zima'05/06


wędrówka  strona główna


         odcinki: pierwszy  drugi  trzeci  czwarty  piąty  szósty  siódmy  ósmy
                  dziewiąty  dziesiąty  jedenasty  dwunasty  trzynasty
                  czternasty  piętnasty  szesnasty 

Schyłek zimy



odcinek 17


      Do Wrocławia można już dojechać tylko przez Środę – o ile rozpędzi się dobrze samochód i przebije przez pola do Paszczanowa. Na północ nie da się zrobić nawet dziesięciu metrów. Od strony wiatraka szosa jest zasypana po pas.
      Ada jeździ z wózkiem od sołtysa do zaspy. Maryla wyszła z dziećmi na sanki. Ulica straciła swoją pierwotną funkcję: przejęły ją we władanie matki z dziećmi.
      Po południu stuka do nas kobieta. Poznaję ją po głosie. To ta co tak wrzeszczy po nocach. Chce się wyprowadzić z domu, prosi bym podjechał do niej nyską na podwórko. Mówię jej, że nie jestem w stanie: prośba jest zupełnie absurdalna – przecież wyładowaną gratami nysą i tak utkniemy w polach. Poza tym samochód nie chodzi. Odmawiam z ulgą, czuję w jej prośbie jakiś kwas. Kobieta odwraca się zmartwiona, idzie prze wieś. Chyba nie do końca mi uwierzyła.
- Coś ty jej obiecał? - Lucek wychodzi z domu i z niepokojem patrzy za odchodząca kobietą. – Po co się z nią zadajesz?
- Ja jej nie znam, Lucek. Mówi, że chce się wyprowadzić. Ale ja przecież i tak nie mogę pomóc.
- Dobrześ zrobił. Ona się co tydzień wyprowadza. A mąż jeździ tylko do Swojakowa i łobuzuje. Kojarzysz go, to ten, co ma zawsze psa na przednim siedzeniu. Brakuje mu co rusz benzyny, wszyscy ze wsi go po kolei ściągają na holu. Żre się w domu z żoną, a potem ona łazi po ludziach. Wpierdoliłbyś się w drakę. Nie gadaj z nią. Oni jedno drugiego warte.

      Naprzeciwko widać zamkniętą bramę. Jacek poszedł chyba w jakiś gigantyczny ciąg. Nie ma go w domu od ponad tygodnia.

      Przepala się nam żarówka. Przez chwilę myślimy, żeby kupić zapasową. Sklep w Swojakowie chyba ciągle działa, może mają jakąś mleczną siedemdziesiątkę na stanie? Przetrzepujemy bilon, ale nie udaje się zebrać nawet złotówki. Przed oczyma staje mi wizja wygasłego domu, ostatecznej biedy, ciemności.


***


Sen o apokalipsie.


***


      Nadal pada. Nasza wioska pod autostradą została już kompletnie odcięta. Nie da się dostać ani do Środy, ani do Wrocławia. Nie dojeżdżam na zajęcia na uczelnię. Lucek nie jest w stanie dotrzeć budowę. Czuję wspólnotę izolacji. Nie jesteśmy już spychani na margines, nasz brak mobilności znajduje usprawiedliwienie. Po prostu jeździć nie jest w stanie nikt – żeby miał nie wiadomo jak wypasioną brykę.
      Nie pojawia się listonosz. Nie kursuje żaden pekaes – ani u nas, ani na przelotowej trasie średzkiej, oddalonej od wsi o kilka kilometrów. Nie dojeżdża do nas zimna sklepowa. W okolicznych wsiach brakuje chleba.
Lucek próbuje sforsować ostrówkiem drogę za wiatrakiem. Grzęźnie po dwustu metrach, długo próbuje się wykopać. Wraca sterany pod wieczór i bierze się za remont silnika. Do tej pory nie było kiedy, kopara łykała litry oleju, waliła w górę czarnym dymem, pracowała do wyczerpana. Teraz przynajmniej jest czas by ją wyszykować.
      Słyszymy, że na głównej drodze zakopały się traktory. Dziesięć kilometrów od nas utknął pług. Czeka na paliwo.
      Krajobraz zakrywają grube płaty śniegu, wszystko staje się miękkie. Trzciana wypiękniała. Smrodliwa struga przemieniła się w lodowy korytarz. Mleczna tafla wystaje spod śniegu, głębokie koryto skrywają z obu stron wielkie zaspy. Rzeczka zdaje się jakąś bajkową drogą prowadzącą w nieznane krainy.

      Tego dnia rozumiem, że zbliża się przełom. Wieczorem wychodzę na podwórko i uruchamiam komórkę. Mimo że jest zablokowana, to przez aparat można słuchać radia. Łapię lokalną rozgłośnię. Miasto żyje własnym życiem. Kubik mówi w popołudniówce o hospicjum, o wolontariuszach, którzy potrzebni są do pracy z dziećmi chorymi na raka. Puszcza kolejne muzyczne kawałki, czeka na telefony od słuchaczy, w końcu rzuca: „W Sodomie potrzeba było dwunastu sprawiedliwych, by ocalić miasto. We Wrocławiu nie znalazł się na razie ani jeden. Gdybym ogłosił konkurs z nagrodami, dzwonilibyście na wyścigi. Kiedy trzeba pomóc – telefony milczą”. Prezenter skwasił pozytywny popołudniowy nastrój. Oburzeni słuchacze piszą mejle, Kubik je komentuje, wrzuca stary rockowy kawałek. Ja czuję błogość. Słucham „Dire Straits” i wyobrażam sobie smak pszenicznego ukraińskiego piwa.
      Nagle radio milknie. Telefon ucina falę. Dzwoni Paweł, dobry znajomy. Nie słyszeliśmy się kawał czasu. Prowadzi dziecięce teatry na podwórkach Śródmieścia. Jest kaowcem z krwi i kości. Jego praca to misja. Mieliśmy robić kiedyś razem dokumentalną sztukę o sekcie Wissariona. Słucham go teraz i przypominam sobie, że nie zaprosiłem go na kawalerski. Szkoda. Powinien iść z nami w stronę góry.
      Paweł mówi, że robi zimowy spektakl dla dzieciaków z Bermudzkiego Trójkąta. Potrzebuje znów transportu. Jest szansa zarobić kilka dych.
      Ja mu tłumaczę, że nie mogę wyjechać nyską, mam nieszczelny korek, skończył mi się gaz. A poza tym nasze światy od siebie odleciały, miasto nie istnieje. Od wczoraj Łabędzice dryfują samotnie w zimową przestrzeń. Mówię lekko. Nie martwię się już pieniędzmi, które mogłem zarobić u Pawła. Złotówki wydają mi się kompletnie niematerialne i bezużyteczne.
      Zapinam smycz i ruszam w drogę. Iskra ciągnie w śnieg, mocuję się z nią i ustawiam w telefonie praskie radio. W słuchawkach rzęzi Beethoven. Czeska fala koi jak dobre piwo. Przez klasyczne dźwięki przebija się polska „Trójka”. Sformatowany dziennikarz Paweł Kostrzewa – niegdyś szef muzyczny radia, w którym pracowałem – paple coś o białej Warszawie i czyta serwisowe ploteczki z kartki podsuniętej przez pracownika newsroomu. Moja ręka ślizga się na foliowym pokrowcu komórki. Zmieniam kolejne stacje. Serwisy radiowe zapełniają się histerycznymi komunikatami o zaśnieżonych drogach:. „Ciężko”, „tragedia”, „lawina strachu”. Słucham Zetki, eReMeFu. Odnajduję głosy dawnych znajomych. Tych którzy wyjechali z Wrocławia do Krakowa i do stolicy. Słyszę jak fruwają w słownym popcornie, porwani w wir barwnych newsów, medialnego zgiełku, dmuchanych, smakowitych wydarzeń.
      Pegeerowskie latarnie leją na pola rtęć. Wali wciąż śnieg. Przestaję czuć wilgoć w butach. Idę. Coraz dalej. Coraz głębiej. Idę Drogą do Nikąd. Po lewej w ciemności zdaje się majaczyć las, jak ze snu. Po prawej jest pewnie Ślęża, teraz jest zbyt ciemno, by ją dostrzec. Przede mną wygasła autostrada. Z tyłu cichnie terkot diesela, ostrówek na dotarciu łyka ostatnie litry paliwa. Kobiecy głos zapowiada po czesku archaiczny chillout.
      Zaczyna się nowy etap. Rozlewa się przede mną biała płaszczyzna.

      Po dłuższym marszu oglądam się wstecz. W ciemności widać mikroskopijny punkcik. Błyska zimna jarzeniówka, Jacek spawa ciągle w garażu, wrócił dziś do domu. Okazuje się, że nie rozbijał się tym razem po knajpach. Dziesięć dni temu dostał na podwórku jakiegoś ataku, przeraził się. Biegał i pokazywał łebkom z warsztatu swoje żółte oczy, ci zaczęli się z niego nabijać, że mu wątroba wysiada. Po chwili Jacek padł złamany bólem. Później leżał w szpitalnej sali, podłączony do aparatury i nagle rozpłakał się przed Marylą. Powiedział jej, że się boi, że nie chce umierać.

      Błogosławione niech będzie wątrobiane memento mori. Wyszedł odmieniony trwogą. Przestał pić. Przez rok będzie brać leki.

      Widziałem go po południu, był chyba bardzo szczęśliwy, ciągle się uśmiechał. Po raz pierwszy pokazał wsi gładką, nie opuchniętą twarz. Okazało się, że ma wielkie, wesołe oczy.

      Ostrówek ciągle dociera silnik. Wokół ciemność. Dom wygląda jak wielka zwalista przystań. Widzę ciemną plamkę eternitu i miękkie, ciepłe światło z okien.
      Idę w dal. Tropy dzikich zwierząt roztapiają się w nocy. Wyślizgany, przykryty bielą bruk kończy się. Wchodzę na pole.
Obiecuję sobie, że napiszę list do diagnosty Ryśka, wytłumaczę mu, że jego magia jest krzywa, że nie do końca z niego taki filantrop, jak mu się zdaje.
Wali wiatr, powiewają smoliste strzępy mankietów. Podróżna kurtka trzyma ciepło. Czuję, że zaczyna się nowa wędrówka. Że będzie trwać. Byle tylko nie zepsuło się radio w komórce.
      Wrzucam znów lokalną stację. Redaktor O. prowadzi jakąś rozmowę. Znam go. Jest alkoholikiem. Spotkałem go kiedyś na wrocławskim Rynku – miał czerwoną, miękką twarz, kiwał się, ściskał mi rękę bez słowa. Chciał chyba powiedzieć coś dobrego, ale uśmiechał się tylko nieprzytomnie. Teraz biega z mikrofonem, szuka. Prowadzi wywiad z malarzem. Artysta opowiada o swoim przełomie, o tym jak pękła w nim peerelowska szarość, jak wyrwał się z codzienności: „Runęły całe budowle, wszystkie te stęchłe, syfiaste pomieszczenia. Pozostały tylko piony i poziomy. Wokół mnie wyrosły same krzyże. Nie mogłem malować nic innego”. Wiatr jest coraz silniejszy. Próbuję pogłośnić radio. Stara „motorola” z pękiem przewodów wplątuje się w sznureczki wytartej kurtki. Słyszę w słuchawkach: „Z ciemnością się nie walczy. Nawet najgłębsza ciemność nie jest opuszczeniem. Trzeba się tylko otworzyć na światło”.


***




epilog


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni