zima'05/06


wędrówka  strona główna


         odcinki: pierwszy  drugi  trzeci  czwarty  piąty  szósty  siódmy  ósmy
                  dziewiąty  dziesiąty  jedenasty 

Schyłek zimy



odcinek 12


      Słucham Lucka, stoję w drzwiach owczarni, patrzę na Łabędzice. Widzę swój dom – ten sam, z którego Lucek uciekł kiedyś z Barbarą na swoje. W końcu wzięli do siebie matkę i sprzedali mi parterowe, kryte eternitem domiszcze. Ja zaś ujrzałem wieś. Patrzyłem na nią po raz pierwszy przez pojedyncze, poklejone taśmą okno, patrzyłem z zachwytem na światło za zakrętem, na wiatrak, na powolne spacery, na stare maszyny rolnicze, przyczepy wiozące gruz, który pochopnie oddałem sołtysowi, patrzyłem czując, że wchodzę w nową rzeczywistość, że poznaję świat, w którym wystarczy otworzyć drzwi i zrobić krok, by poczuć ziemię pod stopą, że starczy wyjazd do odległego o kilometr Swojakowa, by kupić skrzynkę bylejakiego piwa i zniknąć na cały dzień w sadzie, albo przesiedzieć popołudnie z czajnikiem świeżej mięty, klepiąc reporterskie notatki przed starym, dławiącym się kurzem komputerem. Tak, wtedy Bajka przebijała rzeczywistość, odkryła przede mną świat spokoju, powolnych nawoływań wieśniaków, ich krzyków przy traktorze, zmęczonego, rozmytego wzroku, który zlewa się z niebem, świat prostego, taniego życia, spacerów polną drogą, przejazdów opustoszałym pekaesem, upału, maniany, rozmów z Barbarą przy ciężkiej, parzonej kawie, łykanej na przemian z zimnym piwem, czas wieczornych imprez z Lucjanem i jego kumplami, z potentatem Wackiem – właścicielem budowlanego parku maszynowego i jego kierowcą kamaza, z kierowcą, który kiedyś rozpłakał się, gdy wspominał swoją pracę na kontrakcie w Rosji. Płakał, łykał wódkę i wąchał chleb, mówił o prostym życiu i dobrych ludziach, o kraju, w którym nie ma unijnych norm, ciężarówki mogą być głośne i stare, w którym nie trzeba się bać Inspekcji Transportu Drogowego i można ciąć kamazem po gruntowej drodze, jechać osiemdziesiąt kilometrów do sklepu po wódkę i wyprzedzać wszystkie osobówki, zwalniające na wybojach. Kierowca gloryfikował swoją Rosję, a może Kazachstan, czy Ukrainę, cholera wie, Sowieci wszystko zmieszali, nie wiadomo już gdzie naprawdę na ten kontrakt jeździł. Mówił w każdym razie długo, a Lucek i Wacek kręcili głowami, oni na Wschodzie nie wytrzymali, za bardzo tęsknili za domem, za obco się czuli w gościnnym świecie kołchozowej wódki lanej wiadrami i stołów uginających się od przyprawionej słoniny.
      Początek Łabędzic. Czas ognisk, grillów. Czas okazyjnych rozmów z młodą Marylą-czarownicą, która tak się bała nie poświęconych domów i licha, które może zakraść się do dziecka w wózku. Mąż Maryli – zmyślny mechanik Jacek, człowiek o słabej woli i złotych rękach nie pił jeszcze wtedy tak dużo, nie obnosił się swoimi relacjami z pseudomafią, nie bił Maryli tak często, a Maryla na niego tak głośno nie klęła i nie włóczyła go za włosy po podwórku, kiedy był już miękki i pijany.
      Czas magii i radości. Ciepło. Wszystko zdawało się proste. Jeździłem po Polsce, klepałem ekonomiczne depesze dla Legendarnej Międzynarodowej Agencji Prasowej, a w tym czasie w naszym zaciekającym garażu gipsowa Matka Boska patrzyła na dom i modliła się za komin, który dawno już stać nie powinien, który składał się już tylko z wypalonych cegieł, ułożonych na eternicie. Piłem browary, spałem na miejskich skwerach, przejadałem delegacje w przydrożnych barach, otrzepywałem się z trawy i wchodziłem z dyktafonem do szklanych, chłodnych budynków. Bajka trwała. Przynosiła szczere rozmowy z prezesami wielkich koncernów, rozmowy poza dyktafonem, dialogi dziwne, niepojęte. Wracałem później do Łabędzic, Asia kończyła pracę magisterską, ja jechałem na uczelnię, słuchałem Sławoja, zazdrościłem mu polotu, naukowej pasji, słuchałem, jak odkrywał Szulca, odnajdywał w nim odniesienia do swojej specjalizacji: literatury niemieckiej, jak pokazywał, że ulica Krokodyla istnieje naprawdę, że jest obok nas. Dowodził, że filologia nie jest martwa, nie jest
      Nie był jeszcze prodziekanem, nie nosił żałosnego żółtego krawacika, zwisającego na wełnianym swetrze. W oczach miał misję.
      Ja wracałem ze Sławojowego odczytu i bujałem się na rowerze na wieś. Byłem szczęśliwy, że zostawiam Wrocław – wielki plac budowy, miasto wystawione na przetarg, złożone na ołtarzu nowoczesności. Nie martwiłem się już nowymi inwestycjami, kompleksami handlowymi, centrami rozrywki stawianym w miejsce bermudzkich trójkątów, bazarów, mordowni, w miejsce ukochanej przeze mnie miejskiej szarzyzny. Zapominałem o megakolorowej, homogenizowanej tandecie, bo wiedziałem, że wracam do siebie, wchodzę do Bajki, do swojego nowego świata. Pedałowałem więc, plułem z wiatrem, ciąłem asfalt na starej kolażówce. Po drodze piłem przed jakimś sklepem „bączka” i słuchałem ptaków.
      A później przyszła zima. W życie zaczęła wpełzać Marność. Ta sama, która wciąga w świat ekskluzywnych, martwych knajp, pustych rozmów, pośpiesznego życia, bełkotliwych newsów o niczym, ta, która wyssała z mojego rodzinnego miasta warsztaty rzemieślników, sieć barów Gastronomicznej Spółdzielni Inwalidów, pozlepiała lokalne kina w silikonowy multipleks, bezlitośnie starła wszystkie targowiska, zabroniła picia piw na szarych podwórkach i ciepłych ulicach. Marność przyszła jednak do mnie w nowej postaci. Nie ukazała się już jako nieśmiertelny Kościej, demon Wirtualnego pędu.
Marność przypełzła do Łabędzic jako Niedola-Zły los, jako Licho-Bieda. Przypełzła cichutko, delikatnie. Zastukała w okno i powiedziała, że już tu zostanie, że to do końca życia, że zamieszka tu, gdzie nie udało się wleźć Kościejowi. A jak się tu zadomowi, to i Kościeja wprowadzi – może przez komin, na który będziemy musieli wziąć pożyczkę, może przez bezmyślnie włączony telewizor, jeśli go w końcu uruchomimy, może przez urzędniczy etat, który przyjmiemy w desperacji. Licho-Bieda opowiedziała to wszystko i przywaliła naszą wieś kamieniem.


***




odcinek trzynasty


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni