|
|
Schyłek zimy
odcinek 13
      Do Łabędzic przyszedł mróz. Dni
się skurczyły. Rozmowy wygasły. Ukazała się moim oczom dziwna, zamknięta wieś.
Upadły pegeer, pełen bezinteresownych donosów, skarg do urzędu gminy, kosych
spojrzeń, plotek, które wcześniej do nas nie docierały. Wieś milcząca, nędzna.
Ujrzałem jedyną, pustą ulicę i betonowy płot. Zrozumiałem, dlaczego jeździliśmy
po piwo do Swojakowa. U nas po prostu sklep jest martwy – niby działa, ale bez
serca. Sklepowa swojego lokalu nie kocha, gardzi nim, tak samo jak klientami.
Kiedy ktoś prosi o chleb na kreskę – rzuca ostre „nie” i odwraca głowę. Piwo
sprzedaje niedobre i drogie. Pieczywo daje tylko na zamówienie. Mleko jest
chemiczne i kosztuje ponad trzy złote. Nie fałszuje go wodą, ale może tylko
dlatego, że robi to ktoś przed nią, że teraz to oszustwo, ten największy
niegdyś wiejski grzech spada nie na gospodarzy i sklepowe, ale na producenta.
W sklepie z dochlebia jest tylko blady żółty ser – bez smaku
i zapachu, najtańszy produkt z hipermarketu. W ogóle większość produktów w
naszym wiejskim sklepie pochodzi z Kościejowych centrów. Później zdałem sobie
sprawę, że również ulubiony lokal w Swojakowie bierze towary w „tesco” i że to
wszystko jest cholernie poplątane, że nie tak łatwo wspierać wiejskie sklepy,
że nie ma właściwie wyboru, że wszystko ma jedno źródło. No, ale w Swojakowie
jest przynajmniej życie, są rozmowy, są gazerzy stojący z butelkami na pełnym
przeciągów korytarzu, jest roześmiana sprzedawczyni, jest życie wsi.
      A w naszym łabędzickim sklepie
życia nie ma: lokal czynny jest tylko dwie godziny dziennie, sprzedawczyni jest
oziębła i rybia, milczy, głowę unosi jedynie, jeśli kupujemy więcej niż pięć
produktów.
      Rozprawiwszy się z ikoną sklepu,
Marność zaczęła podgryzać kolejne obrazy, zacierać wizję, lać gorycz. Wyjrzałem
niedawno przez okno i ujrzałem, że Bieda-Licho odcięła nas od reszty świata, że
Łabędzice dryfują jak mała wysepka, że usycha wędrówka, nikt nie potrafi się ze
wsi wydostać. No tak – pomyślałem – Marność mówiła prawdę. Przywaliła wieś
kamieniem.
      Patrzę na ulicę, widzę
motoryzacyjne pętle. Zamknięty obieg samochodów. Wszystko wraca. My na przykład
przed naszą wiśniową ładą „piątką” – mieliśmy wcześniej niklowaną, starusieńką
„trójkę”, przeznaczoną na organy. Stała w zapomnieniu, z wymontowanym
rozrusznikiem i gaźnikiem, z pękniętym mostem i zgnitymi, zielonymi oponami.
Przysypały ją jesienne liście i sfermentowane jabłka, potem auto przywalił
śnieg. I kiedy przyszła już Bieda-Licho, zastukały do nas wioskowe chłopaki.
Dali nam dwieście pięćdziesiąt złotych i ściągnęli do siebie brykę traktorem.
Powiedzieli, że chcą ją posklejać na pół z dużym fiatem, że pokombinują, ważne
by jeździć. Lucek mówił, że chłopaki kłamią, że mają swoje za uszami, „trójkę”
pogonią wprost na złom, bo na złomie dostaną więcej, niż nam zapłacili. Ale
później zobaczyliśmy „fiatoładę” w akcji. Jednak powstała. Buja się po
Łabędzicach, buja się do tej pory, dziwnie jakoś, wrzaskliwie, ale jedzie, Bóg
raczy wiedzieć jakim sposobem, bo łady z dużym fiatem skleić się nie da, to
inny model, nie ma takich hybryd. Ale złożyli – z pomocą wiejskiej magii chyba.
