wiosna 2005


strona główna



  
   I     
   II    
   III   
   IV    
   V         VI        VII       VIII      IX        X         XI        XII       XIII      XIV       XV    

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - XVI


We trzech zostaliśmy w wielkiej sali balowej. Wierciliśmy się na niewygodnych krzesłach i oglądaliśmy przez ramię na lustra. Bez tych pięknych, młodych twarzy, które dotąd zawsze były gdzieś obok, wyglądaliśmy jakby korzystniej. Każdy na swój niepowtarzalny sposób.

Kto z nas miał wejść do wielkiego finału rozstrzygnąć miały jakieś konkursy na najzręczniejszego sługę i najbardziej dystyngowanego pana, jednakże dla nas nie miały one znaczenia. Helmut wyciągnął rękę. Trzymał trzy wykałaczki. Najkrótsza przegrywała.

Pluskwa zamknął oczy i losował pierwszy. Zaklął, gdy podsunął wykałaczkę pod nos. Trafił na tę złamaną.

Będę czekał w najbliższej knajpie – zapowiedział.

Nie mówiliśmy o tym więcej. Podczas konkursów Pluskwa udawał największego niezdarę, potem nas uścisnął, zrzucił atłasowy kubraczek, cisnął w kąt pończochy i za ciasne trzewiki, i nie oglądając się wyszedł na korytarz.

Daleko nie uszedł. Przed reżyserką zdybał go młody dziennikarz z przystrzyżoną bródką. Wyciągnął ku niemu mikrofon wyglądający jak granat. Spoza niego trysnęło jaskrawe światło i wyjrzało błyszczące ślepie kamery.

Proszę powiedzieć widzom o swoich odczuciach – zażądał redaktor.

W głowie Pluskwy kotłowały się strzępy rozmaitych skojarzeń, wszystkie niedorzeczne i razem tworzące breję, którą może i dałoby się opisać słowami, ale wymagałoby to wysiłku, do jakiego Pluskwa nie był już zdolny. Chciał pójść sobie stąd i, o niczym nie myśląc, wlać w siebie kilka piw, paląc jednocześnie papierosa po papierosie. Piwa zagoniłyby go w końcu do toalety. I byłby to – jak zawsze do tej pory – ten moment, od którego rozpoczęłaby się faza zadumania. Myśli wyklarowałyby się, ułożyły i same posłusznie zmieniły w słowa, które – z braku Helmuta i mnie – wypowiedziałby do pustych butelek.

Jednak redaktora nie wypadało przegnać prostym: „idźże do diabła, człowieku”. Nie mógł też przyznać: „teraz to ja czuję pragnienie i idę wyżłopać piwsko”. Należało powiedzieć coś nie za bardzo głupiego i przy tym niczego nie poplątać. Coś, co znał na tyle dobrze, żeby móc to wyrecytować nie jąkając się z niepewności.

Odchrząknął.

Śmietniska – zaczął – są bardzo ważne dla ludzi.- Przymknął oczy, aby z pamięci wygrzebać obraz hałd śmieci przed ojcowym pałacem i siebie samego, jeszcze podrostka, gmerającego między świeżymi pryzmami. I mówił potem o tych śmieciach, których większość ludzi wypiera się jak najpaskudniejszego paskudztwa, choć obok nich żyje. Mówiąc czuł, jak temat unosi go ku zdaniom brzmiącym dobitnie i głośno, jak gdyby to nie on je mówił, lękliwy i cichy Pluskwa, ale ktoś w środku niego. – Więc jeśli nie wiesz od czego zacząć porządkowanie świata – przekonywał na koniec – uporządkuj śmietniska. Dla wszystkich będzie to z korzyścią, a dla ciebie tym bardziej. W śmietniskach jest wszystko. Nie brzydź się, sięgnij. Wzbogać. Dzięki śmietniskom z głodu nie umrzesz. O śmietniska dbaj, a one zadbają o ciebie.

Ach, tak – wymamrotał redaktor, kiedy wreszcie Pluskwa umilkł i zakłopotany czuł, jak natchnienie ulatuje z jego chudego ciała, a w głowie znów ma tylko strzępowisko absurdalnych skojarzeń. Redaktor był również zakłopotany, chociaż z innego powodu. Nie miał pojęcia, jak skomentować mowę Pluskwy.

Cholera! – Obrócił się w końcu przez ramię, a później wycofał w głąb korytarza. – Zrobimy dokrętkę na zewnątrz. Tu jest duszno.

Kamerzysta posłusznie podreptał w ślad za nim.

