wiosna 2005


strona główna



  
   I     
   II    
   III   
   IV    
   V         VI        VII       VIII      IX        X         XI    

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - XII


Pozwoliliśmy Helmutowi przewodzić, bo choć nie znał kraju, znał język. A on, raptem odmłodzony, brnął w rozmowy nie zawracając sobie głowy drogą, jak gdyby przestrzeń słów ważniejsza dlań była od przestrzeni fizycznej. Paplał o byle czym i z byle kim. Radowała go sama możliwość paplania w języku, który był najpierwszy i najważniejszy w jego życiu. Do mnie i do Pluskwy nie odzywał się wcale i już ze ściśniętymi sercami czekaliśmy na chwilę, kiedy zupełnie się nas wyrzeknie, zatraciwszy się w tej twardej, gardłowej mowie. Jednakże po kilkunastu godzinach zaczął odzyskiwać równowagę. Dało się to z łatwością rozpoznać. Zaczął mówić wolniej, z większym namysłem i coraz częściej wyśpiewywał dobrze nam znane, swojskie „kurwa mać”.


Stanęliśmy przy ogrodzeniu, poza którym – w świerkowym półmroku – czerwieniał budynek z narożną wieżą, a obok drogi mniejszy, z jelenim porożem nad drzwiami. Dobre dziesięć minut Helmut kontemplował w milczeniu napis ułożony z brązowych, półmetrowych liter. Stylizowany na strzelisto-kanciasty gotyk litery układały się w formie, którą dobrze znał. Było to jego nazwisko.

Przez moment zdawało się nam, że Helmut padnie na kolana i zacznie się do tych liter modlić. W zasadzie to ja jestem bałwochwalczym czcicielem słowa. Ale wtedy, w kraju za rzeką, nauczyłem się nie zwracać na słowa uwagi. Byłem bliżej prawdy przysłuchując się JAK ktoś mówi, niż wiedząc, CO mówi. Niemieckiego zresztą nie znam ani w ząb. W każdym razie od razu domyśliłem się, że pod życzliwym uśmieszkiem bratanek Helmuta ukrył obezwładniające go uczucie zupełnego zbaranienia, natomiast żona bratanka – gadziej, mściwej złości.

Nikt tu Helmuta nie wyczekiwał.

Wprawdzie miło jest znać krewniaka, co odnajduje się wiele lat po wojnie, bo można wzruszyć się dawno minionymi czasami z opowieści i jest o czym rozprawiać z przyjaciółmi przy butelce wina. Lecz krewniak taki winien znać swoje miejsce. Można go odwiedzić w przytułku, czy gdzie tam w końcu trafił. Można przenieść do przytułku droższego, niech tam. Można przesłać paczkę bożonarodzeniową. Zadzwonić raz na pół roku. Jednakże wszystko to razem wziąwszy nie oznacza jeszcze, że krewniak może się wprosić do domu, albowiem naszła go taka nieprzeparta ochota.

Być może nawet powiedzieli by mu to, gdyby Helmut nieśmiało wyczekiwał, aż przywykną do jego wyglądu. Nie dał im jednak ochłonąć. Wepchnął się w głąb korytarza, tam obściskał ich i wycałował. Wypełnił zaraz hałasem cały parter, aż kucharz z kelnerką wynurzyli się z drzwi wiodących do małej restauracyjki i znikli dopiero wówczas, gdy bratanek Helmuta dał im ręką znać, żeby wracali do siebie, precz, precz!

Zdążyliśmy wyżłopać kawę ze śmietanką zanim stało się to, co się stać musiało. Bratanek Helmuta wstał od stołu i powiedział coś o spotkaniu z właścicielem masarni. Wskazał samochód stojący na brukowanym podjeździe przed willą i zaproponował nam – mnie i Pluskwie – że podwiezie nas do miasta. Była to nadzwyczaj taktowna forma wyproszenia nas. Nas – nie Helmuta. Jego przepędzać nie śmiał.

Pożegnaliśmy naszego przyjaciela i pozostawiliśmy go osamotnionego pośród słów, które inaczej brzmiały jemu i inaczej nam.

Poszliśmy piechotą. Za chęć podwiezienia nas samochodem grzecznie podziękowaliśmy bratankowi Helmuta. Wyłgaliśmy się wskazując na pobliskie góry i cmokając z uznaniem, toteż osądził on, że chcemy z bliska kontemplować piękno okolicy. A jeśli wcale tak nie myślał, to przynajmniej nieźle udawał. Niewykluczone, że podejrzewał nas o przerośniętą jak rakowy guz dumę; nieudacznicy bywają przecież nadzwyczaj drażliwi. Oczywiście sądząc tak – myliłby się. I to jak jeszcze! Bo nas korciło, żeby rozsiąść się na tylnych siedzeniach jego luksusowego samochodu. Poczuć ten luksus pod tyłkiem. Ubrudzić mu tapicerkę. Lecz wybraliśmy wolność. Wolność miewa wymiar fizjologiczny. Po kawie uwierały nas pęcherze, zaś krzaki przy drodze aż kusiły, aby między nie wleźć. Tylko ludzie naprawdę wolni mogą się odlać tam, gdzie sami chcą.


Nazajutrz rano, po nocy przespanej na dworcu, zostaliśmy uznani za przyjezdnych robotników na czarno. Już nieraz widziano tu takich obrzympałów z pomiętymi, nieogolonymi gębami, porozumiewających się ze sobą w mowie szelestów i zgrzytów. Obcy stają się mniej obcy, gdy daje się ich gdzieś przyporządkować. Dlatego spoglądano na nas bez obawy, a właściwie w ogóle nie zwracano na nas uwagi, jak na oczywisty element krajobrazu.

W południe jakiś człowiek o oczach przenikliwych i wodnistych zawiózł nas na plantację truskawek. Wręczył klucze od przyczepy kempingowej i trochę jedzenia, po czym potrząsnął naszymi dłońmi i prędko odjechał.

Zdaje mi się – wydukał Pluskwa niepewnie obracając gomółkę sera opakowaną w folię – że on nas zatrudnił.

Zna się na ludziach – powiedziałem na to ja i aż nie mogłem uwierzyć, że znalazłem dobrą stronę całej tej sytuacji, a w każdym razie, że moje słowa istnienie takiej strony sugerowały. Przeszedłem samego siebie, gdy pracę zacząłem od wychwalania zapachu dojrzałych truskawek. Tylko kończyłem klnąc ten potworny, nieprzemijający smród.

Po truskawkach przyszła kolej na winogrona, po winogronach na jabłka.

Kiedy na owoce nie mogliśmy już patrzeć, zaś dłonie szczypały od skaleczeń i zadrapań, uznaliśmy, że pora nam wracać.

Nie potrzebowaliśmy naradzać się kiedy i jak wrócić – przecież w krzakach czekała na nas łódka i mieliśmy ambitne pragnienie oddać ją właścicielowi.

Przy łódce siedział Helmut. Trząsł się z zimna, był brudny, wychudzony, ale szczęśliwy. Szczęście biło od niego jaśniej, niż aureola od świętych na ikonach.


Gdy po naszym wyjściu Helmut został sam na sam z żoną bratanka, dziwny jakiś chłód przeniknął go na wskroś. Nie dało się go przegonić kusztyczkiem orzechówki. Dopomniał się o jeszcze jeden kieliszek, a wówczas powinowata jego – piękna, trzydziestoletnia kobieta zakonserwowana kosmetykami – wycedziła z niechęcią, że przed południem drinków się nie pija. Zrozumiał wtedy skąd ten chłód: wionął od niej.

Bratanek, który z biura pensjonatu przyszedł dopiero późnym wieczorem, na moment ogrzał Helmuta nieśmiałym uśmiechem. Czuł respekt wobec Helmuta-Adolfa, ojcowego brata, który do tej pory był małym chłopcem z rodzinnych opowieści, głupim smarkaczem, co to postawił na swoim nie wtedy, kiedy trzeba i przepadł razem z matką podczas ewakuacji. Ale respekt wobec żony był w nim silniejszy. Zaledwie się pojawiła, po uśmiechu nie było już ani śladu. Całe ciepło, jakie w sobie nosił, oddawał żonie. Należał do niej. Ze wszystkim, nawet z nazwiskiem wtłoczonym w litery z brązu, które tak pięknie błyszczały owego rana, gdy Helmut dostrzegł je po raz pierwszy.

Następnego dnia bratanek usiłował przetłumaczyć Helmutowi, że nie powinien mieszkać razem z nimi, w dworku myśliwskim obok pensjonatu, wśród dwupoziomowej plątaniny sypialni, gabinetów, buduarów, łazienek i wielkiego salonu z kominkiem i z oszkloną werandą. Przebąkiwał przy tym o domu starców. Jakimś odpowiednim pensjonacie...

Pensjonat! – Zachichotał Helmut, choć słowo to w ustach bratanka zadźwięczało słodko i ujmująco. – Przecież tam obok, popatrz no w okno, tam jest pensjonat. Nasz własny.

Chodzi o specjalną opiekę... o towarzystwo ludzi w twoim wieku... – pośpiesznie dopowiedział bratanek Helmuta i z niepokojem zerknął na żonę, której oczy zdążyły się już zwęzić o połowę.

Przyjechałem do rodziny – uciął Helmut. – Do n a j b l i ż s z e j rodziny – podkreślił. – Tu zostanę.

W ciągu dnia starszy pan, którego goszczono w dworku myśliwskim, dał się poznać wszystkim pracownikom i gościom pensjonatu. Helmut miewał – o czym dobrze z Pluskwą wiedzieliśmy – napady rubasznej gadatliwości. Potrafił wtedy wiele opowiadać nic właściwie nie mówiąc. A i tak każdy słuchał go z zachwytem.

Dziwny akcent jego paplania dał się słyszeć w barze i przy ławkach w cieniu świerków. Wypełniał całą tę przestrzeń, której granice wyznaczało jego nazwisko ulane z brązowych liter.

Wreszcie żona jego bratanka nie wytrzymała i odciągnęła go z powrotem do domku myśliwskiego. Zatrzasnęła za sobą drzwi, aby odgrodzić się od ludzkiej ciekawości. Wiem, że nie masz żadnych dokumentów. Wiem! – Podniosła głos, jakby chciała uprzedzić jego mętne tłumaczenia, choć Helmut milczał; słuchał. – Dla prawnika gówno warte są świstki z Czerwonego Krzyża. Zresztą przez wszystkie te lata byłeś pacjentem w jakimś cholernym zakładzie psychiatrycznym, czyli nie możesz się obejść bez opieki. Chyba że jesteś aż tak durny, żeby tego nie rozumieć. Tak więc jeśli chcesz część spadku... Spadku? – Zdumiał się Helmut.

Ten twój dziadek... czy kto tam... nieważne, wiesz o kogo chodzi... on dorobił się... kupił winiarnię w rynku, a potem ten pensjonat. Tak. Po nim przejął to teść, po teściu mąż. A ty chcesz wyrwać dla siebie kawałek... jak ścierwojad!... Po tylu latach masz czelność!... Lepiej się dogadajmy. Bez tych dupków prawników. Jak rodzina.

I tylko o majątek chodzi?!... – Zapytał tak, jakby pytał sam siebie, bo nie czekał na jej odpowiedź, huknął jedynie w niezrozumiałym języku „kurwa mać”, zgarnął swoje torby i wyszedł w otrzeźwiający chłód wieczornego wiatru. Wiatr miał zapach późnego lata, czyli gnijących liści z poszycia.

Snuł się postarzały raptem i skwaśniały po alejkach przed pensjonatem. Przygarnięto go wreszcie do kuchni. Usadzono w kąciku. Nalano sznapsa na pociechę. I opowiadano – jeden przez drugiego – co kto pamiętał o historiach wewnątrzpensjonatowych. Gdy spostrzegł ktoś, że starszy pan ożywia się, kiedy wspominano o jego rodzinie, mówiono już tylko o tym. Najchętniej mówił gruby Wolfgang, szef kuchni pracujący tu jeszcze za (świeć Panie nad jego duszą) pradziadka obecnego właściciela. Gruby Wolfgang tuszę miał na miarę swojej pamięci – nadludzko pękatą. Słuchać go można było sznaps po sznapsie, golonka po sznycelku, pasztecik po kapuście, pochłaniając słowa i potrawy z jednakową żarłocznością.

A kiedy Helmut poczuł się wszystkiego syty, wstał, ucałował każdego po kolei (tłustą gębę Wolfganga po wielokroć) i głośno oznajmił: Muszę iść. – W drzwiach stanął jeszcze, jak gdyby coś go tknęło. – Zapomniałem, że nie mam pieniędzy. Dajcie, dobrzy ludzie. – Wyciągnął rękę bez żebraczego zakłopotania, jak po swoje. – Dajcie, mówię, bo pożyczać nie mogę; nie oddam.

Sypnęli co kto miał i długo spoglądali na drogę rozświetloną niewielkimi latarniami, po której Helmut powoli zszedł w dolinę, do miasta. Widzieli, że na moment przystanął przy literach z brązu. Nie byli pewni, czy zachlipał, czy może tylko się wysmarkał. Zniknął za zakrętem.

Szedł w stronę rzeki granicznej, do miejsca, gdzie porzuciliśmy łódkę. Po drodze przypomniał sobie ojca, na którego zwalił się ceglany mur fabrycznej hali. Przypomniał sobie twarz matki, z której odpłynął właśnie rumieniec gorączki. Może gdzieś tam byli, w niepojętych wymiarach, w które Helmut właściwie nie wierzył. Ale jeśli byli, to byli dla siebie nawzajem. Gadali nad kubkami kawy zbożowej i jak zwykle cały miniony dzień rozbierali słowami do naga. Nikt inny nie był im do tej rozmowy potrzebny. Nawet jego brat, ten szczęściarz. Zresztą jaki z niego szczęściarz? Widział żonę przemienioną w krwawą bryłę mięsa po wypadku samochodowym. Sam umierał powoli, w wielkim bólu z powodu rozrastającego się raka. Co miał – zostawił synowi, który sam do siebie nie należał, lecz oddał się swojej żonie. Nie miało to zresztą znaczenia. Oboje i tak byli martwi. Bił od nich trupi chłód. Helmut chciał żyć. Było jeszcze tyle kiełbas do zjedzenia. Tyle wódek do wypicia. Tylu ciekawych ludzi, których można wysłuchać, albo którym można opowiadać, nic właściwie nie opowiadając.

Nad rzeką hulał chłodny wiatr. Helmut opatulił się we wszystko, co niósł w torbach. Był dokuczliwy, ale nie tak groźny jak chłód bijący od martwych za życia. Helmut usiadł. Uśmiechnął się. Zrozumiał wreszcie, że nie ma lepszej strony od tej, po której on jest: ludzi prawdziwie żywych.

Do pełni szczęścia brakowało mu jeszcze serowatego zapaszku nóg Pluskwy i mojego filozoficznego marudzenia. Gdy i tego się doczekał, pośpiesznie pierwszy rzucił się , aby zepchnąć łódkę w wodę, wgramolił się do jej rozchybotanego wnętrza, rozsiadł wygodnie, sięgnął po płaską flaszkę, którą przeznaczył na szczególnie odświętną okazję. Sam golnął z niej solidnie i podał ją nam. Tak ożywiony oświadczył gapiąc się w gwiazdy: Ten bszeg, tamten bszeg, wszystko jedno. Nebo takie samo. Grunt, sze je oglondam.

To zadziwiające, że tyle mądrości Helmut potrafił wygłosić w mowie, którą tak niemiłosiernie kaleczył.




odcinek XIII


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni