|
|
wrocław'02 - tydzień jedenasty
Weszliśmy wreszcie w znajomą okolicę. Tak się nam przynajmniej wydaje - że szliśmy już po tych ulicach, że rozpoznaliśmy kierunek i zdążamy teraz prosto na
"Syrenkę". Migają podwórka, oficyny odarte z tynku, wybujałe balkony, pęki satelitarnych anten, zroszone deszczem trabanty, jakieś stare amerykańskie pontiaki,
tarpany, polonezy traki. Błyskają blaszane drzwi, dzwonią w deszczu szklane okna, ćwiartka potrzaskanej płyty "Orkiestry z ulicy Chmielnej" osiada na dnie kałuży.
Z deszczem spływa z nas kolejna fala zmęczenia, znużenie wsiąka w asfalt, my krzepimy się myślą o niedalekiej przystani. "Mam trzy dychy, najemy się, napijemy,
odbijemy trudy podróży" - powtarza Łepkowicz, a ja zaczynam kolejną opowieść: "Mówiłem o sprawach smutnych, o Imprezie, na której kupczyli heniowym
losem, snuli bizantyjskie intrygi, dzielili antenowy czas.
Wspomniałem, że i ja wszedłem w mury Karkonoskiej, przeszedłem twardą szkołę życia w sztucznym,
syntetycznym świecie elektronicznych impulsów, magnetycznych taśm, gumowych korytarzy, dni spędzanych w jarzeniowym świetle, alkoholowych rozmowach,
półsłówkach, półwycenach, półbyciu. Ja także należałem do Towarzystwa, ja też trafiłem na Imprezę. Myślałem już wtedy o ucieczce, na przebieg prywatki
patrzyłem bez emocji, w zdumieniu i smutku. Trwały rozmowy, obmowy, zawieranie i zrywanie sojuszy, dyskusje o biurkach, szafkach, gabinetach. Siedziałem z
boku, potem wyszedłem na balkon, potem stanął koło mnie jeden z imprezowników, zaczął mówić, snuł groteskowy, przerysowany, nierzeczywisty monolog:
<<Jędrzej, ja wiem, że jestem chujem. Wiem, tak o mnie mówią, tak na Karkonoskiej funkcjonuję. W duszy pozostałem punkiem, ale działam w firmie. I jestem
chujem. Ale gdyby nie to pięć tysięcy złotych... Gdyby nie pięć tysięcy złotych...>> - powtarzał starszy kolega, kiwał głową, w końcu zniknął na powrót w pokoju.
A potem wydarzyła się rzecz jeszcze bardziej tandetna i nierealna: przeszła przez balkon galeria postaci, trzy osoby jeszcze powtórzyły mi te same zdania, wszystkie
się spowiadały, usprawiedliwiały: <<ja wiem, nie powinnam, czuję się tu źle. Ale gdyby nie te trzy tysiące złotych, gdyby nie trzy tysiące>>, potem słyszałem jeszcze
o dwóch tysiącach, zmieniały się kwoty, pozostawały te same słowa usprawiedliwie- nia wyrwanego z gardła spienioną, miękką wódką. Ludzie zjadani przez firmę,
odarci z własnego czasu, spętani luksusem, luksusikiem, cyferkami wyceny, wyścigiem w podziemnych korytarzach. Przez balkon przetoczyło się jeszcze parę <<ja
wiem>>, parę tysięcy złotych, potem wszyscy wrócili do kolejnej butelki.
A potem wyszedłem z imprezy i nocą ruszyłem przez miasto.
Zacząłem wędrować".
Wędrujemy. Radość. Znad dachów wyrósł nareszcie komin elektrociepłowni, punkt orientacyjny, widzimy, że skręciliśmy za bardzo na północ, nadrobiliśmy drogi,
ale knajpa jest już niedaleko. Tak jak w biegu do "Sawy" - przyspieszamy, przeskakujemy kałuże. Ale tym razem już z daleka widzimy znak klęski. Kłódka na
drzwiach, "Syrenka" nieczynna.
Znów wyrzuty, znów jałowe dyskusje, że drogę trzeba było wybrać inną, że z "Sawy" trzeba było iść do innej knajpy. W końcu Łepkowicz mówi: "Zbyt daleko
doszliśmy, by zwątpić. Pozostało nam jeszcze Nadodrze". Ruszamy w stronę ostatniej szansy, znikamy na północnym zachodzie.
tydzień dwunasty
|