zima'05/06


wędrówka  strona główna


         odcinki: pierwszy  drugi  trzeci  czwarty  piąty  szósty  siódmy  ósmy
                  dziewiąty  dziesiąty  jedenasty  dwunasty 

Schyłek zimy



odcinek 13


      Do Łabędzic przyszedł mróz. Dni się skurczyły. Rozmowy wygasły. Ukazała się moim oczom dziwna, zamknięta wieś. Upadły pegeer, pełen bezinteresownych donosów, skarg do urzędu gminy, kosych spojrzeń, plotek, które wcześniej do nas nie docierały. Wieś milcząca, nędzna. Ujrzałem jedyną, pustą ulicę i betonowy płot. Zrozumiałem, dlaczego jeździliśmy po piwo do Swojakowa. U nas po prostu sklep jest martwy – niby działa, ale bez serca. Sklepowa swojego lokalu nie kocha, gardzi nim, tak samo jak klientami. Kiedy ktoś prosi o chleb na kreskę – rzuca ostre „nie” i odwraca głowę. Piwo sprzedaje niedobre i drogie. Pieczywo daje tylko na zamówienie. Mleko jest chemiczne i kosztuje ponad trzy złote. Nie fałszuje go wodą, ale może tylko dlatego, że robi to ktoś przed nią, że teraz to oszustwo, ten największy niegdyś wiejski grzech spada nie na gospodarzy i sklepowe, ale na producenta.
W sklepie z dochlebia jest tylko blady żółty ser – bez smaku i zapachu, najtańszy produkt z hipermarketu. W ogóle większość produktów w naszym wiejskim sklepie pochodzi z Kościejowych centrów. Później zdałem sobie sprawę, że również ulubiony lokal w Swojakowie bierze towary w „tesco” i że to wszystko jest cholernie poplątane, że nie tak łatwo wspierać wiejskie sklepy, że nie ma właściwie wyboru, że wszystko ma jedno źródło. No, ale w Swojakowie jest przynajmniej życie, są rozmowy, są gazerzy stojący z butelkami na pełnym przeciągów korytarzu, jest roześmiana sprzedawczyni, jest życie wsi.
      A w naszym łabędzickim sklepie życia nie ma: lokal czynny jest tylko dwie godziny dziennie, sprzedawczyni jest oziębła i rybia, milczy, głowę unosi jedynie, jeśli kupujemy więcej niż pięć produktów.

      Rozprawiwszy się z ikoną sklepu, Marność zaczęła podgryzać kolejne obrazy, zacierać wizję, lać gorycz. Wyjrzałem niedawno przez okno i ujrzałem, że Bieda-Licho odcięła nas od reszty świata, że Łabędzice dryfują jak mała wysepka, że usycha wędrówka, nikt nie potrafi się ze wsi wydostać. No tak – pomyślałem – Marność mówiła prawdę. Przywaliła wieś kamieniem.
      Patrzę na ulicę, widzę motoryzacyjne pętle. Zamknięty obieg samochodów. Wszystko wraca. My na przykład przed naszą wiśniową ładą „piątką” – mieliśmy wcześniej niklowaną, starusieńką „trójkę”, przeznaczoną na organy. Stała w zapomnieniu, z wymontowanym rozrusznikiem i gaźnikiem, z pękniętym mostem i zgnitymi, zielonymi oponami. Przysypały ją jesienne liście i sfermentowane jabłka, potem auto przywalił śnieg. I kiedy przyszła już Bieda-Licho, zastukały do nas wioskowe chłopaki. Dali nam dwieście pięćdziesiąt złotych i ściągnęli do siebie brykę traktorem. Powiedzieli, że chcą ją posklejać na pół z dużym fiatem, że pokombinują, ważne by jeździć. Lucek mówił, że chłopaki kłamią, że mają swoje za uszami, „trójkę” pogonią wprost na złom, bo na złomie dostaną więcej, niż nam zapłacili. Ale później zobaczyliśmy „fiatoładę” w akcji. Jednak powstała. Buja się po Łabędzicach, buja się do tej pory, dziwnie jakoś, wrzaskliwie, ale jedzie, Bóg raczy wiedzieć jakim sposobem, bo łady z dużym fiatem skleić się nie da, to inny model, nie ma takich hybryd. Ale złożyli – z pomocą wiejskiej magii chyba.
      Tak. Najpierw ujrzeliśmy w chłopakach tę magię, ale teraz patrzę z owczarni na dławiącego się składaka i widzę zamknięty obieg, iluzję drogi, widzę kłamliwość czaru, bo w Łabędzicach są samochody, ale nie ma wędrówki. Każde auto się sypie i wraca na lince na podwórko. Chłopcy jeżdżą padliną z naszej „trójki”, my bujamy się wiśniową „piątką” na gazie, wziętą za dwie stówy od kolegi Lucka z budowy, któremu kolejna łada dokuczyła tak bardzo, że pogonił ją za grosze. No i niby można się z tych groszowych inwestycji, z tych przedziwnych zmian cieszyć, bo mamy następną furę, to już trzecia łada u nas, w dodatku z gazem, lotniczymi fotelami i pofalowaną maską – zgiętą przez sarnę. Ale Bieda-Licho szepcze swoje, truje krew, ssie portfele, leje muł w silniki. Kamień przywalił wiejskie samochody. Łada nam padła, nie chodzi. Lucek grzebie w owczarni przy golfie. Chłopaki jeżdżą „fiatotrójką” na oparach. Tu wszystko jest stałe. Wszystko osiadło. Wiadomo, kto się buja po zmroku, wiadomo, kto zatacza pętle – od zakrętu do Swojakowa i z powrotem, w kółko, monotonnie, bez celu. Każdy tu jest swój, wszystko znajome. Swojski jest ryk silnika, swojski smród opon, którymi sołtys hajcuje w parniku. Wieś się zasklepia, trwa pod głazem codzienności. A my trwamy w niej.
      Redakcje milczą. Może i dobrze. Rozmowy z prezesami przestały się kleić. Wymieniła się kadra, nowi zaczęli wyczuwać we mnie coś obcego, patrzyli nieufnie, nie wiem, w czym rzecz, niby podawali te same liczby, zysk netto, wszystko co potrzebne do depeszy, ale zerkali krzywo, bali się. No i spółek zrobiło się mniej, część poprzenoszono do Warszawy, część wygaszono, poprzejmowano, poprzerabiano na montownie zachodniego towaru, zdjęto z Giełdy Papierów Wartościowych. Prezesi nie umawiają się już więc na indywidualne rozmowy, tylko przysyłają pakiety: gotowe teksty, wypowiedzi obrobione przez speców od PR, zręczne kryptoreklamy – wygodne dla dziennikarzy, szybkie w obróbce, puste, ale efektowne.
      No, trochę firm zostało, jest jeszcze z czego klepać ekonomiczne newsy, ale więcej chyba już tak nie chcę, czuję jakiś opór, nie potrafię wydzwaniać codziennie po firmach, by raz na miesiąc, raz na dwa miesiące ruszyć do Lubina, siąść w siedzibie KGHM-u na konferencji prasowej pośród lokalnych dziennikarzy, którzy opowiadają o jakichś wyimaginowanych wczasach w Tajlandii, o tym, że jest tam bardzo sympatycznie, kurwy są młode, taniutkie i można za nie płacić kartą „Visa”. Trzaskałem ekonomiczne teksty sześć lat, gadałem ze zmęczonymi, pełnymi kompleksów i nędznego pędu reporterami, pisałem depesze z katastrof górniczych, w których ważne było tylko, czy śmierć pracowników wpłynie na produkcję w skali miesiąca, skrobałem newsy o redukcjach pracowników, które były pozytywnym sygnałem dla giełdy, które miały znaczenie tylko ze względu na obniżenie kosztów stałych i na wysokość odpraw. Jeździłem do Oświęcimia na Marsz Żywych i szukałem zamówionego przez kolegów z Warszawy starego Żyda, który „miał powiedzieć, że to było piekło” i młodego Polaka, który „miał powiedzieć, że ma dość historii i chce mieć w Oświęcimiu dyskotekę”. Byłem – jak myślę – rzetelnym szeregowym żołnierzem armii międzynarodowych reporterów, najmniejszym ogniwem, wyrobnikiem, lepiącym i wyciągającym z ludzi cytaty wymyślone zza biurka w Warszawie. Brałem swój żołd, godziwy – przyznaję, patrzyłem jak małe zdanka obracają kursem akcji na giełdach w Warszawie i Londynie, powtarzałem sobie, że nic złego w takim stymulowaniu cytatów, że takie już jest to nasze nowe, agencyjne dziennikarstwo wymyślane w szklanym newsroomie, w końcu to tylko depesze ekonomiczne, żadne wielkie reportaże, te zdania i tak lecą gdzieś w międzynarodową przestrzeń, wpadają kablem do odległych redakcji i domów maklerskich, a do mnie te obrobione w stolicy setki depesz sygnowane moim nazwiskiem i tak nie wracają. No ale więcej już tak nie chcę. Może dlatego czuję teraz radość, że przestali do mnie dzwonić, że nastała susza, że nie ma już konferencji prasowych, na których przemawia żelazny finansista z twarzą Kościeja.
      Nie ma jednak również nic w zamian. Pozostały zajęcia na uczelni, rozmowy ze sfrustrowanym prodziekanem, walka o ogień i ciepło w domu, potyczki z bankami, stosy rachunków. To prawda - jest również spokój wsi, ucieczka od pędu, od tych co kradną sny i czas. Tylko że ta oaza prawdziwego życia, ta przystań, punkt, z którego miały rozpoczynać się wszystkie kolejne wędrówki, misje, całe to swobodne reportażowanie, pełne mocy, niezależne od polityki redakcji, od sterowanych ośrodków władzy symbolicznej... Rzecz w tym, że miejsce, z którego mieliśmy rozpoczynać nasze wielkie wyprawy przeciw Złu, zostało przygniecione.
      Myślę więc o tej podstępnej blokadzie Marności, o fortelu, którego nie przewidziałem, myślę ze smutkiem, rezygnacją i patrzę z Luckiem na uśpioną wieś. Chłopak z dziewczyną idą właśnie asfaltem, znikają za rogiem. Z owczarni widać wszystkie te codzienne randki od przystanku do zakrętu, zawsze tą samą drogą, randki na oczach wszystkich, romantyczne spacery bez końca, wbite w jeden, wyznaczony tor, jak pętla, jak szyny zabawkowej ciuchci, kręcącej się w kółko.
      Zdaję sobie sprawę, że Bieda-Licho działa dalej. Modyfikuje ciągle rzeczywistość wkoło nas. W Łabędzicach znikły tablice z nazwą wsi, nie ma tablic również w sąsiednich wioskach. Lucek mówi, że ktoś załatał tymi tablicami stodołę, ja przyznaję rację, bo sam widziałem napisy wkomponowane w drewnianą ścianę na jednym z podwórek. Wiem jednak, że dzieje się wokół nas coś więcej, że jesteśmy właśnie ścierani z mapy: chłopaki pozamieniały drogowskazy, pozmazywały nazwy, Dworakowice zmieniły się na Rakowice, Łabędzice na Edzice, Swojaków ja Aków. Zniekształcili topografię bezinteresownie, z nudów. Z Marności.
      Stoimy przed owczarnią drżąc z zimna, ja czuję coraz wyraźniejszy strach. Myślę o wyjeździe, o tym by uciec do Magdy i Marka, zostawić wszystko, że moglibyśmy z Asią zniknąć wśród gór, jak inni, ci wszyscy, którzy przyjechali do schroniska na chwilę i już w nim pozostali, którzy stali się częścią załogi, zostawiwszy na dole swoje dawne życie. Pal już licho całą tę ideologię o wirtualnym pędzie, tę dwuznaczność górskiej wizji, o której wcześniej pisałem. Byle się stąd wyrwać, złamać czar. Wiem jednak, że nie wyjedziemy, że to nie nasza droga. Nie mogę Łabędzic zostawić, bo obiecałem kiedyś Lucjanowi, że będę jego dobrym sąsiadem, że nigdy nie będziemy patrzeć na siebie krzywo, że zawsze powiemy sobie w twarz prawdę. Naprawdę tak było, ustaliliśmy to kiedy pierwszy raz się zobaczyliśmy, pod tym warunkiem sprzedał mi dom. Jak więc teraz moglibyśmy się stąd z Asią wyprowadzić? Jak moglibyśmy uciec i sprzedać domostwo nieznajomym? Jak mógłbym zostawić to wszystko, co nasączyłem swoim potem, to, w czym zanurzyłem serce? Pokochałem ten upadły pegeer pełen starych sadów i zwierzyny, tę wieś wyrzuconą w pola nieopodal autostrady, po której zasuwają Kościejowe samochody. Kocham Łabędzice mimo całego mroku, mimo nędzy, która do nas przyszła. I nie zmieni tego kamień, z pomocą którego nas Marność uziemiła.
      Czuję ulgę. Stoimy z Luckiem i milczymy. Po drugiej stronie ulicy draka: pseudomafia włóczy Jacka po ulicy.
      Asia czeka na mnie ciągle z kolacją.


***




odcinek czternasty


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni