|
|
Schyłek zimy
odcinek 15
      Po południu stukają do nas
wiejskie chłopaki. Być może to ci sami, co okradli wiatrak i wezwali policję.
Może to ci, co zniekształcili nazwy wiosek, pozamieniali drogowskazy i ukradli
tablice. W każdym razie przyszli z interesem. Chcą kupić od nas wiśniową ładę
albo nysę – cokolwiek co jeździ. Hybryda „trójki” z dużym fiatem już im padła.
Tak w każdym razie twierdzą. Może kłamią? Może odwieźli ją na szrot z
wyrachowania, tak jak przepowiadał Lucek? Jakby nie było – chcą wyłożyć kilka
stów i wziąć nam z podwórka kolejne auto.
      Odmawiamy. Rozpaczliwie
potrzebujemy pieniędzy, ale nie możemy już uszczuplić parku maszynowego. Nysę
po prostu kochamy. Za wiele przeżyliśmy, znamy ją. Czujemy, że ona wcale nie
chce iść w świat, zresztą cóż to za świat? Powędrowałaby za płot, gdzie by ją
zaraz zarżnęli. Nadto jest warta więcej, niż chcą dać źli wiejscy chłopcy.
Regenerowaliśmy w niej przód, sami zmienialiśmy łożyska, Asia wycinała wielkimi
nożycami nowe blachy, ja klepałem błotniki i burty, malowałem je olejną farbą, przytwierdzaliśmy
je z teściem nitami do budy... Wyszykowaliśmy elegancką furgonetkę, nie możemy
jej teraz oddać w cenie złomu. Nyska roztelepała się co prawda ostatnio,
zaczęła łykać dwadzieścia litrów gazu na sto kilometrów, ale jest naszą
żywicielką, wozi nam drewno, darowane meble, cement, remontuje nam dom i daje
ogień, kiedy Bieda-Licho próbuje wycisnąć z nas życie.
      Nie możemy również sprzedać
chłopakom kolejnej łady. Ciągle wierzymy, że uda się ją tanio naprawić.
Osobówka pali mniej niż nysa i pozwala nam dotrzeć do miasta. A do Wrocławia
jeździć musimy, jesteśmy z nim spięci pępowiną Pośpiechu, tak to już jest,
muszę przecież dotrzeć jakoś dwa razy na tydzień na uczelnię, musimy odwiedzić
znajomych, żyć jakoś, teraz to widzimy, czujemy to tym mocniej, im bardziej
jesteśmy od miasta odcinani, kiedy odłączają nam komórkę, telefon stacjonarny,
każde odcięcie komunikacyjnej gałęzi rodzi lęk, wypadamy z obiegu, nad głową
kłębi się ciężar zobowiązań, spóźnień, domniemanych pretensji: czemu milczycie,
czemu was nie ma, czemu nie byliście pod komórką, dlaczego nie odsłuchaliście
poczty, nie odpowiedzieliście na mejla? Uczestnictwo w Wirtualnym Pędzie staje
się obowiązkiem, nie przywilejem. Nawet jeśli coś we mnie krzyczy, nawet jeśli
nie chcę się rozpadać na kilka światów jednocześnie, nawet jeśli buntuję się
przeciw gorączkowym odpowiedziom na odległe pytania zadawane nagle z Warszawy,
nawet jeśli potrzebuję namysłu, nie chcę podejmować natychmiastowych decyzji,
wyrwany z wiejskiej rzeczywistości, przenoszony w ciągu chwili w inną,
wirtualną sferę, to i tak nie mogę odmówić uczestnictwa, nie mogę się
zdystansować do Pośpiechu, bo wylecę poza orbitę. Nie mogę też wszystkim
tłumaczyć, że milczymy, bo zablokowali nam numery. Tak mówić wstyd, to nie
mieści się w konwencji. Weszliśmy już w globalną sieć i wyjść nie zdołamy. To
droga w jedną stronę.
      Nie sprzedajemy więc łady. Ona
pozostała naszym ostatnim komunikacyjnym medium – uszkodzonym, ale rokującym
nadzieje.
      Chłopaki
odchodzą. Są rozczarowani, liczyli na dobry interes. Nie wiedzą, że niedługo
wyhaczą tuningowanego warczyburga, że kupią za cztery stówy cacko na cały
sezon. My zaś z Asią nie wiemy, że za kilka dni będziemy żałować swej decyzji o
zatrzymaniu łady, nie wiemy, że Niedola-Zły los szykuje nam kolejną
niespodziankę.
      Ach,
wartburgi, ekskluzywne dwutakty, zaprzeczenie motoryzacji, limuzyny na opak,
ileż o nich wiem. Miałem trzy wartburgi, jeszcze za kawalerskich czasów,
bujałem się nimi w reporterskie delegacje, łatałem je po drodze i zasmradzałem
drogi rozpuszczalnikiem, który tankowałem do baku. Wartburgi wszystko mają
odwrotnie niż trzeba: stacyjka jest z lewej strony, biegi przy kierownicy,
guzik wciśnięty oznacza otwarte drzwi, podniesiony zamknięte, olej leje się do
baku, zamiast do bloku, pod maską są trzy gary, zamiast czterech, czy pięciu,
każdy jest za to zaopatrzony w osobną cewkę, cewki się co rusz przepalają i
niszczą grafitowe kable, które ciągle trzeba strugać scyzorykiem i skracać,
póki nie przestaną sięgać do świec. Nie wolno wartburgami ruszać ostro na
skręconych kołach, bo pękają. Mają płaską podłogę, budę na ramie, odchylane
tylne oparcie. Wraz ze spalinami wyrzucają przez rurę wydechową kropelki
benzyny. Prowadzą się jak ufo, drą w przód jak dzik.
      Tak,
wiejskie chłopaki kupią żółtego jak mlecz wartburga 353 sedan, a ja – uziemiony
– będę patrzył z nostalgią na jego kanciastą bryłę, na przyciemniane szyby,
będę wspominać wiąziutkie opony, metaliczny dźwięk zatrzaskiwanych drzwi, całą
konstrukcję, całą tę szaloną, enerdowską myśl. Będę patrzeć, jak chłopaki
montują do wartburga tłumik od syrenki, jak bujają się samochodem po wsi w tę i
z powrotem i zrozumiem, że to znowu ruch pozorny, bo teraz dwusuwem nie da się
nigdzie dojechać, nie da się go przerobić na gaz. Wóz pali do dwunastu litrów
benzyny, a rozpuszczalnika luzem dawno już nie sprzedają. Chłopaki będą się
więc rozbijać po Łabędzicach pięknym, bezużytecznym wehikułem, a mnie ta parada
w końcu rozśmieszy. – Niezłe takie jeżdżenie w kółko – powiem do córki Lucka,
Ady, która akurat wyszła na spacer z dzieckiem, by pobujać wózek tą samą drogą,
którą chodzą pary na randki. Zaśmieję się na te zrywy i poślizgi chłopaków z
wioski, Ada powie zaś poważnie: - A co oni mają innego robić?
***
      Teraz szykuję się do zajęć. Lektura rozłazi się w zgryzocie.
Wędrowałem dziś znów z Iskrą do skrzynki na listy. Odezwała się firma
„Ultima” – kilkuosobowa bodajże, choć sama siebie nazywająca największą spółką
windykacji długów w Europie. Domagają się niebotycznych kwot za telefon, my
piszemy do nich, że dług został przejęty bezprawnie i że kwota zaległości jest
mniejsza, oni się do naszych pism nie ustosunkowują i windują kwoty. I tak
skrobiemy do siebie i milczymy jednocześnie, uprawiamy tę głuchą, złowróżbną
korespondencję, ślemy odpowiedzi w pustkę.
***
      Próbuję wydostać się z Łabędzic.
Odpalam nyskę. Nie mam benzyny, muszę więc startować bezpośrednio na gazie.
Zamarzają filterki. Instalację pokrywa szron. Biegnę po farelkę, próbuję
rozmrozić układ. Okładam reduktor swetrem. Sprawdzam poziom wody w chłodnicy. W
końcu ruszam. Jadę drogą na Dworakowice. Widzę ptactwo. Sarny biegną znów przez
pole, zatrzymują się pod zagajnikiem. Czuję smak życia, chłonę piękno.
      Po lewej, koło zaśmieconego
lasku, stoi płacząca kobieta. Czerwona załzawiona twarz miga za samochodową
szybą. Może to ta sama, co wrzeszczała w nocy?
      Z chłodnicy bucha para. Płyn wali
przez korek, chlusta jaskrawą zielenią na króciutką maskę.
      Lucek ściąga nyskę golfem.
Wtaczamy samochód na zasypany śniegiem podjazd. Potem sąsiad opowiada, że
kończy się opał, a wiosna jak na złość nie przychodzi. Mówi, że do tej pory nie
zapłacili mu za zboże. Dzwonił znów do kupca, tłumaczył, że rodzina zamarza w
domu, że tak nie można. Lucek nie oddawał przecież żyta za darmo. – Gdybym
wiedział, że pan będzie taki namolny, nie brałbym od pana towaru – odpowiedział
mu kupiec. Ja pytam, czy nie ma skupów, które płacą od ręki. Lucek kręci głową.
Potem mówi mi, że musiał wziąć kolejny kredyt. Tym razem na pięć lat. – To już
nie są żarty, rozumiesz? – pyta – Nie zaciągałem nigdy długów, a teraz jestem
uziemiony.
Ja słucham Lucka, kiwam głową. Gadamy na sucho. Zdaję sobie
sprawę, że sępię. Nie mam na browara, myślę, że może sąsiad wyciągnie „książa”
z bagażnika. Po chwili rozchodzimy się – każdy na swoje podwórko. Lucek
zostawił sobie pewnie ostatnią puszkę na wieczór.
      Nie ma
rady. Trzeba znów odpalić ładę. Padaka: trzaska silnik, terkocą wałki,
złowróżbnie, coraz głośniej. Tak jechać się już nie da. Zaraz wszystko pęknie.
Układ nie ma smarowania, coś się zblokowało. Boję się czy silnik nie poszedł,
ale trudno uwierzyć w taką mechaniczną śmierć. Łada – jeśli ufać licznikowi –
przejechała sto dwadzieścia tysięcy kilometrów. Poprzednia wytrzymała prawie
dwieście.
      Tak czy
inaczej muszę jechać do diagnosty. Jacek nic już nie pomoże, jest z zawodu
blacharzem, nie rozbierze silnika. Nie bardzo właściwie wiadomo za co naprawiać
brykę – portfel mamy pusty. No ale samochód jeździć musi. Trzeba walczyć.
      Diagnosta
mieszka w gminnej wiosce. Nazywa się Rysiek. Jest dwa razy starszy od Jacka.
Kiedyś był jego mistrzem.
      W drodze myślę o swoich motoryzacyjnych żądzach.
O samochodach, które miałem i które mieć będę. Przed oczyma staje duży fiat na
włoskich częściach, maluch, w którym ciągle rwałem linkę od rozrusznika, zastawa,
w której zgubiłem silnik podczas sprzedaży samochodu, kolejne wartburgi, łada,
w której trzy razy urwałem koła, którą rajdowałem sto sześćdziesiąt i wylatywałem
nieustannie w pola, nie wyrabiając na zakrętach. Przypominają się wszystkie
pojazdy, które kupiłem i z których zrezygnowałem, przed oczami migają kierownice,
lewarki, tapicera, bryły karoserii...
      Trzeba to powiedzieć jasno:
kocham wszystkie samochody. Rysiek to wyczuł. I na to mnie podebrał. Jawi się
przede mną jako szlachetny filantrop. Tłumaczy zasady pracy silnika żiguli,
opowiada o swoich egzemplarzach, o ładzie „trójce” – niezwykle szykownej,
niebieskiej. Potem o „szóstce” – nowiutkiej, peweksowskiej, błyszczącej jak
zabaweczka. „Szóstką” jeździł dwa tygodnie. Rozbujał ją zbyt mocno, nie wyrobił
na asfalcie, pośliznął się na jesiennych liściach, trzasnął w drzewo. Wtedy
właśnie stracił zęby. Sztucznej szczęki jakoś do tej pory nie wstawił.
      Mówi, przerzuca strony ze
schematami, a ja patrzę na mechaniczny skarbiec, na silniki na ścianach, na
półki zapełnione rozrusznikami, alternatorami, gaźnikami.
      Rysiek pyta o Jacka. Opowiadam.
Kręci głową. – On się zaraz skończy – rzuca. – Jest za słaby. Ja nigdy nie piję
wódy przed wieczorem, rozumiesz? Dla samej zasady. A nuż ktoś zadzwoni. Okaże
się, że trzeba gdzieś jechać, ściągać kogoś. Może trzeba mu szybko wyszykować
samochód? Może trzeba ratować komuś dupę? Dlatego w tango idę tylko w sobotę
wieczorem. Krótka piłka.
      Zasad Rysiek ma więcej. Broni
słabszych. Pomaga ubogim. Robi za pół darmo. Nie pozostawi samotnej kobiety.
      Opowiada mi też o nienawiści do
profesorów, o jednym ciamajdzie-naukowcu, co mu Rysiek uwiódł żonę i się z nią
tak kochał, że ta aż machała uszami.
      Przez jego słowa przemawia
nienawiść ogólna, nienawiść klasowa – żywa na wsi, przebijająca się przez
opowieści w oborach, garażach, warsztatach. Niechęć do przemądrzałych
inżynierów, którzy wiedzą lepiej, do profesorków, co patrzą na wieśniaków z
góry, śmieją się z nich, chcą ich wykorzystać.
      Rysiek mówi dużo, soczyście,
przaśnie. Buduje męski świat.
      Kobieta do warsztatu nie wejdzie.
Kiedy wspomniałem, że Asia chciałaby zobaczyć naprawę silnika – wpadł w
popłoch. W oczach zobaczyłem ten sam lęk, co u Lucka, kiedy Asia zbliżała się
do owczarni.
      Koniec końców ustalamy, że
przyjadę pojutrze. Sam.
      Rysiek do tego czasu wymieni
wałek na aparacie zapłonowym, odpowiedzialny za transmisję oleju na klawiaturę.
Wyszuka używaną część. Ustawi jeszcze zapłon. Dołoży mi rozrusznik od fiata
ritmo – identyczny jak ładowski. Do tego wrzuci pod maskę lepszy, mniej
wychłestany gaźnik. I da koła od dużego fiata – też będą pasować. Całość
zmieści się w dwóch stówach. Mogę zapłacić później – jak zdobędę pieniądze.
      Wracam
dwudziestoletnim kadetem. Wiezie mnie syn Ryśka. Opowiada dużo o swojej
dziewczynie. Ja słucham cieniutkiej techniawy, walącej z basowych głośników.
Odchodzi strach. Czuję czystość. Jasność rzeczywistości
wiązanej na drut. Klarowność świata ogołoconego z drzew, wykarczowanego,
prowizorycznego. Patrzę na kolejne zaspy, piętrzące się przed nami jak fale.
W domu jest ciepło. Asia sprawdziła skrzynkę. Rozwija na
stole kolejną spiralę rachunków.
***
odcinek szesnasty
|