|
|
Schyłek zimy
odcinek 10
      Bieruński
przyjechał na rowerze. Sunął zaśnieżonymi polnymi drogami kilkanaście
kilometrów.
      Jest wyszykowany, ale twarz ma bardzo smutną. Nigdy tego smutku nie widziałem na
jego poczciwej twarzy. Mówi, że wczoraj był w szpitalu. Przed oczami latają
czarne płaty. Lekarz zabronił mu się schylać. Nie tylko teraz, ale już na
zawsze. Nie może opuszczać głowy. Nie jest więc również w stanie kłaść podłogi:
- Ja bardzo pana przepraszam, bardzo pana przepraszam, nieszczęście straszne,
kochaneczku – powtarza ciągle, a ja patrzę na deski moknące w szopie. Wiem, że
podłogę położyć trzeba, inaczej materiał szlag trafi.
      Kładziemy dechy z Asią. Stolarz uczy nas klinowania,
każe klepać gwoździe, bić je w pióro. Segreguje deski, próbuje je wyrównać heblem.
Wszystko jest cholernie krzywe, dechy się rozłażą. Szpary dochodzą do pięciu
centymetrów, wszystko trzeba dociągać, zabijać od góry, łamiąc wszystkie
rzemieślnicze zasady. Rzucamy płaty żółtej wełny pomiędzy świeżo zaimpregnowane
legary, zakrywamy je kolejnymi deskami. Stolarz mówi nam, że pieniędzy nie weźmie,
wystarczy mu kilka dych. On i tak ma rentę, na wódę starczy. A robi się dla ludzi.
Nie dla pieniędzy.
      Klęczymy z Asią, stukamy. Stolarz patrzy
na mnie z niesmakiem, nie potrafię trzymać młotka.
Niby remontuję dom od dawna, ale nie nauczyłem się bić nadgarstkiem,
wstyd aż pisać. Stukam jednak nadal. Dociągamy z Asią surowe deski.
Myślę o idei domu. O tym co po nas tu pozostanie.
***
      Mamy piękną, nie oheblowaną podłogę.
Zalegam za to z pracą doktorską, nie było kiedy robić ostatecznej korekty.
Fizyczna praca pożarła cały czas.
      Jesteśmy zupełnie spłukani.
      Wczoraj odłączyli nam w końcu telefon stacjonarny.
      Nagle zaczynamy rozumieć, że zostaliśmy w ten
sposób pozbawieni internetu. Jesteśmy więc stopniowo odcinani od świata.
Wypadamy z orbity.
***
      Zapinam
smycz i idę z Iskrą na spacer. Mijam sad. Pordzewiałe blachy i złom
porozrzucany pomiędzy drzewami przywaliły zgniłe liście. Patrzę na klony,
strzegące naszej ziemi, wyrastające ponad stare jabłonie. Tam, na końcu sadu,
leży Kretes – poprzedni pies, wierny sznaucer, złożony chorobą, uśpiony w moich
rękach. Idę tak i przypominam sobie to gasnące życie, uciekające z dłoni,
pamiętam dzień, w którym zrozumieliśmy, że pies dłużej nie wytrzyma, że nie
wyrabia biologicznie, że trzeba jechać po zastrzyk. I wsiadł sam do „nyski”,
patrzył tak smutno i godnie, wiedział, gdzie jedzie, patrzył chudy, błyszczący,
skóra zwisała na kościach, białaczka wszystko już z niego wyssała. Jechaliśmy
do Świętej Katarzyny z ojcem i z Judą. Potem trzymaliśmy Kretesa na progu
lecznicy. Dobry, żartobliwy zazwyczaj weterynarz wbijał igłę. Patrzyłem w oczy,
które nagle zgasły nieodwracalnie. Weterynarz zapalił z nami papierosa przed
betonowym barakiem. Potem jechaliśmy do Łabędzic, kopaliśmy grób wśród klonów,
przykryliśmy ciało ziemią, znikły czarne zwłoki i kocyk, psie posłanie, w które
go zawinęliśmy. Pamiętam róg tego kocyka wystający jeszcze spod tłustej, żyznej
gleby.
      Ruszyliśmy
na pola, zbieraliśmy kamienie, łaziliśmy we trójkę przez jakieś rowy,
uwalaliśmy się błotem jak psy. Ja chciałem powiedzieć, że to on nas przez te
pola pogonił, że to pośmiertne psie życzenie. Ale nie potrafiłem. Później,
kiedy już nanieśliśmy głazów, kiedy zatoczyliśmy koło i doszliśmy do sadu z drugiej
strony rzeki, odkryliśmy, że zaraz koło naszej ziemi jest kamienny kopiec.
Nasza eskapada w dalekie pola, nasze dźwiganie głazów, okazało się nielogiczne,
bezsensowne z ludzkiego punktu widzenia. Może rzeczywiście Kretes nas w te pola
wypuścił?
      Kiedy przyłożyliśmy już mogiłę kamieniami,
każdy ruszył w swoją stronę. Juda odszedł
dyskretnie na drogę. Ojciec ruszył zgarbiony przez sad i znikł za płotem. A ja
stanąłem wśród powojów i poczułem w gardle straszliwą gorycz. Wyleciał ze mnie
płacz, ściśnięty i krótki. Zmarszczyło mi twarz, wstrząsnęło. Poczułem ból,
który trudno wysłowić, no bo to w końcu tylko zwierzę padło, trudno się taką
rozłąką dzielić, to tylko taka mała tragedia, samotna, banalna.
      Tym bardziej, że kiedy szliśmy przez pola uwalani
błotem i zbieraliśmy te nagrobne kamienie na kopiec bez symbolu i wyraźnej bryły
– zadzwonił do mnie Maciek. Powiedział mi o swoim umierającym ojcu.
      Nie da się tych spraw porównać.
      A jednak tam w sadzie piekło w gardle jak nigdy.
      Jakiś czas później wiejskie psy próbowały
rozgrzebać grób, dobrać się do ścierwa. Musiałem dokładać nowe kamienie.
      To jednak
nie ma znaczenia. Ważniejsza jest magia. Śmierć, która przyszła do mnie we
śnie. To było jeszcze przed całą akcją. Kretes chorował, chudł błyskawicznie.
Wygrzeczniał. Patrzył głęboko w oczy.
No a w nocy odwiedził mnie upiór.
Miał czaszkę zwierzęcia zamiast głowy. Był bardzo wysoki, górował nade mną,
powiewał jakimiś szarymi szmatami. Nie mówił nic. Biegł w moją stronę. Ja
uciekałem przed nim przez psi klasztor, mijałem psie cele, próbowałem wydostać
się z murów zwierzęcego monastyru w worku, udając zwłoki. Plątałem się jednak
ciągle, upiór biegł bez ustanku, ja nie widziałem nigdzie nieba. Nad głową była
tylko migotliwa czerń. Wpadłem w końcu na jakiś zakurzony strych, duszący od
pyłu. Upiór stał nade mną. Ja skamlałem, próbowałem się przed nim schować.
Zacząłem kopać szary piach, zanurzyłem się cały w kurzu, skryłem pod
powierzchnią. Znikłem.
      Może
przyszła do mnie właśnie ta śmierć, która miała wziąć Kretesa? A może to Kretes
w nocy próbował się przed nią we mnie schować, ratować przed przeznaczeniem,
zagrzebując się w moim umyśle? Nie wiem. Tak czy inaczej uśpiliśmy go własnymi
rękami tydzień później.
      Grudki lodu walą w płócienny kaptur.
Stąpam przez zamarznięte kałuże.
Puch włazi cichutko do butów,
wciska się za cholewy. Mijam mostek i widzę, jak wiejskie chłopaki kradną
kamienie. Rozbierają kopiec, ten z którego mogliśmy wziąć kamienie na grób.
Ładują otoczaki do pożyczonego na akcję zielonego żuka.
- Co jest?
- Nic, patrzę czy nie wywalacie koło nas śmieci.
- Nie, nie. Zabieramy tylko głazy.
- Dobra.
Pracują w milczeniu. Drewniana paka ugina się pod kamieniami.
      Po uśpieniu
Kretesa zaczął przychodzić do mnie czarny
pies. Jest ogromny. Siada po mojej lewej ręce. Pierwszy raz zobaczyłem go w
kinowej poczekalni. Widziałem go kątem oka. Mówiłem nawet o tym ludziom wokół.
Spotykałem się ze zrozumieniem ze strony znajomych. Nie mogli mi jednak pomóc.
Nie byli w stanie potwierdzić mojego odkrycia. Widziałem go jedynie ja. Kiedy
odwracałem głowę w lewo – pies znikał. Potężny, godny. Nieziemski.
      Nie czytałem wtedy Castanedy,
nie zaprojektowałem sobie tego zwierzaka. Prawdą jest
jednak, że w moim życiu nastał wtedy czas karnawału, nie byłem do końca
trzeźwy.
      Pies zaczął
jednak pojawiać się częściej. Obudził mnie kiedyś w Łabędzicach. Wisiał mordą
nad moją twarzą. Milczał. Poczułem jak unoszę się nad ziemią.
Chyba mnie strzeże. Może w ogóle
pilnuje Łabędzic.
      Ostatnio
jednak czarny pies znikł. Wszystko się rozlazło. Wszystko zakryła bezświetlna
zima.
      Iskra
szarpie, sunie zygzakiem. Wracamy na wieś. Mijam raptem dwa domy: sołtysa i
zamknięty sklep, ukryty za betonowym murem. Dwa domy wystarczą, by dotrzeć do
pocztowych skrzynek. Sąsiedzkie psy wyją, Iskra ma cieczkę, rzuca się na
smyczy. Ujada, okrąża pocztowy słup, kołysze pałąkiem, na którym umieszczono
granatowe skrzynki. Wyciągam w końcu z rozbujanej przegródki kopertę:
korespondencja bankowa. Przysłali PIN do karty kredytowej.
      Ruszam z psem w stronę domu, w ręku dzierżę rozerwany
list. Robimy kolejny krok w głąb wirtualnego pędu.
***
odcinek jedenasty
|