|
|
wrocław'02 - tydzień dwunasty
Jesteśmy. Zza rogu - jak żółty mlecz - wyrósł szyld "Piast prosto z beczki". Ruszyliśmy w stronę niskiej, szklanej budy, tkwiącej jak wyspa pośród dworcowego
skweru. Minęliśmy kamienny murek, starego jelcza-ogórka, szarą latarnię. Weszliśmy do lokalu.
Siedzimy, prostujemy nogi, odpoczywamy. Kurtki leżą na krzesłach, piwo na stole. Oddychamy atmosferą dworcowej knajpy, chmielna błogość spływa na duszę.
Za oknem napis "Desperados Śląsk", w środku placki "Wars". Opowiadam o zdjęciu, którego zrobić się nie da: aparat ustawiony w środku knajpy, my na
zewnątrz. Kadr okala gęsta firanka, w centrum "Zabrania się picia piwa na ulicy", tabliczka jak z lat 60., z tyłu ciężki, ceglany Dworzec Nadodrze, pekasesy. "Nie
da się, niemożliwe, aparat nie złapie ostrości", tłumaczy Filip, ja patrzę na pekaesy do Wołowa, Oleśnicy, Trzebnicy, na wschód, na północ, stoją rzędy autosanów,
jelczów, sanosów. Znikły już tamy, sany, garbate nysy, robury, zdobione pasażerską budą stary. Ale dworzec pozostał nie zmieniony. Woń starości, mdłego bufetu,
środków czystości. I zapach pekasów.
Kochałem sztachać się zapachem spalin i benzyny, zapachem podróży, podchodziłem w dzieciństwie do autobusów,
zbliżałem się do dermowej tapicerki, do otwartych drzwi mocowanych na materiałowych taśmach, patrzyłem na wielkie, aluminiowe klamki, na wyściełane gumą
schody, wąchałem ropę, opony, czarne spaliny. Do tej pory kocham ten zapach, tak jak uwielbiam woń pasty do butów, którą zjadłem kiedyś razem z kotem
Maćkiem. Lubię zapach ropy i spalin, mimo że wolę podróżować pieszo, rowerowo. Ale i pekaes kryje w sobie prawdziwą podróż, i w nim można spędzić czas
ludzko, ciepło, można rozmawiać, można słuchać, można czytać, myśleć, przykładać skroń do uszczelki, usypiać tłukąc głową o rozedrgane okno. O ileż lepiej
podróżować z ludźmi, niż połykać kilometry w sterylnym pudełku nowego samochodu - w milczeniu, pędzie, otępieniu, samotności. Co dzień do pracy, do dzień z
pracy, w izolacji od świata, bezszmerowo, bezwonnie, bez wstrząsów, bez sensu. Dotarłem kiedyś do dobrych ludzi na Polesie. Białorusini wśród wiatraków i
krytych strzechą chat, trzeba tam wrócić, porozmawiać więcej. Zrobili kiedyś własny skansen - bezinteresownie, dla siebie i innych. Zwieźli chałupy, zbudowali
cerkiew. Później przyszedł nowy czas, losy różnie się ułożyły, on uczy w szkole, ona pracuje w prestiżowym banku w Białymstoku. Dostała służbowy samochód,
powiada: "Ludzie dziwią się, dlaczego przejeżdża tyle pustych wozów, z Warszawy, Poznania, jadą samotni, nikogo nie biorą na stopa, setki kilometrów wiozą
pustą przestrzeń. Ja teraz to wiem, bo i sama tak czynię: podpisałam dokument - tak jak podpisują inni: żadnych stopowiczów w służbowym samochodzie. Nie
można nikogo zabierać - nawet jeśli samochód jedzie pusty".
Tak oto Carstwo Kościeja wkracza coraz głębiej, pęta ludzi przepisem, oddala, atomizuje, zamyka w
izolatkach w imię bezpieczeństwa i ładu. Jak powiedział Żarko Puchowski podczas europejskiej, edukacyjnej, pseudopokojowej konferencji w Czarnogórze - po
1989 roku stała się w bloku wschodnim rzecz zastanawiająca: ludzie, którzy walczyli o wolność, zaczęli się ochoczo wolności pozbywać, wymieniając ją na
bezpieczeństwo. A wolności z bezpieczeństwem pogodzić się nie da.

Tak oto myślę o pryncypiach, później myśl rozpływa się w lenistwie i piwie, siedzę przy szklanej tafli okna, widzę kominy elektrociepłowni, okrągły kiosk,
brukowaną uliczkę, wejście na perony, co wygląda jak jama, jak tunel goblinów, orków.
Knajpa pulsuje słowami piosenki "Wiele dni, wiele lat, czas nas uczy pokory". Mówię do Łepkowicza: "Tak, ja także nabrałem wielkiej pokory do mego miasta:
wyruszając w tę podróż myślałem: ha, ha, knajpa o dziewiątej - bułka z masłem. Teraz schylam pokornie głowę. Dopiero kiedyśmy stracili prawie nadzieję,
zrozumieliśmy, że tylko przy Nadodrzu lokal otwarty od siódmej rano do siódmej wieczorem". "Mam trzy dychy" - odpowiada Łepkowicz nieco bez związku,
potem bierze aparat, wychodzimy na zewnątrz, pozujemy z kuflami przez tabliczką, Filip wraca do lokalu, wyciąga kolejarza, który robi nam zdjęcie. Potem znów
wchodzimy do ciepłego knajpianego wnętrza, pijemy dalej piwo - śpiewamy: "Tyle słońca w naszym mieście". Słowa piosenki przypominają mi Migacza i Wirusa,
ale nie mogę rozpocząć opowieści. Do końca tygodnia śpiewamy i wilżymy zachrypnięte gardła.
tydzień trzynasty
|