wiosna 2005


strona główna



  
   I     
   II    
   III   
   IV    
   V         VI        VII       VIII      IX        X         XI        XII   

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - XIII


Baliśmy się dnia, który powoli wykluwał się z mgły po drugiej stronie okna. Było to okno starego wagonu pasażerskiego, odstawionego na boczny tor. Wstaliśmy obolali i zziębnięci. Odrobinę skacowani. Ale najpaskudniejsze wydawało się właśnie to uczucie strachu. A brało się ono stąd, że akurat ten dzień uznaliśmy za rozstrzygający. Stało się to dokładnie wieczorem dnia poprzedniego. Oto Pluskwa oświadczył nagle, że jesteśmy w punkcie zero. Z przeszłością zrobiliśmy porządek raz na zawsze. Dobrze. Ale przyszła pora zdecydować coś o przyszłości.

Tak powiedział. Był poważny i przejęty swoimi słowami.

Długo – dobre półtora butelki – roztrząsaliśmy myśl Pluskwy i wreszcie stała się ona naszą myślą wspólną. Doszliśmy do zaskakującego wniosku. Mianowicie: nasz wybór jeśli chodzi o przyszłość był prosty. Wrócić do szpitala albo nie wrócić. Wówczas naprawdę poczuliśmy ciężar słów, które właśnie wypowiedzieliśmy. Nie można go z siebie zrzucić dopóty, dopóki nie nastąpiło jakieś stanowcze rozstrzygnięcie. Toteż stchórzyliśmy. Czym prędzej ustaliliśmy zgodnie, że jeśli nazajutrz niczego nie wymyślimy, wracamy do szpitala, na ławkę pod lipą, niech nas karmią kaszanką i lekami.

Łatwo było powiedzieć. Rozgrzewała nas całkiem niezła whisky i cała brzydota świata znikła w ciemnościach nocy. Niewykluczone, że przez chwilę wierzyliśmy w utajone w nas zdolności i moce, które jutro objawią się wszystkim. Ni z tego, nie z owego. Hokuspokus i już.

Tymczasem budziliśmy się w podłych nastrojach, jutro wyłoniło się właśnie z mgły jako dzisiaj, a my czuliśmy tylko ten wzmagający się strach przed tym, co i tak nieuchronne. Chyba nie byliśmy bardziej dziarscy i zaradni, niż dotychczas. Właściwie czuliśmy się całkiem sflaczali. A poza tym śmierdziało nam z ust.

Najgorsze w przyszłości jest to, że wcześniej czy później staje się teraźniejszością i zupełnie inaczej wygląda, niż powinna. Ach, jak żal tego, co mogło by być, choć nigdy być nie mogło!...

Z wagonu wyleźliśmy z ociąganiem, pomięci jak stare gazety. Z całą pewnością nie wyglądaliśmy na pewnych siebie, przyszłych triumfatorów. Czuliśmy się zaś gorzej, niż wyglądaliśmy.

Kończyła się nasza chęć na samodzielność. Jedyne, co nam przyszło do głowy, to zanurzyć się w ruchliwe ulice wielkiego miasta, które rozsiadło się po obu stronach torów kolejowych. W takim mieście zawsze może wydarzyć się coś ważnego i spektakularnego. Miasto mogło rozstrzygnąć za nas. Tak byłoby najwygodniej.

Po południu przestaliśmy wyczekiwać czegokolwiek, nawet cudu. Z gromadą rozgadanych ludzi wślizgnęliśmy się do jakiegoś obszernego budynku. Wiedzieliśmy z doświadczenia, że wśród mieszczących się w czymś takim urzędów albo biur, nadzwyczaj łatwo zgubić się aż do nocy. Toalety bywają tam za darmo, krzesła wygodne, korytarze ciepłe i przytulne. Drzemać można dopóki strażnicy nie przegonią. Przegonią – to poczłapiemy na dworzec. Przytakując sobie nawzajem, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy zrobić, potulnie zawrócimy do szpitala.

W holu minął nas brodaty mężczyzna w skórzanej kamizelce. Potem minął raz jeszcze na korytarzu, łypiąc na nas koso. Na wszelki wypadek rozeszliśmy się każdy w inną stronę i usilnie staraliśmy się zniknąć mu z oczu, zanim zacznie coś podejrzewać i wezwie strażnika.

Wytropił każdego z nas w kwadrans. Mnie ostatniego, przy pisuarze. Wciąż się tyko przyglądał, coraz natarczywiej i bezczelniej, a ja stałem odrętwiały z rozchełstanym rozporkiem i z narastającym bólem w brzuchu. Gotów byłem przyznać się do wszystkiego, o cokolwiek zostanę przez brodacza oskarżony, byleby nie stał za moimi plecami i przestał mnie podglądać. Brodacz nie odzywał się do mnie. Zanim otrząsnąłem się z odrętwienia, brodacz gdzieś zniknął.

Skrzyknęliśmy się prędko przy windach. Już zaczynaliśmy się z wolna uspokajać, gdy wtem brodacz wynurzył się z głębi korytarza na czele gromadki drepczących za nim młodzieńców.

Takich nam potrzeba! – oznajmił autorytatywnie swojej asyście i wskazał paluchem na nas. – Gdzie wy oczy macie! Sami przystojniacy i ładne lale dobrzy w serialu dla szczyli, ale nie w reality show! Kogo wy mi tam podtykacie, obsrańcy?! Amantów i modelki! A o kim publika powie: normalny człowiek, taki jak ja? O brzydalu, kretyni! Zobaczcie tamtego chudego. – Miał na myśli Pluskwę. – Ten to ma gestykulację! Ręce same mu latają w te i nazad! Albo ten emeryt. – To o Helmucie. – Nareszcie jakiś staruszek! I to jaki! Kiedy powiedział „kurwa mać”, to aż mnie zatkało! No, i ten tam. – To znaczy ja. – Idealny przeciętniak. Byle co pod każdym względem. Nawet fiuta ma przeciętnego, widziałem w kiblu – dodał ciszej, chichocząc.

Młodzieńcy słuchali brodacza w nabożnym skupieniu, świetnie udawanym. Pewnie był ich szefem.

To znaczy tych pan wybrał? – Upewnił się jeszcze młodzian stojący po prawej ręce brodacza.

A ty myślisz, że po co ja tu kurna biegam jak wesz po tyłku?!...

Ale rozmowa kwalifikacyjna...

Brać ich na rozmowę! Migiem!

Mieliśmy wrażenie, że wloką nas na przesłuchanie, więc opieraliśmy się ile wlezie, a nasze przerażone pokrzykiwania niosło po korytarzach.

Co wy im tam do jasnej cholery robicie?! – Brodacz z irytacji ścisnął swoje kościste dłonie w piąstki i zaczął nimi wymachiwać. – Puśćcie ich! Przecież oni sami tego chcą! Sami chcecie? – Spytał, podszedłszy bliżej. Nie chcieliśmy mu robić przykrości, zwłaszcza, że jednak ujął się za nami. Czy mieliśmy zresztą jakiś wybór? Przytaknęliśmy posłusznie. – No – wskazał nam drzwi – w takim razie proszę.

Poszliśmy jak rzeźne bydło, posłuszni, chociaż bladzi z przerażenia.

Niepotrzebne były te obawy. Przesłuchanie nasze okazało się niezłą zabawą. Wpierw zagoniono nas w krąg oślepiających świateł i dwaj kamerzyści plątali się wokół nas zaglądając nam błyszczącym ślepiem kamery w oczy. Pluskwa, któremu skończyły się papierosy, zagadywał jakiegoś okularnika i przymilał się do niego, aby wyprosić kilka na zapas. Helmutowi ktoś kazał zaśpiewać, więc niespodziewanie jego bas buchnął spoza moich pleców jakąś niemiecką kołysanką, którą zakończył jeszcze bardziej melodyjnym „kurwa mać”. Mnie krzywonosa kobieta z kokiem spytała, dlaczego noszę tak sfatygowane ubrania, miałem więc niezłą okazję do wymądrzania się na temat nieistotności tego, co zewnętrzne i pozorne. Nawet brodacz uśmiechnął się widząc, z jakim zapałem wygłaszam oczywiste brednie i jednocześnie dyskretnie wycieram plamy na spodniach.

Okazało się, że jesteśmy „wizyjni”. Cokolwiek to miało znaczyć.




odcinek XIV


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni