|
|
Schyłek zimy
odcinek 14
      Budzimy się w cieple. W nocy drewno co prawda gasło co rusz,
było zbyt mokre, wstawałem co dwie godziny i pochylałem się półprzytomnie nad
brzozą w kominku. Ale kiedy przez foliowy sufit zaczął już przeświecać świt,
dowaliłem całą reklamówkę naszej ekologicznej bomby z Lelijowic, owijka się w końcu
zajęła, buchnęła płomieniem, żeliwo zaczęło pracować, stukało od gorąca, coraz
szybciej, a ja szczęśliwy, zasnąłem w tym stukocie.
      Wstaję, głowę mam pełną
samochodów. Myślę, że chciałbym pojechać teraz do sklepu łady, na Kotlarską,
spotkać dobrego pana sklepowego, który cierpliwie wysłuchuje historii klientów,
jest powiernikiem ich motoryzacyjnych przygód, awarii, prób samodzielnych
napraw, kiwa głową, a oni mówią bez końca, mija już osiemnasta, na pana
sklepowego czeka żona, z którą umówił się na Rynku, ale on słucha i tak, z
szacunku, a może z braku śmiałości, by przerwać. Wpadłbym więc do niego,
wyżalił się, wymienił historią z innymi ładziarzami, ale nie mogę: przecież i
tak nic tam nie kupię, nie mamy pieniędzy na nowe części. No, mógłbym do niego
pojechać niby tak po prostu, pogadać, poradzić się, co może tak terkotać w
samochodzie. Po drodze pooglądałbym jeszcze inne auta, wyłowiłbym chciwie te,
które na szybach mają kartki „sprzedam”, wszystkie pojazdy proste, stare i
tanie, z których zawsze wysiadasz z brudem za paznokciami, ale których nie
musisz zamykać, bo i tak da się je otworzyć patyczkiem od lodów, albo kluczem
„yeti”. Zastanawiałbym się nad wartburgami z silnikiem golfa, polonezami,
patrzyłbym do wnętrza skody „sto dwudziestki”, myślałbym o jakiejś zamianie,
rozważałbym sprzedaż naszej „piątki” na Ukrainę, bo może nadszedł jej czas,
może pisane było nam jeździć nią tylko dwa miesiące? Łatwo przyszło, łatwo
pójdzie dalej, samochód nie żona, wiadomo, nie jest na całe życie. Niby swoją
duszę ma, niby powstaje ta więź, ale trzeba wyczuć moment, kiedy auto rwie się
dalej, kiedy znów chce ruszyć w świat pod nową ręką. Powtarzałbym sobie pewnie
to wszystko idąc po zimowej wrocławskiej ulicy, ale nie dojadę do miasta. Nie
mamy nawet na pekaes.
      Wsuwam więc nogi w przywiezione z
Syberii walonki, dokładam do kominka i wychodzę na podwórko. Lucek pojechał już
do roboty. Widać, „ostrówek” odpalił szczęśliwie na opałówce. Przez chwilę
myślę, że mogłem Lucka wypytać o pseudomafię, która pomiatała wczoraj Jackiem,
ale zdaję sobie sprawę, że tu nie ma o czym gadać. Jacek widać pobalował znów
za bardzo, wpadł w swój tygodniowy alko-ciąg niefortunnie, za wcześnie. Utonął
w butelce zanim wyszykował samochód gangsterom i wczoraj musiał na kacu
szorować twarzą po asfalcie.
Nie ma więc co o Jacku za wiele gadać, tak samo jak o
nocnych wrzaskach, o bluzgach straszliwych, które zaczęły ostatnio rozbrzmiewać
nad Łabędzicami. To prawda: szła niedawno przez wieś obdarta kobieta,
krzyczała, że kogoś zabije. Kilka dni wcześniej jakiś młodziak stał koło
wiatraka i wrzeszczał podobnie, tylko bardziej globalnie: groził, że wszystkich
pozarzyna. Brzydkie to wszystko, tajemnicze, ale nie trzeba o tym mówić.
Marność i tyle. Nic nie poradzisz, nie pomożesz, po co więc wywlekać Zło, po co
je rozbudzać?
      Rozmyślam
tak o Marności, o Biedzie, o ciemnych stronach Bajki. Sam już nie wiem: może
Bajka nie usycha, tylko się przemienia? No ale w nowej swej postaci wysysa z
nas energię, odbiera siłę wielkim postaciom: Lucek karleje, Jacek staje się
żałosny, Maryla biedna, wszystko ginie w prozie życia. Może Marność Bajkę
zżera, może jest jak pasożyt? Może zaciera swe własne istnienie? Zaprzecza
bytności Kościeja, Niedoli-Złego Losu, maskuje się by przetrwać, trywializuje,
łamie rytm, połyka czas, zalewa nas w uśpieniu i gnuśności?
      Walonki
grzeją w stopy. Na beton przed owczarnią pada na wpół roztopiony, szary śnieg.
Słyszę jakieś dalekie pyrkanie, widzę jak Drogą do Nikąd jedzie traktor z
szambowozem. Znika za mostkiem, zakręca, wywala pospiesznie gówno do strugi.
      Z kanalizacją nie jest w Łabędzicach łatwo.
Wieś ma swoje własne tajemnice, kryje pod sobą plątaninę podziemnych korytarzy.
Sołtys sam kiedyś szeptał mi oparty o płot, bym podłączył się do tajemnej gównosieci.
Mówił, że wszystko wytłumaczy: z kuchni trzeba puścić rurę do burzówki,
a z kibla – tam gdzie wszyscy. Miał pewnie na myśli rzeczkę za sadem.
Struga w dzień przewala korytem wodę, nocą toczy fekalia.
Gówno z całej wioski płynie koło nas, mamy ostatni dom, taki układ,
ale moglibyśmy wejść w sieć jak i reszta, spuścić wszystko niżej, do
kolejnej wsi, nie wiem nawet gdzie struga płynie, nikt tu pewnie nie wie, no
ale gdzieś na pewno, da się wszystko zrzucić dalej. Nie wiem – może sołtys był
po prostu życzliwy odkrywając przed nami tajemnicę? A może chciał wciągnąć nas
w układ, byśmy osiedli tu w wygodnym milczeniu, spętani świadomością
współudziału? Nie poznaliśmy jednak drugich, podziemnych Łabędzic. Postawiliśmy
własne szambo przepływowe, kupione za gruby szmal w dobrych czasach. Ale
milczymy i tak. My też nie jesteśmy dobrzy. Każdy kombinuje by żyć, nie da się
wszystkiego opisać, każdy kryje tajemnicę, wiem o tym doskonale.
Patrzę na traktor ginący w zimowej plusze, powtarzam sobie,
że życie nie jest czarno-białe, że nie da się wszystkiego zwojować, nie da się
wyprostować świata. Wokół jest jeszcze Bajka, ale nie disnejowska, ona plącze
się coraz bardziej, coraz trudniej ją rozpoznać.
      Ruszam
jednak moją Drogą do Nikąd, szuram walonkami, idę naprzeciwko „ursusa”. Kanałów
nie zatkam, strugi nie zawrócę. Wiem jednak, że traktor nie jest z naszej
wioski tylko z Paszczanowa. Wiem, że nie wylał fekaliów u siebie, tylko
przyjechał specjalnie do Łabędzic, bo tu leją wszyscy. Leją do rzeczki, która w
atlasie ma nawet swą nazwę, to Trzciana, a nie ściek, do Chuja Wafla! Leją pod
mój dom. W mój sad. Dlaczego traktorzysta nie sra u siebie? Dlaczego gnoi
ziemię obok Jacka, Lucka, sołtysa? Dlaczego wszyscy milczą?
      Traktor
przyśpiesza, pusta beczka buja się w koleinach. Wychodzę na środek drogi. -
Zatęchły spokój – powtarzam sobie. - „Ja się do niczego nie mieszam, nic mi nie
przeszkadza, żyjcie jak chcecie”. Ileż razy słyszałem w Łabędzicach te frazy,
te zapewnienia o tolerancji, w których krył się strach?
      Tak, nie jesteśmy bez skazy. Ale
nie możemy utonąć w gnoju na własne życzenie.
      W
kabinie miga przestraszona twarz kierowcy. Chłopak, pewnie w moim wieku.
Hamuje, ja opieram się o błotnik, mówię:
-
Nie wylewaj tu więcej gówna.
-
Dobrze!
-
Więcej tu nie przyjeżdżaj
-
Dobrze! – powtarza, a ja widzę, że na twarzy ma tę samą mieszaninę lęku i
zażenowania, co ja kiedyś. Rozumiem go, też się tak czułem,
kiedy trzymałem w ręku gorącą piłę i stałem oko w oko z właścicielem
uschniętego lasku koło Lelijowic. Lasku, o którym wszyscy mówili, że jest bezpański,
a który – okazało się – miał swojego dzierżawcę.
      Traktor
odjeżdża, ja wracam z Drogi do Nikąd, wchodzę do domu na śniadanie i myślę, że
wszystko okazało się tak proste, że czasem wystarczy powiedzieć, no i że w
ogóle może w końcu kamień drgnie.
***
odcinek piętnasty
|