      Tak. Najpierw ujrzeliśmy w
chłopakach tę magię, ale teraz patrzę z owczarni na dławiącego się składaka i
widzę zamknięty obieg, iluzję drogi, widzę kłamliwość czaru, bo w Łabędzicach
są samochody, ale nie ma wędrówki. Każde auto się sypie i wraca na lince na
podwórko. Chłopcy jeżdżą padliną z naszej „trójki”, my bujamy się wiśniową
„piątką” na gazie, wziętą za dwie stówy od kolegi Lucka z budowy, któremu
kolejna łada dokuczyła tak bardzo, że pogonił ją za grosze. No i niby można się
z tych groszowych inwestycji, z tych przedziwnych zmian cieszyć, bo mamy
następną furę, to już trzecia łada u nas, w dodatku z gazem, lotniczymi
fotelami i pofalowaną maską – zgiętą przez sarnę. Ale Bieda-Licho szepcze
swoje, truje krew, ssie portfele, leje muł w silniki. Kamień przywalił wiejskie
samochody. Łada nam padła, nie chodzi. Lucek grzebie w owczarni przy golfie. Chłopaki
jeżdżą „fiatotrójką” na oparach. Tu wszystko jest stałe. Wszystko osiadło.
Wiadomo, kto się buja po zmroku, wiadomo, kto zatacza pętle – od zakrętu do
Swojakowa i z powrotem, w kółko, monotonnie, bez celu. Każdy tu jest swój, wszystko znajome. Swojski
jest ryk silnika, swojski smród opon, którymi sołtys hajcuje w parniku. Wieś
się zasklepia, trwa pod głazem codzienności. A my trwamy w niej.
      Redakcje milczą. Może i dobrze. Rozmowy z prezesami przestały się
kleić. Wymieniła się kadra, nowi zaczęli wyczuwać we mnie coś obcego, patrzyli
nieufnie, nie wiem, w czym rzecz, niby podawali te same liczby, zysk netto,
wszystko co potrzebne do depeszy, ale zerkali krzywo, bali się. No i spółek
zrobiło się mniej, część poprzenoszono do Warszawy, część wygaszono,
poprzejmowano, poprzerabiano na montownie zachodniego towaru, zdjęto z Giełdy
Papierów Wartościowych. Prezesi nie umawiają się już więc na indywidualne
rozmowy, tylko przysyłają pakiety: gotowe teksty, wypowiedzi obrobione przez
speców od PR, zręczne kryptoreklamy – wygodne dla dziennikarzy, szybkie w
obróbce, puste, ale efektowne.
      No, trochę firm zostało, jest
jeszcze z czego klepać ekonomiczne newsy,
ale więcej chyba już tak nie chcę, czuję jakiś opór, nie potrafię wydzwaniać
codziennie po firmach, by raz na miesiąc, raz na dwa miesiące ruszyć do Lubina,
siąść w siedzibie KGHM-u na konferencji prasowej pośród lokalnych dziennikarzy,
którzy opowiadają o jakichś wyimaginowanych wczasach w Tajlandii, o tym, że
jest tam bardzo sympatycznie, kurwy są młode, taniutkie i można za nie płacić
kartą „Visa”. Trzaskałem ekonomiczne teksty sześć lat, gadałem ze zmęczonymi,
pełnymi kompleksów i nędznego pędu reporterami, pisałem depesze z katastrof górniczych, w których ważne
było tylko, czy śmierć pracowników wpłynie na produkcję w skali miesiąca,
skrobałem newsy o redukcjach
pracowników, które były pozytywnym sygnałem dla giełdy, które miały znaczenie
tylko ze względu na obniżenie kosztów stałych i na wysokość odpraw. Jeździłem
do Oświęcimia na Marsz Żywych i szukałem zamówionego przez kolegów z Warszawy
starego Żyda, który „miał powiedzieć, że to było piekło” i młodego Polaka,
który „miał powiedzieć, że ma dość historii i chce mieć w Oświęcimiu
dyskotekę”. Byłem – jak myślę – rzetelnym szeregowym żołnierzem armii międzynarodowych
reporterów, najmniejszym ogniwem, wyrobnikiem, lepiącym i wyciągającym z ludzi
cytaty wymyślone zza biurka w Warszawie. Brałem swój żołd, godziwy – przyznaję,
patrzyłem jak małe zdanka obracają kursem akcji na giełdach w Warszawie i
Londynie, powtarzałem sobie, że nic złego w takim stymulowaniu cytatów, że
takie już jest to nasze nowe, agencyjne dziennikarstwo wymyślane w szklanym
newsroomie, w końcu to tylko depesze
ekonomiczne, żadne wielkie reportaże, te zdania i tak lecą gdzieś w międzynarodową
przestrzeń, wpadają kablem do odległych redakcji i domów maklerskich, a do mnie
te obrobione w stolicy setki depesz sygnowane moim nazwiskiem i tak nie
wracają. No ale więcej już tak nie chcę. Może dlatego czuję teraz radość, że
przestali do mnie dzwonić, że nastała susza, że nie ma już konferencji
prasowych, na których przemawia żelazny finansista z twarzą Kościeja.
      Nie ma jednak również nic w
zamian. Pozostały zajęcia na uczelni, rozmowy ze sfrustrowanym prodziekanem,
walka o ogień i ciepło w domu, potyczki z bankami, stosy rachunków. To prawda -
jest również spokój wsi, ucieczka od pędu, od tych co kradną sny i czas. Tylko
że ta oaza prawdziwego życia, ta przystań, punkt, z którego miały rozpoczynać
się wszystkie kolejne wędrówki, misje, całe to swobodne reportażowanie, pełne
mocy, niezależne od polityki redakcji, od sterowanych ośrodków władzy
symbolicznej... Rzecz w tym, że miejsce, z którego mieliśmy rozpoczynać nasze
wielkie wyprawy przeciw Złu, zostało przygniecione.
      Myślę więc o tej podstępnej
blokadzie Marności, o fortelu, którego nie przewidziałem, myślę ze smutkiem,
rezygnacją i patrzę z Luckiem na uśpioną wieś. Chłopak z dziewczyną idą właśnie
asfaltem, znikają za rogiem. Z owczarni widać wszystkie te codzienne randki od
przystanku do zakrętu, zawsze tą samą drogą, randki na oczach wszystkich,
romantyczne spacery bez końca, wbite w jeden, wyznaczony tor, jak pętla, jak
szyny zabawkowej ciuchci, kręcącej się w kółko.
      Zdaję sobie sprawę, że
Bieda-Licho działa dalej. Modyfikuje ciągle rzeczywistość wkoło nas. W
Łabędzicach znikły tablice z nazwą wsi, nie ma tablic również w sąsiednich
wioskach. Lucek mówi, że ktoś załatał tymi tablicami stodołę, ja przyznaję
rację, bo sam widziałem napisy wkomponowane w drewnianą ścianę na jednym z
podwórek. Wiem jednak, że dzieje się wokół nas coś więcej, że jesteśmy właśnie
ścierani z mapy: chłopaki pozamieniały drogowskazy, pozmazywały nazwy,
Dworakowice zmieniły się na Rakowice, Łabędzice na Edzice, Swojaków ja Aków.
Zniekształcili topografię bezinteresownie, z nudów. Z Marności.
      Stoimy przed owczarnią drżąc z
zimna, ja czuję coraz wyraźniejszy strach. Myślę o wyjeździe, o tym by uciec do
Magdy i Marka, zostawić wszystko, że moglibyśmy z Asią zniknąć wśród gór, jak
inni, ci wszyscy, którzy przyjechali do schroniska na chwilę i już w nim
pozostali, którzy stali się częścią załogi, zostawiwszy na dole swoje dawne
życie. Pal już licho całą tę ideologię o wirtualnym pędzie, tę dwuznaczność
górskiej wizji, o której wcześniej pisałem. Byle się stąd wyrwać, złamać czar.
Wiem jednak, że nie wyjedziemy, że to nie nasza droga. Nie mogę Łabędzic
zostawić, bo obiecałem kiedyś Lucjanowi, że będę jego dobrym sąsiadem, że nigdy
nie będziemy patrzeć na siebie krzywo, że zawsze powiemy sobie w twarz prawdę.
Naprawdę tak było, ustaliliśmy to kiedy pierwszy raz się zobaczyliśmy, pod tym
warunkiem sprzedał mi dom. Jak więc teraz moglibyśmy się stąd z Asią
wyprowadzić? Jak moglibyśmy uciec i sprzedać domostwo nieznajomym? Jak mógłbym
zostawić to wszystko, co nasączyłem swoim potem, to, w czym zanurzyłem serce? Pokochałem ten upadły
pegeer pełen starych sadów i zwierzyny, tę wieś wyrzuconą w pola nieopodal
autostrady, po której zasuwają Kościejowe samochody. Kocham Łabędzice mimo
całego mroku, mimo nędzy, która do nas przyszła. I nie zmieni tego kamień, z
pomocą którego nas Marność uziemiła.
      Czuję ulgę. Stoimy z Luckiem i
milczymy. Po drugiej stronie ulicy draka: pseudomafia włóczy Jacka po ulicy.
      Asia czeka na mnie ciągle z kolacją.
***
odcinek czternasty
|