|
|
Schyłek zimy
odcinek 11
      W kiblu
czytam fragmenty „Limes inferior”, zapomnianej już chyba, słabo pisanej książki
Janusza A. Zajdla, stworzonej w głębokim peerelu. W Polsce nie było wtedy kart
kredytowych, GPS-ów i innego cholerstwa. Zajdel opisał jednak świat science fiction, odmalował wizję
degenerującej się ludzkości, podzielonej na klasy według poziomu inteligencji,
ludzkości walczącej o pracę, gnieżdżącej się w zamkniętej, homogenizowanej
metropolii. Każdy obywatel ma klucz: na nim zapisywana jest liczba punktów
– czerwonych, zielonych i żółtych. Za
żółte wyżej sklasyfikowani obywatele mogą kupić mniej chemiczne piwo i jedzenie
zbliżone do naturalnego. Za czerwone zostaje już sam syntetyk z uzależniaczami.
Kiedy stracisz klucz – wypadasz z
obiegu. Przestajesz istnieć. Jeśli posługujesz się kluczem – jesteś
kontrolowany: „Nie trzeba bawić się w detaliczne inwigilacje, prowadzenie
kartotek, śledzenie każdego z osobna. Każdy krok każdego obywatela znaczony
jest kolorowymi punktami zostawionymi na jego drodze: w sklepie, w automacie
barowym, w kinie, w bramce metra, na Kluczu dziwki. Zamiast śledzić obywatela,
wystarczy przejrzeć zapis bankowy jego wydatków. Jeśli wydaje, to znaczy że
żyje. Jeśli żyje – musi wydawać, brocząc punktami jak ranny zwierz, dopóki
wszystkie z niego nie wyciekną. Więc o to właśnie chodzi: by miał zawsze choć
trochę, bodaj tych czerwonych, bo inaczej straci się go z oczu”.
Zajdel pisze też, że większość
uczonych nie rozumie do końca co dzieje się wewnątrz teflonowej płytki, nie
znają całego kodu, nie rozumieją pełnego systemu zapisu.
Z okienka ciągnie zimnem. Spuszczam
wodę.
***
      Bajka blaknie. Lucek stoi pod owczarnią i narzeka. Pomstuje na życie, mówi o
kolejnych dłużnikach, o pracy nad miarę. Niedawno jeszcze tłumaczył, że
pracować trzeba. Nawet jak cię znów wyrolują, jak puszczą z torbami – ty musisz
robić i tak. Musisz budować markety, fabryki, kopać doły pod fundamenty
kompleksów handlowych i domów pod wynajem. Bo jak ty pracować nie będziesz, to
kto? Jak i ty przestaniesz – wszystko runie. Świat pęknie.
      Niedawno
jeszcze klarował etos pracy, przemawiał niczym wiejski Atlas. Teraz stoi na
mrozie, opuszcza bezradnie ręce, żali się na debet. Ja Lucka rozumiem, kiwam
głową, wiem przecież, że sam utrzymuje rodzinę i tak już będzie, taki jest
porządek Luckowego domu: Barbara siedzi w kuchni a Lucek macha łyżką i wybiera
ziemię. No więc wiem to wszystko, ale zaczynam czuć strach. Do tej pory byłem
spokojny. Słuchałem nieraz rozmów w owczarni, dysput o sypiącym się sprzęcie, o
pękniętych sworzniach, zdychających silnikach. Stałem obok Lucka łatającego
„ostrówka”, słuchałem jak radośnie przekomarzał się z człowiekiem o czerstwej
twarzy, ze swym konkurentem, co mieszkał za sklepem i jeździł dychawiczną
„białoruśką”. Białoruski traktor zdaje się większy, ale ma węższą łychę, gorzej
pracuje. To taki krótkodystansowiec, na roboty po okolicznych wsiach. Mimo to
poczciwiec z czerstwa twarzą i Lucek rywalizowali, kopali na wyścigi,
przewalali ziemię, klęli na archaiczny sprzęt, potem przemawiali do niego
łagodnie, pieścili, łatali, spotykali się przy warsztacie... Rozmawiali ciepło,
nabijali się z poklejonych traktorów, przerzucali się przygodami z placu
budowy. Jeden przytoczył raz historię chłopaka, który oparł się o betoniarkę i
zaczął majtać nogą, by wytrząsnąć kamień z buta. Koledzy chwycili za szpadel,
dobiegli, połamali mu ręce. Myśleli, że betoniara ma przebicie, że go prąd
pieści. Niby chłopaka szkoda, ale historia zabawna. Innym razem Lucek opowiedział,
jak mu na estakadzie puściły w koparce hamulce. Zobaczył pod sobą uliczny
korek, nie mógł wyhamować, wydarł łyżką w asfalt.
Owczarnia tętniła śmiechem. Na to
czerstwy sąsiad od „białoruśki” rzucał kolejną anegdotę, potem jeszcze jedną...
Gadali, pasowali sworzeń, coś tam wybijali, sztukowali. Potrafili się cieszyć
nieprzewidywalnością nędznych, pordzewiałych, pogiętych koparek.
      Ale później
owczarnia zamilkła. Wysechł strumień anegdot. Facet z czerstwą twarzą odszedł.
Podobno przeciął łyżką źle naniesiony na mapę przewód wysokiego napięcia.
Pochylił się jeszcze nad rozharatanym kablem, chciał poprawić, zabezpieczyć...
Potknął się, uderzył czołem w elektryczną żyłę. Więcej nie wstał. Kiedy Lucek
opowiadał mi tę historię, wydawał się kompletnie szary. Mówił, jakby żegnał
frontowego kolegę. A potem zaczął coraz bardziej smutnieć, dzień po dniu. We
mnie zaś zalągł się ten strach. Boję się Luckowego narzekania. Czuję, że wraz z
nim umiera Bajka, że wszystko zarasta Marność, że Atlas słabnie, niebo nad nami
zaczyna się opuszczać coraz niżej. A Lucek mówi, mówi... Opowiada teraz, jak
szukał samochodowego elektryka. Ja się przez chwilę ożywiam, bo sam potrzebuję
połatać instalację w ładzie, posprawdzać alternator, znaleźć zwarcie. Ale Lucek
tłumaczy, że wioskowi, groszowi elektrycy odeszli. Jeden żył kilka kilometrów
stąd, na bazie. Ale poszedł już w ciąg, nie robi. Drugi zmarł niedawno z
przepicia.
      Lucek mówi,
a ja patrzę na jego wielkie, opuchnięte z wysiłku ręce. Sąsiad jest
przeciążony. Tytaniczny wysiłek dla świata rujnuje mu organizm. Dziś Lucek
wyciągał siódmy raz pod rząd silnik. Ciągle rwie sprzęgło, ciągle coś zgrzyta,
nie udaje się znaleźć przyczyny. Lucek szarpał bloczek, ciągnął znów żelastwo w
górę, w milczącej desperacji. Po robocie umył się i pojechali z Barbarą do
„tesco” na zakupy. Zasłabł w markecie. Siadł wśród kolorowych półek i tak
został. Barbara biegała w panice wśród ludzi, pół godziny straciła, by znaleźć
w handlowym kompleksie aptekę, przyniosła jakieś leki... Lucek zamiast prochów
wziął jednak browara. Twierdził, że tak lepiej. Tabletki zarzuci wieczorem.
      Teraz znów
czuje się źle. Lekarz dawał mu skierowanie do sanatorium. Dawno już powinien
jechać do kurortu, zostawić wszystko, ratować zdrowie. Ale jechać nie wolno.
Trzeba dźwigać świat. Teraz mógłby co prawda zostawić wielkie budowy i robić po
okolicznych wioskach. Pojawiła się nawet szansa na mały etat w gminie... Ale
Lucek musi jeździć do miasta. Bliżej pracować nie będzie, bo go pegeerusy
zjedzą. Wygryzą go, utopią w zawiści. Tak w każdym razie twierdzi. Wszystko
przez to, że Lucek nie jest z Łabędzic. Przyszedł tu z Fiodorowa, odległego o
siedem kilometrów. Wcześniej, kiedy jeździł tu do Barbary w konkury
„komarkiem”, wieśniacy zatarasowali mu drogę. Ktoś wiedział, że Lucek wraca zawsze
polną drogą bez reflektora i wywalił na trasę nawóz. Lucek jechał po omacku, na
pamięć. Rymsnął w gnój, później do świtu mył się po cichutku przy studni, żeby
rodzice nie zobaczyli.
      A potem też
nie dało się jakoś z wsią dogadać. Niby wrastał w miejsce, niby pokazał, że
potrafi pracować, że ma siłę. Wykazał determinację. Kiedy ożenił się z Barbarą
i przeniósł do Łabędzic, jedno zrozumiał od razu: trzeba uciekać na swoje.
Trzeba zbudować dom – naprzeciwko wiatraka, zaraz przy zakręcie. Zaczął pracować
na dźwigu, jeździł pługiem śnieżnym bez prawa jazdy, prowadził wesołe
miasteczko, założył z Barbarą budę z piwem... W końcu postawili
„namysłowskiego” składaka z płyty i drewna – dom jak marzenie. Pierwszej nocy
zobaczyli co prawda nad sobą niebo, bo rozszedł się sufit. Ale połatali
wszystko, poprawili, obsadzili teren iglakami. Tylko miejscowi dalej pukali się
w czoło, śmiali z Lucka, mówili, że głupi, że tu i tak Niemcy wrócą, i tak
wszystko zabiorą. Tylko dureń z Fiodorowa może nowy dom stawiać.
      No więc
Lucek nie jest swój i już pewnie nie będzie. Dlatego pracować w okolicy też nie
ma zamiaru. Nawet zakupy robi we Wrocławiu.
***
odcinek dwunasty
|