|
|
Schyłek zimy
odcinek 12
      Słucham Lucka, stoję w drzwiach
owczarni, patrzę na Łabędzice. Widzę swój dom – ten sam, z którego Lucek uciekł
kiedyś z Barbarą na swoje. W końcu wzięli do siebie matkę i sprzedali mi
parterowe, kryte eternitem domiszcze. Ja zaś ujrzałem wieś. Patrzyłem na nią po
raz pierwszy przez pojedyncze, poklejone taśmą okno, patrzyłem z zachwytem na
światło za zakrętem, na wiatrak, na powolne spacery, na stare maszyny rolnicze,
przyczepy wiozące gruz, który pochopnie oddałem sołtysowi, patrzyłem czując, że
wchodzę w nową rzeczywistość, że poznaję świat, w którym wystarczy otworzyć
drzwi i zrobić krok, by poczuć ziemię pod stopą, że starczy wyjazd do odległego
o kilometr Swojakowa, by kupić skrzynkę bylejakiego piwa i zniknąć na cały
dzień w sadzie, albo przesiedzieć popołudnie z czajnikiem świeżej mięty,
klepiąc reporterskie notatki przed starym, dławiącym się kurzem komputerem.
Tak, wtedy Bajka przebijała rzeczywistość, odkryła przede mną świat spokoju,
powolnych nawoływań wieśniaków, ich krzyków przy traktorze, zmęczonego,
rozmytego wzroku, który zlewa się z niebem, świat prostego, taniego życia, spacerów polną drogą, przejazdów
opustoszałym pekaesem, upału, maniany, rozmów z Barbarą przy ciężkiej, parzonej
kawie, łykanej na przemian z zimnym piwem, czas wieczornych imprez z Lucjanem i
jego kumplami, z potentatem Wackiem – właścicielem budowlanego parku
maszynowego i jego kierowcą kamaza, z kierowcą, który kiedyś rozpłakał się, gdy
wspominał swoją pracę na kontrakcie w Rosji. Płakał, łykał wódkę i wąchał
chleb, mówił o prostym życiu i dobrych ludziach, o kraju, w którym nie ma
unijnych norm, ciężarówki mogą być głośne i stare, w którym nie trzeba się bać
Inspekcji Transportu Drogowego i można ciąć kamazem po gruntowej drodze, jechać
osiemdziesiąt kilometrów do sklepu po wódkę i wyprzedzać wszystkie osobówki,
zwalniające na wybojach. Kierowca gloryfikował swoją Rosję, a może Kazachstan,
czy Ukrainę, cholera wie, Sowieci wszystko zmieszali, nie wiadomo już gdzie
naprawdę na ten kontrakt jeździł. Mówił w każdym razie długo, a Lucek i Wacek
kręcili głowami, oni na Wschodzie nie wytrzymali, za bardzo tęsknili za domem,
za obco się czuli w gościnnym świecie kołchozowej wódki lanej wiadrami i stołów
uginających się od przyprawionej słoniny.
      Początek Łabędzic. Czas ognisk, grillów.
Czas okazyjnych rozmów z młodą Marylą-czarownicą, która tak się bała nie
poświęconych domów i licha, które może zakraść się do dziecka w wózku. Mąż
Maryli – zmyślny mechanik Jacek, człowiek o słabej woli i złotych rękach nie pił jeszcze wtedy tak dużo, nie obnosił
się swoimi relacjami z pseudomafią, nie bił Maryli tak często, a Maryla na
niego tak głośno nie klęła i nie włóczyła go za włosy po podwórku, kiedy był
już miękki i pijany.
      Czas magii i radości. Ciepło.
Wszystko zdawało się proste. Jeździłem po Polsce, klepałem ekonomiczne depesze
dla Legendarnej Międzynarodowej Agencji Prasowej, a w tym czasie w naszym
zaciekającym garażu gipsowa Matka Boska patrzyła na dom i modliła się za komin,
który dawno już stać nie powinien, który składał się już tylko z wypalonych
cegieł, ułożonych na eternicie. Piłem browary, spałem na miejskich skwerach,
przejadałem delegacje w przydrożnych barach, otrzepywałem się z trawy i
wchodziłem z dyktafonem do szklanych, chłodnych budynków. Bajka trwała.
Przynosiła szczere rozmowy z prezesami wielkich koncernów, rozmowy poza
dyktafonem, dialogi dziwne, niepojęte. Wracałem później do Łabędzic, Asia
kończyła pracę magisterską, ja jechałem na uczelnię, słuchałem Sławoja,
zazdrościłem mu polotu, naukowej pasji, słuchałem, jak odkrywał Szulca,
odnajdywał w nim odniesienia do swojej specjalizacji: literatury niemieckiej,
jak pokazywał, że ulica Krokodyla istnieje naprawdę, że jest obok nas.
Dowodził, że filologia nie jest martwa, nie jest
      Nie był jeszcze prodziekanem, nie
nosił żałosnego żółtego krawacika, zwisającego na wełnianym swetrze. W oczach
miał misję.
      Ja wracałem ze Sławojowego
odczytu i bujałem się na rowerze na wieś. Byłem szczęśliwy, że zostawiam
Wrocław – wielki plac budowy, miasto wystawione na przetarg, złożone na ołtarzu
nowoczesności. Nie martwiłem się już nowymi inwestycjami, kompleksami
handlowymi, centrami rozrywki stawianym w miejsce bermudzkich trójkątów,
bazarów, mordowni, w miejsce ukochanej przeze mnie miejskiej szarzyzny.
Zapominałem o megakolorowej, homogenizowanej tandecie, bo wiedziałem, że wracam
do siebie, wchodzę do Bajki, do swojego nowego świata. Pedałowałem więc, plułem
z wiatrem, ciąłem asfalt na starej kolażówce. Po drodze piłem przed jakimś
sklepem „bączka” i słuchałem ptaków.
      A później przyszła zima. W życie
zaczęła wpełzać Marność. Ta sama, która wciąga w świat ekskluzywnych, martwych
knajp, pustych rozmów, pośpiesznego życia, bełkotliwych newsów o niczym, ta, która wyssała z mojego rodzinnego miasta
warsztaty rzemieślników, sieć barów Gastronomicznej Spółdzielni Inwalidów,
pozlepiała lokalne kina w silikonowy multipleks, bezlitośnie starła wszystkie
targowiska, zabroniła picia piw na szarych podwórkach i ciepłych ulicach.
Marność przyszła jednak do mnie w nowej postaci. Nie ukazała się już jako
nieśmiertelny Kościej, demon Wirtualnego pędu.
Marność przypełzła do Łabędzic jako Niedola-Zły los, jako Licho-Bieda.
Przypełzła cichutko, delikatnie. Zastukała w okno i powiedziała, że już tu
zostanie, że to do końca życia, że zamieszka tu, gdzie nie udało się wleźć
Kościejowi. A jak się tu zadomowi, to i Kościeja wprowadzi – może przez komin,
na który będziemy musieli wziąć pożyczkę, może przez bezmyślnie włączony
telewizor, jeśli go w końcu uruchomimy, może przez urzędniczy etat, który
przyjmiemy w desperacji. Licho-Bieda opowiedziała to wszystko i przywaliła
naszą wieś kamieniem.
***
odcinek trzynasty
|