zima 2004/05


strona główna



  
   I     
   II    
   III   
   IV    
   V         VI        VII       VIII      IX    

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - X


Przeżuwaliśmy w milczeniu kęsy kiełbasy i milczeliśmy. Ponad nami, po moście, przewalały się hurmem samochody, pod nami zaś, migocząc w słońcu, przewalały się mętne wody rzeki granicznej.

Milczenie nasze było milczeniem zafrasowania. Właśnie dlatego – otoczeni ruchem – sami znieruchomieliśmy na tej piaskowej łasze. Od chłodu i wilgoci zdrętwiały nam pośladki. Helmut nie ponaglał nas dotąd, ale skoro nadeszła jego kolej, nie miał wyboru: jechał odszukać bratanka. Wprawdzie bratanek, który wiedział już przez Czerwony Krzyż, gdzie Helmut znalazł schronienie przez tak wiele lat, jakoś nie kwapił się go zaprosić – w ogóle nie nawiązał kontaktu – ale wypadało wierzyć, że nie starczyło na to czasu i przyjmie krewniaka jak należy. A wraz z krewniakiem przyjmie dwóch jego przyjaciół.

I oto dotarliśmy do granicy. Tu ugrzęźliśmy. Helmut nie miał przecież paszportu. Nie miał ż a d n e g o papieru, bez którego – nie poświadczony – nie istniał.

Siedzieliśmy więc na mokrym piachu, żuliśmy kiełbasę i obmyślaliśmy plan przekroczenia granicy.

Pływać nie umiem – zastrzegł Pluskwa uprzedzając plany najambitniejsze.

Nie wejde do skszyni ani beczki w czenszarówce – odezwał się zaraz Helmut. – Duszno. Zastrzeżeń nie wysuwa tylko ten, kto w danej sprawie nie ma zdania i niczego w związku z tą sprawą wyobrazić sobie nie umie. Dlatego ja nie miałem zastrzeżeń. Powiedziałem tylko: Dupa mi zmarzła.

Słowa moje były jak gdyby sygnałem, że pora nam zabierać się stąd, bo samym wysiadywaniem i tak niczego nie osiągniemy.

Ścieżka powiodła nas wzdłuż brzegu. Lecz dokądkolwiek by nas poprowadziła i tak byśmy jej zawierzyli, ponieważ okolicy nie znaliśmy wcale, a planu przecież nie mieliśmy. Nasza wędrówka skończyła się pod pierwszą napotkaną zagrodą.

Maleńki skok przez granicę? – zagadnął domyślnie gospodarz w maciejówce i w poplamionym jednoczęściowym kombinezonie.

Przyglądał się nam zza płotu z sękatych drągów, ocieniony gałęziami starej wiśni, która rosła tuż obok. Gdyby się nie odezwał, to może przeszlibyśmy mimo i nie zauważyli go nawet. Wietnamce, Pakistańce, asfalty? – ciągnął, wiedząc, że przystanęliśmy i popatrujemy jeden na drugiego, nieufni jeszcze, ale zaintrygowani. – Kogo, znaczy, zabrać?

Mne. – Helmut postąpił krok w przód. – Jestem Niemiec.

Niemca do Niemiec? – Upewnił się człowiek zza płotu i upewnił się tak jeszcze trzykrotnie. Miał przy tym minę, jakby chciał nas zapytać, czy czasem nie zwialiśmy z domu wariatów. Na szczęście nie spytał.

Wreszcie skinął na nas ręką i powiódł przez stary sad za oborą ku rzece. Przy zdziczałym agreście leżała stara łódka. Rozeschła się, zsiniała na słońcu. Korniki wyryły w niej labirynt drobnych korytarzy. Rybitwy obsrały. Wyglądała na zapoznany i nielicho wart zabytek.

Weźcie se to – powiedział nasz przewodnik. – Łódka i tak do niczego, ale może przepłyniecie. Niemca do Niemiec nie będę woził. Skośnookich i czarnych – proszę bardzo. Niemca nie. Wraca do siebie, to niech se wraca. Pieniędzy za to brać nie można.

Uścisnęliśmy z wdzięcznością chropowatą dłoń człowieka z maciejówką i z zasadami. Nawet jeśli te zasady wymyślił dopiero teraz.


Na las noc spadła szybko i zgęstniała tak, że do rzeki szliśmy obmacując przestrzeń przed sobą. Cieszyliśmy się z tych chmur, co ciężko zawisły nad nami, zasłaniając księżyc. Nie przeszkodziło to nam jednocześnie je przeklinać, gdy któryś z nas potknął się, albo otarł o drzewo. I był to bardzo przekonujący dowód na to, że korzyść jest czymś względnym. Kusiło mnie, oczywiście, ażeby oznajmić to Helmutowi i Pluskwie, jednakże zacisnąłem zęby i zachowałem to dla siebie. Zasługiwali wprawdzie na skarby wiedzy i mądrości, tylko że nie wszystko umieli należycie docenić. Pewien jestem, że zasyczeliby mi prosto w ucho, abym się przymknął, taki, siaki i owaki syn, bo mi się ględzić zachciało, kiedy cicho trzeba być, cicho, jak mysz pod miotłą.

Byłby to też niezły dowód na względną wartość prawd objawionych.

Czy w ogóle istnieje coś, co nie jest względne? I czy ja sam wymyśliłem takie pytanie, czy gdzieś je przeczytałem? Bo tak się dziwnie składa, że moje najbardziej odkrywcze przemyślenia niezupełnie były moje.

Z lasu weszliśmy w ścianę pokrzyw, pokrzywami ku wiklinie, wzdłuż wiklin w nowe pokrzywy, z pokrzyw w gęstą trawę, a w trawie wreszcie przystanęliśmy. Tu był brzeg rzeczułki spływającej wprost do rzeki granicznej.

Łódka była tam, gdzie ją uprzednio ukryliśmy. Zepchnęliśmy ją w wodę i wleźliśmy do środka. Zachybotała się, zaskrzypiała. I znieruchomiała. Rzeczułka była płytsza, niż nam się zdawało.

Pluskwa wyskoczył z powrotem na brzeg. Po nim wygramoliłem się ja. Łódka, uwolniona od mojego ciężkiego zadu i wielkiej głowy pełnej nikomu niepotrzebnych przemyśleń, zsunęła się gładko po wodzie. Helmut zatrzymał ją dopiero przy samym ujściu rzeczułki, chwyciwszy kępę łozin rosnącą na brzegu. Tam nasz ciężar już jej nie przeszkadzał; głębia była wystarczająca.

Rozsiedliśmy się na ławie i deskami, które zastępowały nam wiosła, zabełtaliśmy w rzecznej toni. Popłynęliśmy. Wodny nurt porwał nas w mrok. Nic sobie nie robił z naszych desek, którymi zawzięcie wiosłowaliśmy, usiłując skierować łódkę skosem ku przeciwległemu brzegowi. Wkrótce zdaliśmy sobie sprawę, że rzeka nas przemogła i jedyne, co mogliśmy zrobić, to schować te swoje deszczułki i nie męczyć się bez potrzeby.

Odpoczywaliśmy więc i obojętnie wsłuchiwaliśmy się w ciche pluskanie dobyte z głębi ciemności.

Kurwa mać – wyszeptał nagle Helmut, a w szepcie jego usłyszałem zdziwienie – pszeczesz ja nie wracam do kraju ojtszysztego. Do Heimat. Ja z niego uczekam.

Miał rację. Helmut urodził się po tej stronie rzeki, którą właśnie zostawiliśmy za sobą. Względność – westchnąłem. – Wszechobejmujący relatywizm.

W przeciekającej łódce, którą rzeka niosła diabli wiedzą dokąd nareszcie zabrzmiało to naprawdę przekonująco.




odcinek XI


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni