wiosna 2005


strona główna



  
   I     
   II    
   III   
   IV    
   V         VI        VII       VIII      IX        X         XI        XII       XIII  

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - XIV


Z kręgu świateł przegoniono nas na krzesła i rozmawiano głosami intymnie ściszonymi, abyśmy poczuli się swobodnie, co prawdę mówiąc nie było konieczne, ponieważ już nam się tu spodobało. Mówiliśmy, co nam ślina na język przyniesie. Nikt nie oczekiwał, że będziemy mówili prawdę. Gdy nie trzeba skupiać się na prawdzie, mowa staje się lekka, zwiewana i powabna.

Wyszło na to, że Helmut to podróżnik, który przepada zwłaszcza za nurkowaniem w rafach koralowych, Pluskwa jest arystokratą spowinowaconym z książętami krwi i właśnie w pożarze stracił rodowy pałac, ja zaś o mało nie przyznałem sobie Nobla za wybitne eseje.

Najpoważniejszy był duet psychologów. Trzymali się na uboczu. Obserwowali. A kiedy przyszło do rozmowy, uporczywie pytali nas o przeżycia z dzieciństwa i podsuwali pod nos dziwne rysunki, które mieliśmy opisać. Nie przyznawaliśmy się im, oczywiście, że faszerowano nas lekarstwami w szpitalu. Wcale nas o to nie podejrzewali. Wedle nich byliśmy nadzwyczaj zrównoważeni i odporni na stresy.

W takim razie witamy w naszym dworku. – Zdecydował brodacz i uścisnął nam dłonie. – Koniec naboru! Ogłoście to jak najszybciej, niech to mamy za sobą!

Za ścianą zabulgotał wzburzony tłum. Kiedy wyprowadzano nas do bufetu, za oknami widzieliśmy jeszcze ariergardę wycofującej się gawiedzi: przystojni chłopcy i ładne dziewczyny zjednoczeni wspólnym poczuciem rozgoryczenia. Nie zdążyliśmy zjeść jajecznicy, a już odwołano nas do podpisania jakichś dokumentów. Z Helmutem był kłopot, bo i od niego żądano papierów, jedyny zaś papier, jaki przy sobie miał, to kawałek papieru toaletowego, skradziony w ubikacji na korytarzu. Brodacz zirytował się trochę, ale ponieważ nie lubił chyba cofać swoich decyzji, westchnął tylko i zażądał od prawnika, żeby ten coś na poczekaniu wymyślił. Prawnik napisał za Helmuta oświadczenie. Helmut z dumą nabazgrał u dołu swój autograf potwierdzając istnienie samego siebie – i było to tak, jakby w maleńkiej cząstce stał się Stwórcą. Przynajmniej ja tak cichutko komentowałem tę scenę wzruszonym szeptem, na co Pluskwa wysyczał mi prosto do ucha, żebym przestał już udawać kretyna, żadna komisja nas teraz nie słucha. Ale ja wcale nie udawałem.

Dwie godziny – tyle czasu wielkodusznie otrzymaliśmy, aby załatwić swoje sprawy osobiste i powrócić. Nie musieliśmy iść daleko. W uliczce na prawo od gmachu była przytulna knajpka z niedrogim piwem. Naszą najpilniejszą sprawą osobistą było teraz przepicie pieniędzy, które trzymaliśmy na podróż.

Za cholerę nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. – Stwierdził Pluskwa kopcąc wyżebranego papierosa. – Wiem za to, że dostaliśmy się do telewizji.

Komkursz jakisz, tszy co – podsunął nieśmiało Helmut.

Obaj przyglądali mi się z nadzieją. Po mojej gębie domyślali się, że wiem więcej od nich. I rzeczywiście tak było. Mój nawyk humanisty, ażeby przeczytać słowo drukowane, które już trafiło mi w ręce, nareszcie okazał się użyteczny. Przyjaciele moi podpisywali, co im podtykano; ledwie zerknęli na tytuły. Ja zwłóczyłem. Cofnąłem się o dwa kroki. Przerzucałem kartka po kartce. Czego nie dało się doczytać wprost – dorozumiewałem się z tej urzędniczo-prawniczej mamałygi podlanej paragrafami. Dzięki temu, co przeczytałem, moje zdanie stało się teraz najważniejsze i niepodważalne.

Rozkoszowałem się tą sytuacją i zimnym piwem się rozkoszowałem, przedłużając milczenie. Helmut i Pluskwa czekali. Nie ośmielili się mnie ponaglać. Każdy ma prawo do uznania się za pępek świata przez jakieś trzy do pięciu minut w ciągu żywota.

Lecz kiedy zabrałem się już za objaśniania, starałem się mówić możliwie jak najmniej zawile, zaś punkty niejasne i wątpliwie dla mnie samego tłumaczyłem po wielokroć – dopóty, dopóki twarze moich przyjaciół nie rozjaśniły się zrozumieniem i nie usłyszałem ich potakujących pomruków.

Nie jestem humanistą za wszelką cenę.

Konkurs, w którym mieliśmy wziąć udział, trwać miał jakieś piętnaście tygodni. Ta akurat wiadomość nie zrobiła na Helmucie żadnego wrażenia, bo już przywykł do marnowania dni, lecz Pluskwa zakurzył zaraz papierosa, łykając dym w nerwowym pośpiechu. Jak większość młodych czuł wstręt do jakichkolwiek ograniczeń, zwłaszcza czasowych. Taki szkolny nawyk.

Przez te piętnaście tygodni mieliśmy przebywać wraz z trzynastoma innymi wybrańcami w dworku, jak mówiono, choć był to raczej pałac. Część zostać miała Jaśnie Państwem, część Służbą, po czym po tygodniu losowanie miało rozstrzygnąć, kto kim będzie przez tydzień kolejny. W międzyczasie obie grupy miały wykonać jakieś zadanie. Z grupy przegranych musiała odpaść jedna osoba. Ta, którą wskazało powszechne głosowanie graczy.

Czyli wcale nie trzeba tam siedzieć przez cholernych piętnaście tygodni!... – ucieszył się Pluskwa. – Mogą cię wywalić wcześniej! Czy tak?

Przytaknąłem.

To dobrze – oznajmił Pluskwa.

Tyle tylko – dokończyłem – że wtedy kto inny dostanie główną nagrodę, czyli mnóstwo forsy.

Pluskwa zamyślił się.

To źle – orzekł.

Helmut natomiast od razu spostrzegł, że ta zabawa jest dla indywiduów dwulicowych, nieszczerych i przebiegłych. Chodzi przecież o to, ażeby nie zrażać do siebie nikogo.

Normalny czlowiek – oświadczył Helmut z przekonaniem – tego nie potrafi.

Przemiana w krętacza nie jest łatwa. Krętacz to człowiek sukcesu. Człowiek sukcesu natomiast to jedno z tych pojęć, które nie tylko do nas nie pasowało, ale i którego w żaden sposób nie potrafiliśmy w pełni zrozumieć. Razem wziąwszy oznaczało to po prostu, że i tak nagrody na pewno nie zdobędziemy. Wcale się tym nie zmartwiliśmy. Przeciwnie. Jeśli nie wymaga się od siebie zbyt wiele, to nie ma się wrzodów na żołądku i można się cieszyć z byle czego. My cieszyliśmy się, że telewizja przygarnie nas na jakiś czas i na domiar wszystkiego zrobi z tego program. Program – zamyślił się Helmut. – Hmmm... Znatszy: jak?

Helmut rzadko oglądał telewizję, ponieważ nawet gdy udawało mu się zasiąść przed świetlicowym odbiornikiem, zasypiał niemal natychmiast i jego chrapanie zagłuszało każdy odgłos, choćby to była najbardziej efektowna kanonada z filmów przygodowych. Miał zatem pewien kłopot ze zrozumieniem zasad reality show. Kiedy je w końcu ogarnął, zmarszczył swoje krzaczaste brwi i wszystko, czego się dowiedział, podsumował po swojemu:

Tszyli kamery bendo nawet w sratszu...

Mylący był ton smutnej rezygnacji, który Helmut tchnął w te słowa, bo zaraz dodał z ożywieniem:

Dotond nikogo nie interesowalo, jak dlugo szetsze w sratszu. Pochlebia mi to.

Ponieważ Pluskwa i ja byliśmy równie próżni jak Helmut, więc obaj doskonale rozumieliśmy, co ma na myśli. Wypiliśmy zdrowie wszystkich tych, którzy będą mieli cierpliwość na nas patrzeć – niekoniecznie w sraczu – i triumfalnym, zamaszystym, choć odrobinę chwiejnym krokiem ruszyliśmy ku naszemu przeznaczeniu.


Przeznaczenie zmieściło się w kilku pomieszczeniach wewnątrz na wpół zrujnowanego pałacu. Pałac tkwił pośrodku chaszczy, nazywanych – z nawyku – parkiem. Częścią naszego przeznaczenia było jeszcze trzynaścioro innych osób oraz smród świeżych tapet i farb.

Podobały się nam śmieszne stroje – kontusze jakieś, kamizele, pantalony – w które kazano nam się przebrać. Podobały zabawy, które wymyślał dla nas prowadzący. Nie co dzień można być rozkapryszonym, beztroskim bachorem. Dzieciństwo to przywilej. Zwłaszcza dla takich staruchów, jak my.

Podobały kobiety. To nie dla nas kusząco falowały półdupkami i wypinały piersi w różnych rozmiarach, ale wcale nam to nie przeszkadzało. Im też chyba nie.

Podobały krzesła – dopóki na nich nie usiedliśmy. Nadawały się wyłącznie do podziwiania.

Przez pierwszych kilka tygodni nie zastanawialiśmy się zresztą nad tym, co nam się nie podoba – i to podobało się nam najbardziej.


Aż brodaty producent odwołał nas na bok do sali za reżyserką. Był wzburzony. Młodemu asystentowi, który kręcił się przy nim kazał wynosić się do diabła i dobrze zamknąć za sobą drzwi. Na wszelki wypadek sam jeszcze sprawdził, czy nikt nie podsłuchuje. Za wyjątkiem myszy, których w całym pałacu było jeszcze sporo, nikogo nie dostrzegł.

No, dobrze – powiedział i z westchnieniem usiadł na krześle. Poszczerbionym, brzydkim, za to wygodnym.

Przyglądaliśmy się temu krzesłu z zazdrością. My musieliśmy stać. Krzesło było tylko jedno. – Zostało was jedenaścioro. – Policzyliśmy w pamięci. Nie kłamał. – Zostało jedenaścioro – powtórzył - w tym wy. Niedojdy, fujary, kompletne beztalencia. – I to w zasadzie także się zgadzało. – Czy wiecie dlaczego nikt was stąd jeszcze nie wypieprzył? Nie wiecie! Ha! Bo nikt się was nie boi, nikogo nie wkurzacie i w ogóle jesteście niezauważalni! Dupki żołędne! – Zdążył już poczerwienieć tak, jakby za chwilę miała go porazić apopleksja. – Zadania!... Inni starają się, są zawzięci, o mało ze skóry nie wyskoczą, żeby nie być w grupie przegrywających, a wy co?!... Jak dzieci!... Tak! Cieszycie się jak jakieś cholerne dzieciaki na placu zabaw! Albo rozmowy na balu i w kuchni. Inni kombinują, zawierają sojusze, łżą w żywe oczy, a wy ględzicie o pierdołach! Żebyście chociaż podrywali kobitki... albo – dodał po krótkim namyśle i o ton ciszej – ładnych chłopców... ale i w tym jesteście do niczego! Podglądacze bez jaj!

Mimo że krzesło było wygodne, nie mógł jakoś na nim usiedzieć. Zerwał się z miejsca, przedreptał salonik wszerz i wzdłuż, i przystanął przy zakurzonym oknie. Za oknem widać było chaszcze. Monotonia krajobrazu zewnętrznego dobrze harmonizowała z monotonią wewnątrz pałacu.

Dlaczego wy tak robicie? Zawiodłem się na was... – Nie odwracał się. Wciąż się wpatrywał w plątaninę krzaków otaczających budynek. Może mu się podobały.

Nie mogliśmy biedaczynie powiedzieć wprost, że nam zależy tylko na tym, aby się nie przemęczać, najeść za darmo i przespać w suchym i ciepłym. Zapewne by tego nie zrozumiał. A gdyby nawet zrozumiał, to przejąłby się tym jeszcze bardziej i musielibyśmy wysłuchiwać jego narzekań przez bardzo długi czas. Może byśmy to znieśli siedząc na takich wygodnych krzesłach jak to, które zawłaszczył on. Skoro jednak staliśmy, to najrozsądniej było milczeć.

Zrobimy tak – zdecydował wreszcie brodacz po dłuższej chwili milczenia, po czym obrócił się i wycelował w naszą stronę wskazujący palec. Wyglądało to tak, jakby chciał nas z tego palca zastrzelić. – Jeśli przez najbliższe dwa tygodnie nie będziecie się starać i nikogo z was nie uda się wyrzucić regulaminowo, to ja wyrzucę was bez regulaminu. Coś na was wymyślimy, skurczybyki. Przecież takie gamonie nie mogą wygrać!

Tego się więc obawiał – że wygramy, choć wcale się o to nie staraliśmy.

I w tej samej chwili, gdy to powiedział, bezwiednie zapoczątkował naszą przemianę. Tak jak my wówczas, ongiś czuć się musieli Adam z Ewą, zakosztowawszy owoc z drzewa poznania dobrego i złego. Przejrzeli, czyli zagmatwali swoje życie. Trójca nasza straciła boską niewinność. Wystarczyło, że ulegliśmy pokusie chciwości.

Spojrzeliśmy na siebie ukradkiem. Każdy z nas uśmiechał się chytreńko, szatańsko.

Wygrana. Dotąd rozmawialiśmy o niej niechętnie. Nawet ja, choć mam słabość do pojęć abstrakcyjnych, niewiele mogłem o niej powiedzieć. Nie nadawała się do ambitnych rozważań ambitnego teoretyka.

Jednakże brodacz sprawił, że z wygranej uczyniliśmy nadrzędny cel naszego plątania się po wyznaczonych salach pałacu. Naszego wysiadywania na niewygodnych krzesłach. Przebierania się w dziwne stroje.

Powróciliśmy do sal podglądanych przez kamery udając wesołość i beztroskę, lecz nikogo tym nie oszukaliśmy. Nasza przemiana musiała jakoś wyleźć na wierzch, bo przyglądano się nam z nieufnością.

Staliśmy się im podobni. Niestety – z wyjątkiem ciał. Pośród tych pięknych ludzi nasza brzydota była jakby wyrazistsza. Bezlitośnie ukazywały to kryształowe lustra wiszące w sali balowej obok kominka. Zwykle nas to peszyło. Tamtego dnia podbechtywało do złośliwej satysfakcji: oni byli ładni, za to my wygramy.


Do kolacji mieliśmy czas, żeby ochłonąć po naszym nagłym przepoczwarzeniu. Nie było wszakże możliwości, aby zebrać się razem i naradzić. Ja z Pluskwą wylosowaliśmy tym razem role służących. Helmut awansował na pana. On rżnął przy zielonym stoliku w karty, a my krążyliśmy między kuchnią i jadalnią. Po godzinie zaczynałem rozumieć, dlaczego rewolucja francuska, ta Wielka, była konieczna. Po dwóch zacząłem sobie wyobrażać głowę Helmuta turlającą się do kosza pod gilotyną. Ale po trzech spoglądałem już na niego z pobłażliwością. My z Pluskwą już dawno byliśmy po kolacji, podczas gdy on dłubał nożem i widelcem kąsek za kąskiem, żując powoli i dystyngowanie, udawał zaciekawienie nudnymi rozmowami przy stole i na domiar wszystkiego pocił się straszliwie w tej zapudrowanej peruce na głowie. Bycie panem to straszna harówka. I tylko rewolucja mogłaby skrócić jego cierpienia. Tak, rewolucje są w gruncie rzeczy dobrodziejstwem dla klasy panów.

Po kolacji Helmut przywołał nas do zzuwania butów. Wolelibyśmy wprawdzie rozsupływać fiszbinowy gorset którejś z kobiet, zwłaszcza że kobiety ładniej pachniały od nóg Helmuta, jednak zwycięstwo wymagało od nas poświęceń. Wciąż nas ktoś podglądał i podsłuchiwał. Wymieniliśmy znaczące spojrzenia. Helmut wyciągnął swoje długie nogi i podbródkiem wskazał trzewiki.

Brudne – powiedział.- Pszetszecz.

Tak jest, jaśnie panie – zgodził się Pluskwa.

A kiedy pochylił się do jego butów, Helmut oznajmił:

Tszej muszkieterowie.

Niewątpliwie mówił szyfrem. Przejrzystym dla nas. Uśmiechnęliśmy się. Domyśliliśmy się, co chciał przez to rzec. Trzej muszkieterowie, czyli jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. To było zrozumiałe samo przez się. Gdzie ci mężczyźni... – zanucił Pluskwa.

Jasne: należało się pozbyć innych facetów spośród współgraczy. Kobiety zajmą się sobą nawzajem. To im wychodziło najlepiej.

Bo do tanga trzeba dwojga – zaśpiewałem z kolei ja, fałszując i skrzypiąc, co nie miało znaczenia: i tak szyfr został zrozumiany, co przyjaciele moi potwierdzili nieznacznymi potknięciami. Będziemy eliminować tych, którzy znajdą się w grupie, gdzie znajdzie się co najmniej dwóch z naszej trójcy.

Szaleństwa panny Ewy – podrzuciłem znowu. Miałem na myśli to, żeby od razu zwracać na siebie uwagę – wszystko jedno jak. Pluskwa i Helmut zbaranieli.

Ty i ja teatry to są dwa – wychrypiałem z wysiłkiem. Jeszcze nie pojmowali. – Będziemy tańczyć czaczę – zawyłem. - Karuzela co niedziela... Oj dana dana, łupu-cupu rym cym cym – podrygiwałem strojąc dziwne miny. Ci, co zezowali na nas z boku, zaczęli szeptać coś o tym, że za długo jestem w zamknięciu i to się może źle skończyć.

Moich konspiracyjnych współtowarzyszy wreszcie coś tknęło, kiedy zawodząc kołysankę zacząłem wymachiwać rękoma, jakbym znalazł się na młodzieżowym technoparty.

Kontsz waszcz, wstydu osztszentsz – Helmut machnął ręką. Zamilkłem zdumiony. Znał „Trylogię”! Pluskwa szturchnął mnie kościstym łokciem i mrugnął porozumiewawczo okiem.

Proletariusze wszystkich krajów łączcie się – powiedział i dodał jeszcze: - Bój to jest nasz ostatni...

Itsztsze ofiara spelniona – zagrzmiał Helmut na koniec i, ostatecznie upewnieni, że działać będziemy jednomyślnie, zachichotaliśmy zgodnym chichotem – chichotem, od którego łzawią oczy i chce się kaszleć. Chichot nasz zagłuszył na moment wszystkich. Przeciskał się przez uchylone okna i ulatywał w chaszcze. Tam wzbudził popłoch; brzmiał jak sygnał grupowego polowania.

Nasze przyszłe ofiary niczego jednak nie podejrzewały. Za naszymi plecami pukały się w czoła i szczerzyły do siebie zęby w nieszczerych, telewizyjnych uśmiechach.




odcinek XV


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni