|
|
Schyłek zimy
odcinek 16
      Czekamy na ładę. Wyciągam z nyski akumulator, podłączam go
do prostownika. W pokoju buzuje elektrolit.
      Akumulator
już zupełnie nie trzyma. Trzeba będzie go codziennie ładować, póki się nie
wysypie ostatecznie. Na domiar złego mamy tylko jeden na dwa auta.
Inna rzecz że samochody i tak nie chodzą.
      W głębi
serca czuję znów zazdrość, tęsknotę za szczelnymi, zachodnimi autami, za ich
szybkoobrotowymi rozrusznikami, automatycznym ssaniem i mądralińskim
komputerem, dzięki któremu bryka zawsze odpali. Nie przyznaję się jednak do tej
żądzy.
Asia marudzi na ładę: na to, że hamulec przepuszcza
powietrze, że wali koło, że zawiesza się rozrusznik.
Asia nie chce, żebyśmy całe życie jeździli gracikami.
Ma również dość ręcznej przepierki: tydzień temu padła nam
„rosa”. Na remont pralki nas nie stać.
Kłócimy się.
***
Odebrałem samochód. Na podwórku robię jeszcze wycieraczki na
drut, tak radził mi syn Ryśka. Obwijam miedzią złamaną zawleczkę. Potem
uruchamiam mechanizm. Oba ramiona chodzą. Patrzę na te wycieraczki i myślę, że
musimy chronić magię. Bez tego zginiemy, wykończymy się psychicznie. Bajka jest
dla nas jak tlen. Etos motoryzacyjnego ubóstwa to warunek przetrwania. Szkoda,
że nie powiedziałem o tym wczoraj Asi. Musimy cieszyć się z drobnych usterek,
przyjmować je jako część życia. Tym bardziej, że póki co na nic lepszego nas
nie stać. Nasze samochody się psują, są upierdliwe, ale przynajmniej nie
ładujemy w nie tysięcy złotych. Nie możemy irytować się każdym stukotem. Gracik
w trasie to jak przyprawa, która poprawia smak życia. Stary samochód to źródło
przygód, wspomnień, to możliwość rozmowy z ludźmi, odkrywania kolejnych
światów.
      Nagle
wycieraczki stają. Spod maski pełznie strużka dymu. Drut owinął ramię, wszystko
się zablokowało. Spaliłem następny silniczek.
      Zaciskam
dłonie na głowie. Gapię się na kolejną awarię.
      Po chwili widzę, jak z bloku zaczyna walić borygo.
Lucek wyciąga świeżutki, plastykowy spirytus. Dziś z
samochodem i tak nie da się już nic zrobić. Rysiek coś spieprzył. Może źle
dokręcił uszczelkę na kolektorze? Pewnie założył starą. Jutro trzeba będzie do
niego wieźć znów ładę. Byle nie przegrzać samochodu. Wtedy może pójść głowica.
      Stoimy
z Lucjanem przy gazowym piecyku. Ja opowiadam mu o karcie kredytowej. Mówię, że
życie na kartę boli. Nie możemy chodzić na bazar, nie możemy zjeść w tanim
barze, nie możemy pójść do rzemieślnika. Te światy zostały przed nami
nieodwołalnie zamknięte. Pozostają supermarkety i silikon. Opowiadam, że
staramy się oszczędzać, kontrolować te wirtualne wydatki. Kupujemy tylko
benzynę i żarcie, wersja minimum, nie bierzemy nawet butelki piwa.
No nie, piwo czasem trzeba – niepokoi się Lucek.
Ręce ma jeszcze większe niż zwykle, jeszcze bardziej
opuchnięte z wysiłku.
Ukraiński spirytus spływa w gardła, ćwiartka znika.
Później Lucek opowiada o tym, jak był zatrudniony przy
budowie supermarketu, tego samego, w którym robiłem z prodziekanem Sławojem
zakupy na bankiet, tego, w którym zaopatrujemy się w żywność. Lucek kopał
fundament pod cały kompleks. Rozgrzebał łychą jakiś masowy grób, odsłonił furę
kości. Zrobił się skandal na całą budowę. Przybiegł kierownik. Prosta gadka:
jak Lucek o sprawie komuś powie – nie będzie miał więcej roboty w mieście. No i
grób zasłonili. Hipermarket i centrum rozrywki stanęły w terminie.
Koniec spirytusu. Do kieliszka spływa jeszcze odrobina
balsamu pomorskiego, wygrzebanego spośród traktorowych części. Za okienkiem
owczarni przelatuje czerwony punkt, pasażerski aeroplan kołuje nad lotniskiem.
- Jędrzej... Latałeś kiedyś samolotem? Dostawałeś przecież
te delegacje z redakcji. Opowiedz, jak to jest, tam w górze?
***
Byłem dziś znów u Ryśka. Pięknie mówił: że aparat zapłonowy
to serce samochodu. Że auta nie trzeba straszyć, nie powinno się naprawiać zbyt
dużo za jednym razem. Jak pojazd poczuje, że zmieniasz jakiś detal, że o niego
dbasz, sam zniweluje inne awarie, odpłaci wdzięcznością.
Ale Rysiek ściemnia. I naciąga. Nie żeby jakoś strasznie,
ale jednak. Fiatowskich kół od niego nie dostałem. Tak samo z gaźnikiem.
Naprawa kosztuje stówę więcej niż miało być. Muszę się jednak na wszystko
zgodzić, nie ma rady. W końcu robię u niego na krechę.
Patrzę w milczeniu jak Rysiek z synem sypią do układu
chłodniczego ziarna kawy. Mówią, że to takie motoryzacyjne czary: ziarnka
powinny napęcznieć i zapchać nieszczelność. Tylko że ja te garażowe czary-mary
znam, wiele o nich słyszałem. To nie jest dobra magia.
Wracam. Kawa zapchała nagrzewnicę, w kabinie lodownia. Pod
domem przestaje działać rozrusznik. Kładę się w śniegu i odnajduję zwisający,
niechlujnie założony przewód. Izoluję obejście od wentylatora – ten kabel z
kolei nie został zabezpieczony drutem i wplatał się w wiatrak.
Wieczorem świecę latarką i dostrzegam, że z bloku znów
cieknie płyn.
***
Jestem u Jacka. Złorzeczę na Ryśka, skarżę się na diagnostę.
Jacek trzaska setę, kiwa głową. Ale po chwili odwraca wzrok. Ja marudzę dalej i
czuję strach. Nawet Jacek nie chce słuchać mojego narzekactwa.
Po chwili stoję samotny pośrodku blacharskiego podwórka.
Łapię ruch kątem prawego oka. Czuję czyjąś obecność. Licho-Bieda uśmiecha się.
Wracamy razem do domu.
***
Przychodzi wielki śnieg. Pada dzień po dniu, zasypuje
wszystko wkoło. Samochody toczą się przez wieś powolutku, nawijają białą ciapę
na opony, ślizgają się, ocierają zadami o ogrodzenia.
      Lucek
jeździ ostrówkiem po Drodze do Nikąd, w tę i z powrotem. Zgarnia puch. Zbudował
z pomocą koparki wielkie, śnieżne wieże. Potem ulepił wnuczce Róży ogromnego
bałwana.
      Z domu
wychodzą bliźniaki. Gadam z nimi przy płocie. Sprowadzili się tu z Środy. Pokochali
wieś, łazili całymi dniami samotnie po polach, kępach, palili ogniska pod
autostradą. Teraz siedzą głównie w domu. Jeden miał jeszcze do niedawna robotę
jako cieć. Siedział w budce na dwudziestoczterogodzinnych dyżurach. Zarabiał
trzysta złotych miesięcznie. Połowę wydawał na dojazd. Teraz przedsiębiorstwo
padło. Wylądował znów na bezrobociu.
Gadamy trochę o tęsknocie za wiosną.
Czym palisz? – zmieniają temat bliźniaki.
Zaczynam opowiadać coś o dechach, pociętych starych meblach.
A my hajcujemy tym z Lelijowic.
Ja w sumie też z Lelijowic – mówię ostrożnie. Potem zdaję
sobie sprawę, że część wsi używa lelijowickiej owijki nie jako rozpałki, tylko
jako regularnego opału. Niektórzy walą syntetykiem przez komin non stop.
Bliźniaki twierdzą, że w okolicy pojawiło się nowe paliwo –
biała okładzina. Jest ponoć lepsza: mniej brudzi ręce, nie klei skóry. I nie
zapycha tak przewodów dymnych.
      Gadam
tak z bliźniakami, słucham nowinek z chemicznej branży. Nagle widzę, że Iskra
ucieka znów na pola, grzeje asfaltem, bierze zakręt, ładuje się w zaspy. Nie
mogę jej wypuścić samopas. Zaczyna jej się cieczka. Taki samotny psi wypad to
dla nas kompletna katastrofa. Przerywam gadkę. Klnę. Rzucam się w pogoń. Wpadam
na pole, nogi grzęzną, zapadam się. Ona biega lekko po śnieżnej pokrywie, bawi
się. Mijają kolejne kwadranse. Czuję zimno, stare skórzane buty mokną. Pali
mnie wściekłość.
I wtedy zaczynam ryczeć. Z ust wydostają się straszliwe
bluzgi, groźby, jakich nigdy wcześniej nie wypowiedziałem. Słyszę własny wrzask
nienawiści, rozbrzmiewający nad wioską.
Barbara skrywa uśmiech. Widziała jak uganiałem się za psem
po polu.
Złapałem Iskrę po dwóch godzinach. Robiła kupę. Stała w
kangurzej pozie, położyła po sobie uszy. Patrzyła ze strachem jak brałem
rozbieg, jak pędziłem przez zaspy we wściekłym milczeniu. Zwaliłem ją w śnieg,
przygniotłem własnym ciałem, warczałem, wciskałem jej łeb w pokłady puchu. Sam
się w tym śniegu zagrzebałem, zanurzyłem ręce, twarz. Znikłem w bieli.
Teraz czuję, jak śnieg topnieje na mnie w ciepłym
pomieszczeniu. Do Barbary przyszedłem, by skorzystać z telefonu. Dzwonię do
Migacza. Gadamy przez chwilę o filmie, o dylematach telewizyjnych. Migacz mówi,
że już się zdecydował. Będzie robić fuchy w serialu. O ile oczywiście dostanie
taką propozycję.
Pożyczam od niego pieniądze. Za kilka dni prześle je na
konto.
***
Znów grzebię przy samochodach. Tym razem wziąłem się za
nyskę. Przypomniałem sobie, że mam jeszcze trochę benzyny. Tyle że samochód na
etylinie nie odpala. Pół dnia spędzam przy wymianie pompy paliwowej. Wydawało
mi się, że sprawa będzie prosta, wystarczy wykręcić dwie śruby. Ale dostęp do
pompy jest w nysce parszywy. Nie da się jej sięgnąć ani przez zewnętrzną klapę,
ani przez właz z wnętrza kabiny. Spuszczam płyn do dwóch rozkrojonych butelek
po wodzie mineralnej. Odkręcam chłodnicę, luzuję węże. Kiedy udaje mi się już
wydostać starą pompę, nijak nie jestem w stanie przykręcić nowej. W końcu wołam
o pomoc. Chciałem się zmierzyć z awarią sam, ale nie potrafię, poddaję się, nie
umiem wymienić tej cholernej pompy. Lucek uruchamia ostrówka. Pcha łychą nysę,
transportujemy ją do Jacka i chowamy w szopie. Tu przynajmniej cieplej, łatwiej
naprawiać.
Jacek trzyma dziś pion. Próbuje dokręcić pompę, najpierw
spokojnie, w końcu nie wytrzymuje, wyklina konstrukcję. Po godzinie
przytwierdza śrubę. – Resztę składaj sam – rzuca.
Jacek odjeżdża z łebkami, pewnie do knajpy „U Dyzia”, a ja
zostaję w jego szopie. Leżę pod samochodem. W ustach czuję smak benzyny po
przedmuchiwaniu przewodu. Usiłuję dokręcić obejmy. Płyn chłodniczy spływa na
twarz.
Patrzę na girlandy plastykowych butelek zawieszonych u
powały. Kiedyś Jacek i Maryla je zbierali, nie mam pojęcia po co. To jakaś
przedziwna kolekcja, kolejna wiejska tajemnica, której już pewnie nie poznam.
Tym bardziej, że ekspozycja powolutku topnieje. Butelki ponoć pięknie się palą
w kozie.
      Śrubokręt
ślizga się po blasze, wbija w dłoń. Krew spływa na moją uwalaną smarem łapę.
Leżę w swojej podróżnej kurtce, tej samej w której wyjechałem na Syberię, tej,
w której szedłem na kawalerski. Patrzę na swoje suche ręce, na spękaną skórę.
Wiem, że w domu będę musiał spędzić kwadranse sam na sam z pastą BHP, że będę
szorować dłonie pochylony nad wanną, a i tak na dłoniach pozostaną czarne
kanały, kratery, mam tych kraterów dość, mam dość mechanicznej choroby brudnych
rąk, nie chcę ukrywać czarnych paznokci za każdym razem, kiedy wchodzę na
uczelnię, kiedy rozmawiam z promotor czy prowadzę zajęcia.
      Zawadzam nogą o rozkrojoną butelkę. Płyn wcieka w ziemię.
      Próbuję
odpalić nyskę. Samochód milczy. Nowa pompa nie chodzi. Zachowuje się dokładnie
jak poprzednia. Dziwne: paluch naciąga paliwo, a na rozruszniku benzyna nie
dociera, zupełnie jakby języczek na rozrządzie nie dosięgał pompy. Straciłem
kolejny dzień.
Słyszę jak Maryla ściga Pandę po podwórku, próbuje ją
zagonić do domu. Młody pies ucieka. Maryla zaczyna bluzgać, wrzeszczy coraz
głośniej. Ja czuję jakąś dziwną wesołość.
Wraca Jacek. Stoję u niego w garażu, grzeję się przy kozie.
Jacek pali w piecyku starym olejem silnikowym. Gęsty dym owiewa podwórko. Ja
przykładam zmarznięte ręce do rury, słucham jak Jacek chwali się blacharskim
sukcesem. Okazuje się, że nie pojechał do knajpy tylko do Wrocławia. Postanowił
poszukać funduszy na wyremontowanie blacharki w pasacie. Kumple powiedzieli mu,
że we Wrocławiu przy placu Pierwszego Maja zmieniono niedawno pierwszeństwo i
że jeśli Jacek chce sobie samochód remontować za darmo, to tam znajdzie
sponsora. No i Jacek ruszył do miasta. Musiał jechać objazdami, coraz więcej
tras jest zasypanych. Dotarł jednak do Pierwszego Maja. I jeździł w kółko przez
godzinę, póki nie trafił na jelenia. Facet grzał przez plac, zapomniał o
zmianie pierwszeństwa, Jacek się podstawił i teraz ma całą blacharkę za friko.
Jeleń był podobno wściekły, ale bezsilny.
Widzisz? – Jacek śmieje się szczerze. – Przez takich jak ja ludzie
klepią samochody.
***
odcinek siedemnasty
|