomniałem, że każdy porządny Mesjasz powinien zmartwychpowstać.

Mojemu zmartwychwstaniu przyglądał się ryży anioł ze strzykawką w drobniutkiej dłoni.


Joanna była u teściowej – jak przewidywałem. Kiedy otworzyła drzwi, buchnął mi w twarz stłumiony gwar babskich plotek i zapach drogich perfum. Wprawdzie na perfumach się nie znam, ale te na pewno były drogie. Innych Joanna nie kupowała.

Zmartwychwstałem!... – wychrypiałem od progu. Ćwiczyłem wcześniej ten niski, zmysłowo stłumiony ton głosu przed Pluskwą i Helmutem. Ponoć – wmawiali mi – działa na kobiety. Joanna uśmiechnęła się uśmiechem obietnicy, uśmiechem warg wygiętych zmysłowo, całuśnie. To rzadki gatunek uśmiechu. Był przeznaczony na specjalne okazje. Zazwyczaj otrzymywali go ludzie postronni, których dopiero co poznała, a na których z jakichś względów jej zależało. Tym razem wycelowała go we mnie. Lęk ścisnął mi krtań. Moja żona nie lubiła rozdawać prezentów bez powodu.

A Joanna, przesłonięta swoim czarującym uśmiechem, wycedziła: Wyobraź sobie, że ja też zmartwychwstałam.

Cokolwiek miała na myśli, nie mogłem sobie pozwolić na milczenie: Wydrukowali mój esej...

A ile zarobiłeś?

Nie mogłem wyjść z podziwu, że wszystko, co chciała po swojemu ocenić, pasowało pod jedną jedyną miarę.

Niewiele – przyznałem – ale ...eee... w przyszłości da mi to...

Przerwała mi wzgardliwym machnięciem ręki. Ten gest opanowała wyśmienicie. Złożyłam pozew rozwodowy. Mieszkanie wynajęłam na dwa lata. Wynajęłam, bo to ty jesteś właścicielem, nie ja. Szkoda. Umowa podpisana, więc nie nachodź czasem tych ludzi. Będę teraz mieszkała z mamą. Ty możesz sobie gnić u czubków do końca twojego zasranego życia. Zaczynam wszystko od nowa.

Powiedziała to jednym tchem, bez zająknięcia. Potem zamknęła drzwi. Przed furtką czekali Pluskwa z Helmutem. Nie pytali mnie o nic. Nie musieli. Wszystko wyczytali z mojej gęby.

Kiedyśmy stamtąd odchodzili minął nas i szybko wbiegł na schody młodzik wyglądający jak odrobinę inna wersja wysokiego blondyna, dawnego narzeczonego Joanny. Już dawno zauważyłem jej pociąg do młodych, ładnych chłopców. Gdy się do nich umizgiwała, łatwiej jej chyba było zapomnieć, że ma prawie dwa razy tyle lat, co oni.

Jeszcze tego samego dnia dobiłem targu z dryblasem i jego gadatliwą kobietą, którzy przywitali mnie w swoim własnym domu zamiast żony. Za marne pieniądze sprzedałem im je i podpisałem wszystkie papiery, które podsunął mi notariusz. Uszczęśliwieni nowi właściciele mieszkania gościli nas przez całą noc i kawałek dnia następnego.

Jeżeli to mieszkanie miało ich ze sobą zbliżyć, to z pewnością zasługiwali na nie daleko bardziej niż ja.

Połowę pieniędzy odesłałem do Joanny. Powinna się z nich cieszyć. Nareszcie mogłem jej ofiarować coś, co było zgodne z jej miarą. Ja w każdym razie byłem zadowolony. Uwolniłem się od przeszłości i jeszcze na tym zarobiłem.

Pierwszy raz w życiu udało mi się zrobić dobry interes.




odcinek X


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni