| I II III IV V VI VII VIII IX X XI XII XIII XIV
|
Ucieczka każdego dnia dariusz hoeft
Odcinek - XV
Byli ładniejsi od nas – wszyscy ci współgracze zamknięci z nami w naprędce odnowionych salach popadającego w ruinę pałacyku. Ładniejsi i bardziej utalentowani. Nie lubię tak myśleć o innych. Skoro jednak tak pomyślałem, to niestety musiała to być prawda.
Lecz zapewne i oni tak myśleli. To dodawało im pewności siebie i zanim się zaczęli naprawdę nas obawiać, poprzestawali na lekceważeniu.
Dla ludzi ładnych i utalentowanych lekceważenie innych jest w zasadzie siłą. Przeciw ich sile my – Pluskwa, Helmut i ja – mieliśmy tylko pokorną cierpliwość wytrenowaną wspólnie na ławce szpitalnej.
Wystarczyło.
Odpadali po kolei, zawsze zdziwieni i rozczarowani. Nauczycielkę, która nienawidziła nauczania, wypchnięto wstrząsaną spazmatycznym szlochem. Mechanik-wierszokleta do końca siarczyście przeklinał; wreszcie uwierzyłem w jego wyobraźnię poetycką. Student teologii wygrażał pięścią niebiosom. Fotografik wyszedł z uciętym wpół zdaniem, które nijak nie dało się wytrząsnąć z jego zaciśniętego gardła.
Po tym wszystkim ponownie wezwał nas brodaty producent.
Oglądalność cholernie wzrosła – wyznał od progu. Jego głos drżał ze wzruszenia i radości, której nie zamierzał zresztą wobec nas okazywać. Sądził pewnie, że nieprzeniknione spojrzenie i zamaskowana brodą twarz będą mogły to ukryć. Nie mogły. – Poprawiliście się, chłopaki.
Szczególnie, okazało się, podobał mu się numer, polegający na rozebraniu się do rosołu, co uczynił Pluskwa podczas jednego z tych uroczystych i nudnych obiadów. Jaśniepaństwo miewało przecież swoje fanaberie i Pluskwa z wyczuciem psychologicznego realizmu – jak zaznaczył brodacz – potrafił przedzierzgnąć się w osiemnastowiecznego zepsutego idiotę. Pochwalił również Helmuta za niekończące się bajdurzenia o nikomu innemu nieznanych krainach, gdzie jakoby bywał, mnie zaś za efektowny pojedynek na widelce z samym sobą.
Zresztą wszystkie wasze wygłupy są niezłe – podsumował – ale teraz musicie się trochę uspokoić.
My byliśmy spokojni. Cokolwiek robiliśmy, robiliśmy bez emocji i z wyrachowania. Nawet menuet, którego Helmut zatańczył na stole, był tylko rodzajem wymyślonej wcześniej gimnastyki. Podobnie kuchenny mecz z grejpfrutem zamiast piłki, w który Pluskwa wciągnął wszystkich służących; wcale nie zaczął się z kaprysu czy z natchnienia, ale z przekalkulowanej zawczasu strategii. Nie wspominając o tym, jak przebrałem się za kobietę z wielkim biustem. Tani chwyt. Tyle że zawsze skuteczny.
Zapewne nie taki spokój miał na myśli brodacz. Spoglądał na nas groźnie, jakby spodziewał się jakichś naszych protestów. Rozczarowaliśmy go jednak. Wreszcie zmiękł, podrapał się ukradkiem po genitaliach i sięgnął po papierosa.
Pluskwa dzielnie przetrzymał tę próbę. Nie palił od wielu dni, a mimo to przełknął tylko ślinę i zawczasu cofnął rękę, która przywykła już do żebraczego odruchu. Byliśmy z niego dumni.
Nie możecie już tak nachalnie wyłazić na pierwszy plan – wyjaśnił brodacz speszony nieco naszym chłodem i obojętnością.
Pszetszesz tego pan chcial – przypomniał Helmut.
Chlebodawca nasz ożywił się: drgnęły jego usta ledwie widoczne w kołtunach brody. Chyba się uśmiechnął.
Tak jest, tak jest! Dobrze zapamiętaliście moje pouczenia. Grzeczne dzieciaki. – Machnął ręką. – Tamto odwołujemy. Nowa koncepcja. Trzeba, rozumiecie, wzmóc dramaturgię. Kosmetyczka z budowlańcem będą romansować. Wielka miłość, czułe wyznania i takie tam. Sentymenty! Tak. Ale budowlańca zacznie prowokować sekretarka, a sekretarka, pamiętacie, mizdrzyła się już do tego, co wyleciał, wiecie, teologa za przeproszeniem. Przez dwa tygodnie nie może być nic ważniejszego. Trójkąt! Rozdarcie uczuć, zazdrość i obmacywanki. Publika pośmiała się, teraz trzeba ją chwycić za bebechy, za gardło trzeba chwycić, niech się wścieka, płacze, klnie, byle nie przełączyła na kanał z serialem południowoamerykańskim. O! Dwa tygodnie – powtórzył z naciskiem. – Tyle mniej-więcej będzie trwało zamieszanie z tym romansem. Wy do rezerwy. Wam mówię, jaki jest scenariusz. Tylko częściowo zna go jeszcze budowlaniec, sekretarka i kosmetyczka. Innym – ani pary z gęby! I z tamtą trójką też nic nie gadajcie. Naturalność, rozumiecie. Niech zachowują się naturalnie. Oni będą teraz najważniejsi. Wszystko jasne?
Manipulacja – powiedziałem głośno.
Oczywiście – zgodził się brodacz. – To jest telewizja, kochany, tu nie może być tak... na żywioł. No! Rozumiecie chyba. Uczcie się tego, może z was jeszcze zrobimy gwiazdy, albo coś w tym rodzaju.
Odprawiając nas był przekonany, że zupełnie nas pozyskał. Cóż, każdy ulega urokowi swoich własnych naiwnych oczekiwań. Prostaczek na równi z największym cwaniakiem. Przynajmniej pod tym względem wszyscy jesteśmy sobie równi.
Wiedzieliśmy swoje: skoro nawet on zabiega o nasze poparcie, to jesteśmy bliżej wygranej, niż mogłoby się zdawać.
Przez chwilę czuliśmy się tak ładni i utalentowani, jak tamci wszyscy, co przycupnęli na niewygodnych krzesłach i udawali, że gapią się w chaszcze i nas nie dostrzegają.
Brodacz wymyślił sobie romans, aby było łzawo i wzniośle jak w tragediach, ale – to żadne odkrycie – romanse są jeszcze bardziej przydatne w komediach.
My nadawaliśmy się wyłącznie do komedii. W komediach niezbędne są pomyłki i nieporozumienia. Nasz udział w tej grze niewątpliwie był nieporozumieniem. Kto więc lepiej od nas zasługiwał na finałową pointę? Poza tym w komedii lepiej być nie za bardzo utalentowanym brzydalem, którego można zapamiętać i polubić. Do ról amantów zaś nie za bardzo się nadawaliśmy.
Wszystko to razem wziąwszy oznaczało, że powinniśmy przerobić planowany na dwa tygodnie romans wedle komediowego wzorca.
Nie musieliśmy długo nad tym radzić. Pluskwa zanucił przy stole karcianym:
Miłość ci wszystko wybaczy...
Helmut, wygrzewający się przy kominku, mruknął zaraz:
Szwat sze szmeje.
Ja natomiast uzupełniłem:
Jarzębino czerwona, któremu serce mam dać...
I już wiedzieliśmy, co mamy robić.
Romans budowlańca i kosmetyczki wykluwał się z romantycznych rozmów i obściskiwań pod stołem. Sekretarka cierpliwie czekała na swoją kolej.
Piątego dnia Helmut wmówił właścicielowi budki z frytkami, że jest utajonym wybrańcem sekretarki, która jednak nie ma dość śmiałości, aby mu to okazać. Właściciel budki z frytkami co dzień po przebudzeniu ćwiczył pompki i przez pół godziny wcierał w siebie kremy, żele i pachnidła. Łatwo Helmutowi uwierzył. Muskularny i pachnący musiał się przecież podobać każdej kobiecie. Najwyższa pora, żeby spodobał się sekretarce.
Ja zacząłem poufnie rozpowiadać o schadzkach budowlańca i barmanki w korytarzu między kuchnią a salonem.
Pluskwa podsunął kosmetyczce frywolny liścik, nabazgrany jakoby przez właściciela budki z frytkami z myślą – oczywiście – o niej.
W nocy wszyscy byli już ponurzy i podejrzliwi. Atmosfera zagęściła się od niedomówień, wzajemnych żalów i rozczarowań. Zasypialiśmy, kiedy ich wciąż parzyła pościel i wściekłe myśli przerzucały z boku na bok. My budziliśmy się radośni i rześcy, oni zwlekali się z łóżek z twarzami obrzękłymi od niewyspania.
W południe pozbyliśmy się budowlańca.
I już nic nie było w stanie uratować misternych założeń brodacza. Powstał chaos, a z chaosu tego trójca nasza, gmerając w niej jak w oślizgłej glinie, lepiła nowy porządek. Kłamaliśmy, podjudzaliśmy, obśmiewaliśmy. Oglądalność wciąż rosła, toteż brodacz wcale nas nie napominał. Śmieszne, safandułowate dranie rozprawiające się ze zdolniejszymi i bardziej urodziwymi od siebie podobały się wszystkim. Byliśmy wzorowymi kanaliami. I nieźle się przy tym bawiliśmy.
Chyba właśnie to mają na myśli ludzie, kiedy o kimś mówią: „przebojowy”.
Od jakiegoś czasu chaszcze za oknami zadeptywały tłumy wielbicieli. Nocą wiatr przynosił stamtąd smród moczu. Wielbiciele mieli w zwyczaju wykrzykiwać coś, potrząsać transparentami z wyznaniami miłości, pokazywać gołe tyłki i gapić się na pałac przez lornetki.
Szybko przywykliśmy do tego nowego elementu krajobrazu. Po kilku tygodniach spowszedniał jak widok chaszczy.
Tylko jeden raz zdarzyło się, że spojrzawszy w okno cokolwiek odczułem.
Było już nas tylko pięcioro i nikt nie mógł z nami wygrać. Tłum za oknami skandował nasze imiona zrymowane z obraźliwymi przekleństwami. Ich nienawiść była właściwie uwielbieniem. Z tego uwielbienia pewnie by nas rozszarpali, gdybyśmy jakimś cudem znaleźli się pośród nich; nasze szczątki obnosiliby potem jak relikwie świętych.
Na uboczu, zepchnięta pod krzak głogu, stała rudowłosa kobieta. Te włosy poznałbym wszędzie. Obgłaskiwał je wiatr; sprawiały wrażenie drgającej miedzianej blaszki postrzępionej u krańców. Patrząc na nie poczułem przyjemny dreszcz biegnący od jąder po szyję.
I znów – jak wtedy, w szpitalu – miałem ochotę otworzyć okno i sfrunąć w chaszcze, stanąć obok pielęgniarki (bo przecież ona to była) i choćby raz dotknąć tych włosów krańcami palców.
Okna jednakże nie można było otworzyć – jedynie uchylić. Byłem więźniem pałacu. Jeszcze miesiąc. Potem będę mógł stąd wyjść. Z nagrodą.
A kiedy pomyślałem o nagrodzie, ryże kudły powiewające na wietrze stały się nieważne, były tylko cząstką obojętnego mi tłumu, który wygrażał mi pięścią i jednocześnie ryczał na moją cześć.
Ruda pielęgniarka chyba się tego domyśliła, bo wkrótce cofnęła się poza innych i zupełnie znikła.
Trochę mnie to zabolało, lecz na pocieszenie wyciągnąłem z szafy nową perukę i włożyłem ją sobie na głowę. Peruka miała kolor rdzy.
odcinek XVI
|