|
archiwum |
|
wrocław'02 - tydzień dziewiąty
A więc idziemy dalej. Zamknięta "Sawa" pozostaje w tyle, za ścianą kamienic znika też Wzgórze Słowiańskie i tramwajowa zajezdnia. My zaś walcząc ze
zmęczeniem suniemy do przodu, po lewej pozostawiamy nieczynną "Słowiańską" restaurację, nieczynny sklep wypełniony po brzegi piwem, idziemy dalej, giniemy
w gąszczu ulic, zawsze gubię się w tych stronach, teraz też się zgubiłem, ale nie tracę wiary, pamiętam, że zwykle docieram w końcu do celu, tak i teraz być musi,
dotrzemy do "Syrenki", zasiądziemy za stołem, ogrzejemy się, byle sił starczyło. Siąpi mżawka, ja staram się umilić monotonię wędrówki, przytaczam kolejną
historię z mitycznej "Arki", historię, którą również znam od ojca, mówię: "Widzisz, Filipie, opowiadałem już o legendarnej pani Adzie, która sunęła między stolikami,
serwowała specyjały i trzymała porządek. Tak się akurat złożyło, że pewnego dnia, kiedy w knajpie siedział jak zwykle mój ojciec, siedział też Irek bodajże, nie
chcę skłamać, przeszłość zatarła szczegóły, może siedział Roman, któremu później holowałem dużego fiata, Roman z którym ojciec ścigał się buraczanym
wartburgiem też tam mógł być, nie wiem, jedno jest pewne: siedzieli w <<Arce>> redaktorzy. A przy sąsiednim stoliku pili miejscowi i coś krzyczeli, coś tam
podrygiwali, kołysali, za głośno byli w każdym razie, za szeroko, zbyt kinetycznie prowadzili dysputę, pani Ada huknęła, upomniała, żeby przed redaktorstwem
trzymać fason, nie poskutkowało, podeszła więc do łobuziaków, uniosła ręce i pierdzielnęła krzyczącego blaszaną tacą w głowę. Taca zabrzęczała, hałas ucichł,
wrócił porządek. Tak jest w <<Arce>>" - kończę, deszcz dalej siąpi, a Łepkowicz milczy. "Musimy dotrzeć kiedyś do <<Arki>>" - dodaję, Łepkowicz kiwa
głową, idziemy dalej. Rozpoczynam więc kolejną opowieść: "Słyszałem o jednym jeszcze zdarzeniu związanym z <<Arką>>. Znajdziesz w tej historii znanych ci już
bohaterów. Było tak: pewnego dnia za stolikiem siedzieli mój ojciec, był pewnie i Irek, może i Roman, na pewno Henio. Tak, ten sam Henio, który zamówił pół
piwa łamanego ze sprajtem, tym razem też popełnił w knajpie błąd, mimo że pił duże piwo. Pił więc piwo on, pił ojciec, pili inni redaktorzy, a kiedy odstawili puste
kufle, przyszło płacić. Podeszła pani Ada, Henio sięgnął do kieszeni, zaczął odliczać dziesięcio-, pięcio-, i dwugroszówki, mruczał, liczył, w końcu podał na dłoni
stos monet. Pani Ada milcząc wzięła drobniaki, zacisnęła pięść, po czym rzuciła w Henia pieniędzmi. Monety leciały na Henia, na stolik, na podłogę, a pani Ada
patrzyła dumnie, stała, bezkompromisowa, twarda, ciosana. Nie przyjęła groszowej zapłaty, wolała nie wziąć pieniędzy w ogóle, niż brać je w formie heniowego
stosiku. Żelazna, nieugięta, okrutna, taka jest <<Arka>>" - kończę kolejną historię, Łepkowicz kiwa głową, idziemy dalej w kapuśniaku, w końcu ja zaczynam
rozwijać teorię "Arki", mówię: "Tak jest w <<Arce>>, tak jest i w innych knajpach Gastronomicznej Spółdzielni Inwalidów. Tak powinno być wszędzie. Żadnych
obrzydliwych sloganów, że <<pieniądz nie śmierdzi>>, żadnego: <<nasz klient, nasz pan>>, żadnego: <<ja płacę, ja wymagam>>. Winno być jak w Rosji, jak na
Wschodzie, jak na Białorusi, tam, gdzie ludzie jeszcze ludźmi pozostali, gdzie sklepowa, kasjerka, kierowca, konduktor - wszyscy po prostu są, nie skrywają się za
orwellowską maską dwumyślenia, dwumówienia, dwubycia. Bo jeśliś smutny, jeśli ciężko ci na duszy, jeśli czujesz złość, niechęć - okaż swoje uczucia, powiedz
zdanie, wylej żal, burknij, warknij, wywrzeszcz ból, nie ściągaj twarzy w silikonowym uśmiechu, nie kłam, nie służ fiskalnej kasie, za którą stoisz".
Mijamy szary bunkier, jakieś torowiska, jakieś nieznane uliczki, Łepkowicz z niepokojem wypatruje komina elektrociepłowni, kolejowych torów, ale punktów
odniesienia zabrakło, brniemy przez kamieniczną magmę, zaginęliśmy na dzikim bezknajpiu.
|
|
wędrowiec © dziennikarze wędrowni |