Pluskwa miał niejasne wrażenie, że znowu zrobił z siebie pajaca. Przygnębiony obojętnie wsłuchiwał się w to, co tłumaczył mu brodacz i kilku jeszcze ważnych – sądząc po garniturach i zapachu wody kolońskiej – ludzi z telewizji. Trzymali go dobrą godzinę, podsuwając jakieś kartki, w które wpatrywał się nic nie widząc, bo myśli miał już niepodzielnie zajęte wizją schłodzonego piwa i papierosa, kusząco żarzącego się na brzegu popielniczki; piwo i papieros tworzyły razem zachwycającą martwą naturę godną pędzla mistrza. Grzecznie przytakiwał, o nic się nie spierał, toteż pozwolono mu wreszcie wybąkać kilka dziękczynnych zdań, poklepano po ramieniu i wskazano boczne drzwi.

Spod pałacu wywiozło go wielkie auto z przyciemnionymi szybami. Tłum z chaszczy niecierpliwie cisnął się przy schodach wiodących do głównych drzwi; gdyby się tam pojawił, zagłaskano by go, obściskano i wypieszczono na śmierć. Ziemia cuchnęła wiosennym rozkwitem.

Dokąd? – rzeczowo spytał kierowca.

Na piwo – bez namysłu odparł Pluskwa. Tamten przytaknął ze zrozumieniem. Znał w pobliżu dobrą piwiarnię. Piwa nikt nie chrzcił wodą, a ceny były niskie. Brudno jak diabli, pełno tam łazęgów i typów spod ciemnej gwiazdy, ale można się poczuć swojsko. Pełny relaks, można powiedzieć.

Zanim Pluskwa wysiadł, kierowca ostrzegł go:

Panie, kurna, zmień pan coś!...

Zmienić?

No, wygląd, kurna. Nie będziesz pan miał spokoju, jak ktoś w knajpie pozna. Już ja wiem.

Zmiana w wyglądzie Pluskwy była skuteczna, choć może nie radykalna. Pluskwa nacisnął na głowę czapeczkę –bejsbolówkę kierowcy (przepocona), natomiast oczy osłonił jego ciemnymi okularami (pęknięte lewe szkiełko). Wyglądał mniej-więcej jak smakosz taniego wina z pobliskiego parku, czyli wtopił się w otoczenie. Był tego pewien. Nikt na niego nawet nie spojrzał. Z jednym tylko wyjątkiem. Wyjątek miał na imię Jagoda, trzydzieści lat ze sporym okładem i wypełniony był kobiecością w stężeniu, jakiego Pluskwa nie widział nawet w kolorowych magazynach na wystawie kiosku opodal szpitala.

Jagoda sama dosiadła się do jego stolika. Ciekawiło ją, co takiego ciekawego ma do powiedzenia trzem butelkom, które tak łapczywie opróżnił.

Jagoda była panną i mieszkała w miasteczku odległym o pół godziny jazdy autobusem. Co kilka dni przyjeżdżała tu na piwo. Lubiła piwo i lubiła gwar wewnątrz knajpy, czego nikt w miasteczku nie wiedział i nie powinien wiedzieć, albowiem była szanowaną panią nauczycielką.

Pluskwa wysłuchał tych rewelacji milcząc i o nic się nie dopytując; panna Jagoda wcale zresztą nie czekała na pytania. Czekała raczej, aż postawi jej piwo. Nie przeszkadzało jej, że Pluskwa obmacuje ją spojrzeniami, w których bezwstyd mieszał się z nieśmiałością. Już dawno nikt tak na nią nie spoglądał. Była wysoka, piersiasta, biodrzasta i błyskała złotą górną trójką. Zwykle wzbudzała coś w rodzaju lęku. Tylko w jej pracy była to zaleta. Pili razem i razem palili, a panna Jagoda paplała za nich oboje. Z każdą chwilą było im ze sobą coraz lepiej. Pasujemy do siebie – stwierdził z nagła Pluskwa i przysunął swoje krzesło do jej krzesła. Kobiecość ześrodkowana w pannie Jagodzie musiała emanować ciepło, bo czuł, jak fale gorąca łaskoczą go w piersi i wyciskają ze skóry krople potu.

Pasujemy – bez sprzeciwu zgodziła się panna Jagoda. Pluskwa był od niej mniejszy o głowę i, prawdę mówiąc, mizernie wyglądał. Poza tym był młodszy o kilkanaście... może o kilka lat. Kiedy indziej powiedziałaby: gówniarz i chuchro. Tamtego dnia ujrzała w nim jednak prawdziwego mężczyznę. Trochę tajemniczego i seksownie ponurego. Zapewne sprawiły to ciemne okulary i wymiętoszona czapeczka.

Zdążyli sobie wyznać tylko tyle, gdy przy stoliku przystanęło dwóch brzuchatych mężczyzn w szarych garniturach. Nie czuli się tu pewnie: pokasływali od gęstego dymu przelewającego się ku szynkwasowi przy każdym uchyleniu drzwi i nerwowo zerkali na boczne stoliki. Przyglądano się im z zainteresowaniem ze wszystkich stron. Szczególną uwagę zwracano na skórzaną teczkę, którą oburącz ściskał brzuchacz wysunięty o krok do przodu. Brzuchacz otworzył ją, wyjął plik papierów. Dał się słyszeć pomruk rozczarowania. W teczce nie było ani równiuśko ułożonych dolarów, ani broni, ani choćby kilograma amfetaminy. Knajpa straciła zainteresowanie brzuchaczami marnie imitującymi amerykańskich bohaterów filmowych i powróciła do przerwanych pogwarek o tym i owym.

Brzuchacze upewnili się, że Pluskwa to Pluskwa.

Jest pan osobą publiczną – stwierdził ten o krok bliżej stolika.

Publiczne to są wychodki – zachichotał Pluskwa. Panna Jagoda, opromieniona błyskiem złotego zęba, zachichotała wraz z nim.



Zostaliśmy wydelegowani do przeprowadzenia poważnej rozmowy z panem – z naciskiem powiedział brzuchacz drugi i poprawił krawat. - POWAŻNEJ – powtórzył – bo nasza partia jest POWAŻNA i współpracuje tylko z POWAŻNYMI ludźmi.


Mieliśmy nadzieję, że pan, osoba tak popularna... – dodał zaraz brzuchacz z przodu, aby Pluskwa nie zdążył się obrazić z powodu tej przygany -... osoba tak znakomicie prezentująca się w telewizji...

W dodatku – podchwycił brzuchacz drugi – osoba z tak szlachetnym programem...

Jak świetnie pan umiał to przedstawić! – przerwał tamtemu brzuchacz z przodu.

Pluskwa nieco otrzeźwiał. Wystarczająco, żeby zadać rzeczowe pytanie:

Że niby co?

Chodzi o pańskie wystąpienie w sprawie śmietnisk sprzed kilku godzin. Jaka trafność spostrzeżeń! Jaki żar! I tak śmiało wszystko do kamery! Od razu dostrzegliśmy, że z pana jest urodzony działacz polityczny. – Zawtórował brzuchacz z przodu. – Przecież nie każdy by potrafił wykopać tylu bystrzaków z pałacu... – urwał, albowiem zdał sobie sprawę, że powiedział zbyt wiele i zbyt szczerze.

W każdym razie – podchwycił prędko brzuchacz zza pleców tamtego – przybyliśmy tu w imieniu naszej partii, aby omówić możliwość, że tak powiem, naszej współpracy.

Brzuchacz z przodu zawachlował plikami papierów, które trzymał w dłoni i podbródkiem wskazał drzwi. Moglibyśmy to omówić nawet teraz, tyle że nie tutaj.

Panna Jagoda posłusznie zgodziła się poczekać, aż Pluskwa załatwi swoje sprawy, które były równie tajemnicze i dziwne, jak jego okulary z pękniętym szkiełkiem i czapeczka. Podejrzewała, że chce zwiać nie płacąc rachunku. Lecz panna Jagoda przywykła już do nieszczęść i rozczarowań. Oraz do samotnego popijania piwa w oczekiwaniu na wieczorny pociąg powrotny.

Jednakże tym razem nie wracała pociągiem; brzuchacze odwieźli pannę Jagodę granatowym samochodem pod sam dom, pożegnali ją grzecznie, natomiast Pluskwę, który wygramolił się z samochodu po niej, uściskali jak starego znajomego.

Kobiecość, ukryta w obfitych kształtach panny Jagody, była miękka, ciepła i pachniała mlekiem. Pluskwa czuł się bezpiecznie między jej rozłożystymi biodrami. I czuł dumę, gdy te biodra prężyły się, zadek panny Jagody unosił się w górę, jej łydy oplatały go ciasno, zaś panna Jagoda wrzeszczała w seksualnym amoku.

Skoro mógł ujarzmić tyle kobiecości naraz, to mógł wszystko.

Odprowadził ją rankiem pod szkołę i stając na palcach ucałował w policzek.

Faktycznie do siebie pasujemy – stwierdził. – Dlatego czekaj na mnie, bo ja wrócę. Teraz muszę zostać posłem.

Nie dodał, że pożąda władzy tak mocno, jak pożąda ją. Pewnie byłaby zazdrosna.

Otrząsnęła się długo po tym, jak Pluskwa zniknął w bocznej uliczce. Spóźniona wpadła do klasy. Tego dnia jej uczniowie kulili się w ławkach i w ogóle starali się nie ruszać, ażeby przypadkiem nie zwróciła na nich uwagi; dopiero, kiedy zrobiła awanturę katechetce, uczniowie ożywili się; jak trafnie przewidzieli rozdrażniona do tej pory panna Jagoda przemieniła się nagle w osobę osowiałą, zamyśloną i zupełnie niegroźną.




odcinek XVII


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni