zima 2004/05


strona główna



  
   I     
   II    
   III   
   IV    
   V         VI        VII       VIII      IX        X     

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - XI


Odgłosy życia przylatywały to z tej, to z tamtej strony i niosły się pogłosem po wodzie. Strasznie wkurzające są takie dźwięki, jeśli wokół trwa mrok, a ty nie możesz się nawet głośno wysmarkać.

A dlatszego mamy bycz cicho, kurwa mać? – zbuntował się nareszcie Helmut. – Jesteszmy na szrodku rzeki. Na szrodku rzeki som wendkasze. I gadajo kiedy chco.

Nie mamy wędek – zaoponował Pluskwa, lecz Helmut prychnął lekceważąco: Mamy wódke.

Rzeczywiście mieliśmy. Pluskwa trzymał za pazuchą butelkę trunku, który miał nam rozweselić poranek po drugiej stronie rzeki, albo ogrzać nocą, gdy ziąb stanie się nieznośny. To wentkaszom wystarczy.

Golnęliśmy raz i drugi. Nieszczelna łódka, nad którą nie mieliśmy władzy stała się odrobinę przytulniejsza.

Ja zawsze byłem po zlej strone – z pogodną rezygnacją westchnął Helmut, kiedy pustą butelkę odrzuciliśmy precz, zaś kołysanie łódki stało się słabsze od kołysania wewnątrz nas. – Ja jusz od urodzena tak...

Ale wówczas, gdy czterokilogramowy Helmut – jeszcze bezimienny – rozpychał się w kroczu wrzeszczącej wniebogłosy matki, a gluty łożyska lśniły na jej białych udach, każdy twierdził, że w dobry czas się smarkacz urodził, w dobry czas i wśród dobrych ludzi najlepszego z państw. Nie było to mówione po to, żeby jego ojciec, ślusarz z pobliskiej fabryki, rozczulił się jeszcze bardziej i postawił nową kolejkę za zdrowie syna, pijcie, przyjaciele, prosit! Za pierworodnego piliby i tak. Natomiast co mówili, mówili szczerze. Mieli pracę, chwackich SA-manów, ćwiczących defiladowy krok na wybrukowanym placu przed pocztą i nie dalej jak trzy dni wcześniej wielki człowiek, który pokrzykiwał na nich z radia, pokazał w Nadrenii jak dbać o honor narodu. I właśnie na cześć wielkiego człowieka tego oto pomarszczonego brzydala, któremu z brzucha sterczała resztka pępowiny, okrzyknięto Adolfem. W imieniu tym zawarta była nadzieja, że przynosi ono pomyślność i pokój.

Jednak ilekroć Helmut-Adolf przymykał powieki i zamieniał się na powrót w kilkuletniego pędraka – dziwnie często przypominał sobie zarazem tamten dzień, kiedy zapuchnięta od płaczu matka pogłaskała go po głowie i zaraz potem pogłaskała też młodszego o rok drugiego swojego syna. Ojciec nie spoglądał w ich stronę. Siedział przy kuchennym stole. Stół obciągnięty był grubą ceratą. Ojciec skrobał się w podbródek obsypany igiełkami ciemnego zarostu. Szczęknęło radio. Ojciec opróżnił kubek wystudzonej kawy zbożowej jak opróżnia się kieliszek z wódką. Radio gadało swoje głosem wielkiego człowieka. Matka ogarnęła synów pulchnymi rękami i wdusiła w fartuch przesączony zapachami kuchni. Helmut zrobił się czerwony. Ledwie mógł oddychać. Ale nic nie powiedział. Radio wrzeszczało wrzaskiem wielkiego tłumu.

Helmut nie bał się słowa „wojna”. Co dzień bawił się w wojnę z kolegami z Pimpfen. Walczył bohatersko i wreszcie efektownie umierał za ojczyznę ostrożnie kładąc się na plecy.

Zdziwiło go, że można na wojnie zginąć tak nieważną śmiercią jak ojciec. Ojciec, reumatyk i w dodatku ceniony fachowiec w fabryce, nie był w armii. Bomby wysypały się z wysokości wprost na fabrykę, bo o zniszczenie fabryki chodziło, a ludzie wewnątrz niej byli po prostu w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Wśród nich ojciec Helmuta-Adolfa. Wyrósł nad nim kurhan ze zrujnowanych ścian głównej hali. Helmuta ciekawiło, czy ojciec chociaż jako trup wygląda godnie, to znaczy – czy przypomina jeszcze człowieka, czy może jest tylko bezkształtnym krwawym strzępem. Nigdy się tego nie dowiedział.

Młodszy brat Helmuta – ten umiał przeskoczyć na właściwą stronę choćby działo się najgorsze. Ostatni raz widział go w rozbłyskach wystrzałów, które tak pięknie przyozdobiły nocne niebo jak sztuczne ognie w lunaparku. Dziadek – ojciec ich ojca – wrzeszczał aż do zachrypnięcia, aby biegł ku nim, dureń zafajdany. Wrzask był bardzo przekonujący, ale mimo to Helmut zaciął się w uporze. Zachciało mu się znowu wtulić w ten śmierdzący od wyziewów kuchennych fartuch matki. Czekał.

Panika stała się nie do opanowania. Kolumna uciekinierów rozpierzchła się w mroku. Buczenie samolotów i czołgów niosło się zewsząd, jakby wojna sunęła tu z szybkością tajfunu, chociaż było to tylko złudzenie – jedno z tych, które pojawić się mogą wyłącznie nocą.

Chodź tu, bo w dupę dam! – zagroził dziadek i próbował się przecisnąć przez ludzki potok zalewający drogę.


Mama się przecież zgubiła – odkrzyknął cienkim głosikiem Helmut-Adolf z rowu po drugiej stronie drogi. – Muszę znaleźć mamę!

Mama się znajdzie! – z fałszywą pewnością siebie chrypiał dziadek. W pobliskim lesie świsnął pocisk, grudy błota i odłamki uniosły się w krótkim błysku ognia jak ramiona potwora.

Mama jest w domu – zapewnił Helmut-Adolf. – I czeka na nas!

Nowy wybuch i wszystko skotłowało się, pomieszało, jak gdyby ktoś potrząsnął niebem i ziemią jednocześnie, i chciał je ze sobą połączyć.

Helmut pobiegł w stronę miasta.

Matka odszukała go dopiero nazajutrz w południe, zagniewana i pełna wyrzutów, że nie posłuchał dziadka, którego dogoniła jeszcze przed świtem. Kiedy wyrzuciła swoje żale, zapłakała nad sobą. Nad nim zdążyła się już wypłakać zawczasu.

Nie zdołali przegonić wojny, która przetoczyła się drogami obok niech z turkotem gąsienic, szuraniem podkutych buciorów i wśród szczypiących w oczy spalin rozpływających się w powietrzu.

W obozie, do którego ich zagnano, otrzymali sienniki, koce i wszy.

Wszystkie kobiety z baraku przeznaczono do pomocy przy odgruzowywaniu. Oczyszczały cegły z cementowej zaprawy i ustawiały je w równych rządkach, które mężczyźni taszczyli potem na rampę kolejową; pociągi zbierały te cegły dla odbudowywanej Warszawy.

Twarz matki – ten szczegół dobrze zapamiętał – zawsze była upudrowana ceglanym pyłem. Aleś ty czerwona, mamo – śmiał się i kobiety obok śmiały się wraz z nim.

Ale gdy to samo powtórzył nad mamą leżącą bez ruchu na pryczy, nikt nie odezwał się przez dłuższy czas, a tylko ponad głową Helmuta-Adolfa krzyżowały się znaczące spojrzenia. Do diabła! Jedenastoletni gówniarz powinien wiedzieć, że to nie ceglany kurz na jej policzkach, tylko rumieńce wysokiej gorączki. Jak można z tego żartować?

Moja mama nie jest już czerwona – powiedział głośno nazajutrz rano. – Powinna być czerwona. – Wyjaśnił obracając się do kobiet z sąsiednich prycz, które gramoliły się już spod koców i podchodziły do niego niespiesznie. Przeczuwały najgorsze.

Nagle ujrzały coś, co w pierwszej chwili wydało się im dziwacznym tańcem. Helmut-Adolf podrygując upadł na podłogę.

Mówily, sze wyglondam jak zlowiona ryba – zachichotał Helmut. Właśnie gdzieś obok naszej łódki plusnął rybi ogon. – Ja nie wiem. Nie pamientam.

Szamotał się i bryzgał śliną, a gdy wreszcie ustał, oczy miał wytrzeszczone i leżał bez ruchu jak matka. Tyle tylko, że on żył. Wciąż wolał być po gorszej stronie.

Wpierw trzymano go w obozowym lazarecie, lecz właściwie nikt nie wiedział, co z nim począć, ponieważ przez pierwsze dni tylko leżał, pozwalał się karmić wodnistą zupką, robił pod siebie i gapił się w jakieś niewidzialne dla innych światy.

Z ulgą podrzucono go wreszcie do eszelonu, który jechać miał za graniczną rzekę. Na wilgotnej słomie, co zalegała na podłodze wagonu towarowego, zatańczył znowu swój taniec. Nie mogło go utrzymać kilku mężczyzn. Ktoś wrzasnął wtedy, że dusza się z niego wyrywa. Trzeba mu pozwolić spokojnie skonać.

Ułożono go na peronowej ławce na pierwszym postoju. Jednak konanie jego coś się przedłużało. Eszelon dawno odjechał, on zaś nadal leżał, szczękał zębami z zimna i nie zwracał uwagi na tych, co podchodzili, żeby mu się przyjrzeć. Pewna babina znakiem krzyża chciała przegnać z niego demony. Druga zamierzała podać kubek samogonu. Wesołek jakiś połaskotał go i sam śmiał się przy tym na całe gardło. Ponurak obszedł go to z tej, to z tamtej strony i kręcąc głową stwierdził, że, psia, to tylko sztuczki i o żebry chodzi, o nic innego.

Ale ja naprawde nic z tego nie pamientam – westchnął ze smutkiem Helmut, ponieważ pomyślał pewnie to samo, co i ja sobie pomyślałem: że jeśli się czegoś nie ma w pamięci, to właściwie nigdy nie zaistniało.

Chłopaka, co konał, ale porządnie skonać nie potrafił, za to od czasu do czasu tarzał się w dziwnych podrygach, odwieziono nareszcie do szpitala. To był ten sam szpital, którego cząstką na pewien czas stałem się ja.

Tu właśnie Adolf przemienił się w Helmuta. Podrósł i zestarzał się, przestał wytrzeszczać oczy w przestrzenie ponad sobą i przez wiele lat nie było nikogo, kto wygrałby z nim w szachy.

Zerwałem się na równe nogi, żeby go uściskać, bo tak mnie wzruszyła Helmutowa opowieść. Nic z tego nie wyszło. Łódź zachybotała się ostrzegawczo. Niemal z niej wypadłem. Pluskwa ocknął się z drzemki; rzeka pogrążyła go w nieokreślonej czasoprzestrzeni i wreszcie stało mu się obojętne, gdzie jest i ile czasu mija, byleby nikt go nie budził i nie wrzeszczał mu do ucha moim zapijaczonym głosem: Helmut, pyska daj, daj pyska, mówię, byku ty!...

Stałem zgięty tak, jakby sparaliżował mnie atak lumbago. Wyciągnąłem przed siebie ręce, lecz nie miałem odwagi ruszyć w przód.

Helmut odczekał, aż moje wzruszenie ostygnie w przedporannym wietrze i ponownie westchnął: Tylu szetszy nie pamientam!...

Łódka zgrzytnęła zderzając się z niewidzialną przeszkodą i stanęła. Tkwiliśmy na płyciźnie dwa kroki od brzegu, ale o tym przekonaliśmy się dopiero wtedy, gdy o brzasku mgła rozwiała się i można było dojrzeć coś więcej, niż pluskwopodobny gałgan pośrodku łódki pochrapujący miarowo.

Helmut wyskoczył pierwszy, grzęznąc po kostki w mule. Chyba uznał to za zły znak.

Mosze teraz tesz jestem po zlej stronie? – zapytał obracając się do nas. Był przejęty i blady.

Burknęliśmy coś niewyraźnie i zaraz zrugaliśmy go, że nie pomaga nam zaciągnąć łódki w pobliskie krzaki. Praca hamuje głupie dociekania. Na co Helmut, układając brwi w gniewnym grymasie, sapnął, żebyśmy przestali się wydzierać jak wariaci, kurwa mać.

Odetchnęliśmy z ulgą. Znów był sobą.




odcinek XII


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni