|
|
Schyłek zimy
odcinek 17
      Do Wrocławia można już dojechać tylko przez Środę – o ile
rozpędzi się dobrze samochód i przebije przez pola do Paszczanowa. Na północ
nie da się zrobić nawet dziesięciu metrów. Od strony wiatraka szosa jest
zasypana po pas.
      Ada jeździ z wózkiem od sołtysa do zaspy.
Maryla wyszła z dziećmi na sanki. Ulica
straciła swoją pierwotną funkcję: przejęły ją we władanie matki z dziećmi.
      Po
południu stuka do nas kobieta. Poznaję ją po głosie. To ta co tak wrzeszczy po
nocach. Chce się wyprowadzić z domu, prosi bym podjechał do niej nyską na
podwórko. Mówię jej, że nie jestem w stanie: prośba jest zupełnie absurdalna –
przecież wyładowaną gratami nysą i tak utkniemy w polach. Poza tym samochód nie
chodzi. Odmawiam z ulgą, czuję w jej prośbie jakiś kwas. Kobieta odwraca się
zmartwiona, idzie prze wieś. Chyba nie do końca mi uwierzyła.
- Coś ty jej obiecał? - Lucek wychodzi z domu i z niepokojem
patrzy za odchodząca kobietą. – Po co się z nią zadajesz?
- Ja jej nie znam,
Lucek. Mówi, że chce się wyprowadzić. Ale ja przecież i tak nie mogę pomóc.
- Dobrześ zrobił. Ona się co tydzień wyprowadza. A mąż
jeździ tylko do Swojakowa i łobuzuje. Kojarzysz go, to ten, co ma zawsze psa na
przednim siedzeniu. Brakuje mu co rusz benzyny, wszyscy ze wsi go po kolei
ściągają na holu. Żre się w domu z żoną, a potem ona łazi po ludziach.
Wpierdoliłbyś się w drakę. Nie gadaj z nią. Oni jedno drugiego warte.
      Naprzeciwko widać zamkniętą bramę. Jacek poszedł chyba w
jakiś gigantyczny ciąg. Nie ma go w domu od ponad tygodnia.
      Przepala się nam żarówka. Przez chwilę myślimy, żeby kupić
zapasową. Sklep w Swojakowie chyba ciągle działa, może mają jakąś mleczną
siedemdziesiątkę na stanie? Przetrzepujemy bilon, ale nie udaje się zebrać
nawet złotówki. Przed oczyma staje mi wizja wygasłego domu, ostatecznej biedy,
ciemności.
***
Sen o apokalipsie.
***
      Nadal
pada. Nasza wioska pod autostradą została już kompletnie odcięta. Nie da się
dostać ani do Środy, ani do Wrocławia. Nie dojeżdżam na zajęcia na uczelnię.
Lucek nie jest w stanie dotrzeć budowę. Czuję wspólnotę izolacji. Nie jesteśmy
już spychani na margines, nasz brak mobilności znajduje usprawiedliwienie. Po
prostu jeździć nie jest w stanie nikt – żeby miał nie wiadomo jak wypasioną
brykę.
      Nie
pojawia się listonosz. Nie kursuje żaden pekaes – ani u nas, ani na przelotowej
trasie średzkiej, oddalonej od wsi o kilka kilometrów. Nie dojeżdża do nas
zimna sklepowa. W okolicznych wsiach brakuje chleba.
Lucek próbuje sforsować ostrówkiem drogę za wiatrakiem.
Grzęźnie po dwustu metrach, długo próbuje się wykopać. Wraca sterany pod
wieczór i bierze się za remont silnika. Do tej pory nie było kiedy, kopara
łykała litry oleju, waliła w górę czarnym dymem, pracowała do wyczerpana. Teraz
przynajmniej jest czas by ją wyszykować.
      Słyszymy, że na głównej drodze zakopały się traktory.
Dziesięć kilometrów od nas utknął pług. Czeka na paliwo.
      Krajobraz zakrywają grube płaty śniegu, wszystko staje się miękkie.
Trzciana wypiękniała. Smrodliwa struga przemieniła się w lodowy korytarz.
Mleczna tafla wystaje spod śniegu, głębokie koryto skrywają z obu stron wielkie
zaspy. Rzeczka zdaje się jakąś bajkową drogą prowadzącą w nieznane krainy.
      Tego dnia rozumiem, że zbliża się
przełom. Wieczorem wychodzę na podwórko i uruchamiam komórkę. Mimo że jest
zablokowana, to przez aparat można słuchać radia. Łapię lokalną rozgłośnię.
Miasto żyje własnym życiem. Kubik mówi w popołudniówce o hospicjum, o
wolontariuszach, którzy potrzebni są do pracy z dziećmi chorymi na raka.
Puszcza kolejne muzyczne kawałki, czeka na telefony od słuchaczy, w końcu
rzuca: „W Sodomie potrzeba było dwunastu sprawiedliwych, by ocalić miasto. We
Wrocławiu nie znalazł się na razie ani jeden. Gdybym ogłosił konkurs z
nagrodami, dzwonilibyście na wyścigi. Kiedy trzeba pomóc – telefony milczą”.
Prezenter skwasił pozytywny popołudniowy nastrój. Oburzeni słuchacze piszą
mejle, Kubik je komentuje, wrzuca stary rockowy kawałek. Ja czuję błogość. Słucham
„Dire Straits” i wyobrażam sobie smak pszenicznego ukraińskiego piwa.
      Nagle radio milknie. Telefon ucina
falę. Dzwoni Paweł, dobry znajomy. Nie słyszeliśmy się kawał czasu. Prowadzi
dziecięce teatry na podwórkach Śródmieścia. Jest kaowcem z krwi i kości. Jego
praca to misja. Mieliśmy robić kiedyś razem dokumentalną sztukę o sekcie
Wissariona. Słucham go teraz i przypominam sobie, że nie zaprosiłem go na
kawalerski. Szkoda. Powinien iść z nami w stronę góry.
      Paweł mówi, że robi
zimowy spektakl dla dzieciaków z Bermudzkiego Trójkąta. Potrzebuje znów
transportu. Jest szansa zarobić kilka dych.
      Ja mu tłumaczę, że nie mogę wyjechać nyską, mam nieszczelny
korek, skończył mi się gaz. A poza tym nasze światy od siebie odleciały, miasto
nie istnieje. Od wczoraj Łabędzice dryfują samotnie w zimową przestrzeń. Mówię
lekko. Nie martwię się już pieniędzmi, które mogłem zarobić u Pawła. Złotówki
wydają mi się kompletnie niematerialne i bezużyteczne.
      Zapinam smycz i ruszam w drogę. Iskra ciągnie w śnieg,
mocuję się z nią i ustawiam w telefonie praskie radio. W słuchawkach rzęzi
Beethoven. Czeska fala koi jak dobre piwo. Przez klasyczne dźwięki przebija się
polska „Trójka”. Sformatowany dziennikarz Paweł Kostrzewa – niegdyś szef
muzyczny radia, w którym pracowałem – paple coś o białej Warszawie i czyta
serwisowe ploteczki z kartki podsuniętej przez pracownika newsroomu. Moja ręka ślizga się na foliowym pokrowcu komórki.
Zmieniam kolejne stacje. Serwisy radiowe zapełniają się histerycznymi
komunikatami o zaśnieżonych drogach:. „Ciężko”, „tragedia”, „lawina strachu”.
Słucham Zetki, eReMeFu. Odnajduję głosy dawnych znajomych. Tych którzy
wyjechali z Wrocławia do Krakowa i do stolicy. Słyszę
jak fruwają w słownym popcornie, porwani w wir barwnych newsów,
medialnego zgiełku, dmuchanych, smakowitych wydarzeń.
      Pegeerowskie latarnie leją na pola
rtęć. Wali wciąż śnieg. Przestaję czuć wilgoć w butach. Idę. Coraz dalej. Coraz
głębiej. Idę Drogą do Nikąd. Po lewej w ciemności zdaje się majaczyć las, jak
ze snu. Po prawej jest pewnie Ślęża, teraz jest zbyt ciemno, by ją dostrzec.
Przede mną wygasła autostrada. Z tyłu cichnie terkot diesela, ostrówek na
dotarciu łyka ostatnie litry paliwa. Kobiecy głos zapowiada po czesku
archaiczny chillout.
      Zaczyna się nowy etap. Rozlewa się przede mną biała
płaszczyzna.
      Po dłuższym marszu oglądam się wstecz. W ciemności widać
mikroskopijny punkcik. Błyska zimna jarzeniówka, Jacek spawa ciągle w garażu,
wrócił dziś do domu. Okazuje się, że nie rozbijał się tym razem po knajpach.
Dziesięć dni temu dostał na podwórku jakiegoś ataku, przeraził się. Biegał i
pokazywał łebkom z warsztatu swoje żółte oczy, ci zaczęli się z niego nabijać,
że mu wątroba wysiada. Po chwili Jacek padł złamany bólem. Później leżał w
szpitalnej sali, podłączony do aparatury i nagle rozpłakał się przed Marylą.
Powiedział jej, że się boi, że nie chce umierać.
      Błogosławione niech będzie wątrobiane memento mori.
Wyszedł odmieniony trwogą. Przestał pić. Przez rok
będzie brać leki.
      Widziałem go po południu, był chyba bardzo szczęśliwy,
ciągle się uśmiechał. Po raz pierwszy pokazał wsi gładką, nie opuchniętą twarz.
Okazało się, że ma wielkie, wesołe oczy.
      Ostrówek ciągle dociera silnik. Wokół ciemność. Dom wygląda
jak wielka zwalista przystań. Widzę ciemną plamkę eternitu i miękkie, ciepłe
światło z okien.
      Idę w dal. Tropy dzikich zwierząt roztapiają się w nocy.
Wyślizgany, przykryty bielą bruk kończy się. Wchodzę na pole.
Obiecuję sobie, że napiszę list do diagnosty Ryśka,
wytłumaczę mu, że jego magia jest krzywa, że nie do końca z niego taki
filantrop, jak mu się zdaje.
Wali wiatr, powiewają smoliste strzępy mankietów. Podróżna
kurtka trzyma ciepło. Czuję, że zaczyna się nowa wędrówka. Że będzie trwać.
Byle tylko nie zepsuło się radio w komórce.
      Wrzucam znów lokalną stację. Redaktor O. prowadzi jakąś
rozmowę. Znam go. Jest alkoholikiem. Spotkałem go kiedyś na wrocławskim Rynku –
miał czerwoną, miękką twarz, kiwał się, ściskał mi rękę bez słowa. Chciał chyba
powiedzieć coś dobrego, ale uśmiechał się tylko nieprzytomnie. Teraz biega z
mikrofonem, szuka. Prowadzi wywiad z malarzem. Artysta opowiada o swoim
przełomie, o tym jak pękła w nim peerelowska szarość, jak wyrwał się z
codzienności: „Runęły całe budowle, wszystkie te stęchłe, syfiaste
pomieszczenia. Pozostały tylko piony i poziomy. Wokół mnie wyrosły same krzyże.
Nie mogłem malować nic innego”. Wiatr jest coraz silniejszy. Próbuję pogłośnić
radio. Stara „motorola” z pękiem przewodów wplątuje się w sznureczki wytartej
kurtki. Słyszę w słuchawkach: „Z ciemnością się nie walczy. Nawet najgłębsza
ciemność nie jest opuszczeniem. Trzeba się tylko otworzyć na światło”.
***
epilog
|