|
archiwum |
|
wrocław'02 - tydzień dziesiąty
Okrutna gra słów. Kapuśniak ciągle leci z nieba, a my coraz bardziej głodni. Powraca znużenie. Mijamy uliczki, jedną za drugą, wszystkie zdają się znajome,
"Syrenka" powinna być tuż za rogiem, ale nie ma jej, otwierają się kolejne zaułki, kolejne szare podwórka, błądzimy, zawracamy. Zgubiliśmy kierunek, zdajemy się
więc na przeczucie, obieramy azymut i idziemy konsekwentnie przed siebie.
"Mówiłeś o Heniu - tym co dostał w <<Arce>> w twarz drobniakami i zamówił piwo ze sprajtem. Sumienny, pracowity, prostolinijny Henio. Szczery Henio. Dobry
Henio. Łatwowierny Henio. Pamiętam, twój ojciec powiedział, że robaczywki z Heniem mógłby kraść. Bezbronny Henio. Uczynny Henio. Wspomniałeś, że Henio
odszedł z Klaksonu, że trafił na Karkonoską, że popadł w kościejowy jasyr, że wyczytałeś wszystko w manuskrypcie. Co za manuskrypt?" - mówi nagle Filip.
Chociaż nie, nic nie mówi, o nic nie pyta, ja sam rzucam nagle w zupełnej ciszy wędrówki: "Czytałem manuskrypt. Manuskrypt" - powtarzam - "ten, o którym
wspomniałem przy okazji historii Henia. Bo to, co stało się z młodym redaktorem, kiedy wyszedł z <<Arki>>, kiedy przeszła przez miasto woda, kiedy wszedł
dobrowolnie w mury Karkonoskiej - znam właśnie ze znalezionego manuskryptu. Choć może nie?" - waham się nagle - "Może to nie z rękopisu wiem, może sam
widziałem? Sam przecież dotarłem kiedyś na Karkonoską, spędziłem tam kilka Prawdziwych Lat, ileż dłuższych od tygodni podróży, jakże ciężki to był czas, jakże
uczący, iluż widziałem wtedy opętanych czarem Kościeja! A więc może sam byłem na tej imprezie branżowej, może pamiętam z autopsji, nie wiem, rzeczywistość
zmieszała się ze światem książkowym, wspomnienia własne zlepiły się z kartami znalezionego pamiętnika". Filip patrzy milcząco, idziemy dalej, on słucha, ja mówię:
"Albowiem Henio, kiedy już odszedł z Powodzią z Klaksonu, a zanim trafił na Karkonoską - był w innej jeszcze stacji radiowej - na rubieżach miasta. Tam poznał
młodzieńca z płaską twarzą, razem pracowali, ramię w ramię kroili dźwięki, szarpali słowa, razem przemierzali ulice miasta. Szczegółów nie znam - podkreślam od
razu: to co słyszałem to tylko strzępy, nie byłem razem z Heniem i Płaskim, mogę tylko przypuszczać, jak wszystko się stało. Przypuszczam więc, że było tak:
pewnego dnia Henio podszedł do Płaskiego, a może Płaski do Henia, a może razem spotkali się po prostu w pokoju socjalnym na papierosie, rzucili:
<<odchodzimy>>, albo: <<odchodzę. Pójdź ze mną>>. <<Gdzie?>>. <<Na Karkonoską. Stąd trzeba wywędrować: za chlebem, za portfelem, za godnym
życiem>>. I wyszli razem z kamiennego budynku, szli ramię w ramię - może potajemnie, może po cichu, żeby żaden pracownik, żaden strażnik nie zobaczył gdzie
wędrują, nie zaalarmował o ucieczce, nie udaremnił szaleńczej próby. Doszli szczęśliwie na Karkonoską, nieświadomi miejsca, pełni nadziei, może też i obaw,
emocji. Zostali przyjęci, rozpoczęli nową pracę. Mijały Prawdziwe Dni, pewnego razu Płaski został zaproszony na Imprezę. I o ile czas wędrówki, o którym właśnie
opowiedziałem, nie jest jasny (przytoczone, skąpe fakty złożyłem z pojedynczych zasłyszanych zdań), o tyle przebieg Imprezy znam dokładnie: całość została
opisana w Manuskrypcie, który odnalazłem w radiowym szalecie.
|
|
wędrowiec © dziennikarze wędrowni |