wiosna 2005


strona główna



  
   I     
   II    
   III   
   IV    
   V         VI        VII       VIII      IX        X         XI        XII       XIII      XIV       XV        XVI   

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - XVII


W Wielkim Finale zostałem tedy ja i został Helmut. I choć mówiliśmy sobie, że przecież jest bez znaczenia, który z nas wygra, bo nagrodę i tak podzielimy sprawiedliwie wewnątrz naszej trójcy, jednak ambicje były od rozsądku silniejsze. Na wyścigi wdzięczyliśmy się do kamer. Najtrudniej przegrywać, gdy zwycięstwo wydaje się bardzo bliskie.

Rankiem następnego dnia po zniknięciu Pluskwy przykazano nam komentować powtórkowe fragmenty, w których obaj występowaliśmy. Jednocześnie trwało głosowanie widzów.

Nie poznawałem Helmuta, a on nie poznawał mnie. Twarze zastygły nam w rozkosznie radosnych grymasach, zaś modulowane głosy brzmiały dziwnie czysto. Udawanie bystrzejszego i weselszego faceta, niż się naprawdę jest, to strasznie męczące zajęcie. Szczególnie, gdy wysiaduje się na krzesłach niby-to-Ludwik-jakiś-tam.

Dzielnie wytrwałem do południa, krzepiąc się myślą, że Helmut cierpi tak samo.

W południe aktor znany mi z reklam przypraw, lekko popchnięty przez prowadzącego, wyszedł na środek sali i oznajmił, że nieznaczną większością głosów wygrałem ja. Wygrałem chociaż miałem przeciw sobie emerytów i mniejszość niemiecką. Na mnie głosowali ci, którzy mniej mi zazdrościli. Byłem równie przeciętny, jak oni sami.

Zabrzmiały fanfary, a ja, wyciągnięty przez aktora na środek sterczałem ogłupiały, sflaczały i zupełnie obojętny na entuzjastyczne pokrzykiwania spoza mnie. Kiedy już osiągnąłem to, co zamierzałem osiągnąć, zwycięstwo wydało mi się czymś mało ważnym, a cała ta telewizyjna zabawa infantylna i żenująca.

Zawstydzony obejrzałem się na Helmuta, lecz on znikł gdzieś za ścianą oślepiających świateł.

Podobnie jak Pluskwa, Helmut także musiał przez godzinę wysłuchiwać ważnych ludzi z telewizji, a potem wyszedł bocznymi drzwiami wprost ku podstawionej limuzynie. Jednak nie wsiadł do niej. Obejrzał się na tłum z chaszczy czyhający za rogiem, na spłachciu rozdeptanego trawnika przy wejściu głównym. Już dawno chciał tym ludziom coś powiedzieć. Ruszył ku nim niespiesznie, jakby nie słyszał ostrzegawczych pokrzykiwań kierowcy. Tłum zafalował, rozlał się na boki, wielogębny i bezkształtny.

Pszesztantsze sze tak wytszeracz – powiedział Helmut i prędko dodał: - Kurwa mać.

Entuzjastyczno-złowrogi wrzask przycichł nagle, tłum zamarł w niepewności i oczekiwaniu na prowodyra, który coś uczyni – cokolwiek, co mogliby naśladować inni.

Zza pleców najbliżej Helmuta stojących nastolatków wyjechał wózek inwalidzki z bezwładnie podrygującym na nim chłopcem. Wózek popychali zgodnie: z lewej – korpulentna kobieta, z prawej – łysy mężczyzna. Przebąkiwali coś o autografie dla syna. Chłopiec miał rozumne oczy Rajdowca; spoglądał na Helmuta z uwielbieniem i obawą.

Helmut zbliżył się do niego, lecz idąc potknął się o świeże kretowisko i runął na wózek.

Kurwa mać – zabasował, rozpaczliwie chwytając się kół. Wózek zachybotał i przechylił się. Kaleki chłopak zadygotał z przerażenia. Zanim ktoś go uspokoił, zerwał się do niezdarnego biegu, wlokąc za sobą zapaszek świeżych ekskrementów.

Cud! – Ryknął łysy mężczyzna. – Cud, cud!

Święty człowiek! – Zawtórowała matka ozdrowieńca, przez chwilę przyglądała się wzruszona, jak syn jej – dysząc - gna przez chaszcze, a następnie padła przed Helmutem na kolana i jego dłoń, z wyciśniętym wewnątrz wzorkiem z bieżnika opon, ucałowała nabożnie jak krucyfiks.

Znów na moment zaległa cisza. Cudotwórca podrapał się z zakłopotaniem po nosie.

Mnie coś strzyka w plecach – oznajmił głośno dryblas, który stał tuż obok łysego mężczyzny. Pokazał żółte zęby w ironicznym półuśmiechu. – Skoro taki święty, to niech mnie uleczy.

Wypchnięto go w stronę Helmuta, przed wózek.

Ponad wszystko wzbiło się po raz trzeci Helmutowe „kurwa mać”, które tym razem miało być obroną przed napierającymi nań ludźmi, podobnie zresztą jak wyciągnięte przed siebie ręce.

Kierowca bezradnie spoglądał z tyłu, jak ludzka gromada ogarnęła Helmuta ze wszystkich stron.

Nim dryblas z bolącymi plecami zachłysnął się wrzaskiem, że nic mu już, cholera jasna, nie dolega, lekki jest i silny, cudotwórca to zrobił, tłum, przeczuwając bliskość tajemnicy i transcendencji, wyczekiwał już tego wrzasku.



Uzdrawiająca moc Helmutowego dotknięcia i przekleństwa rozciągniętego przez samogłoski w muzyczną frazę, była potwierdzona i powszechnie uznana. I kiedy los Helmuta wydawał się przesądzony, ponieważ zewsząd wyciągały się już ku niemu spocone z emocji dłonie, kierowca odciągnął go gwałtownie do tyłu. Zastawiając się inwalidzkim wózkiem, którym wymachiwał w lewo i w prawo, powstrzymał najśmielszych. Potem obrócił się, złapał Helmuta pod łokieć i zawlókł do samochodu. Ruszyli z piskiem opon, roztrącając tych, którzy pobiegli za nimi.

Dokąd? – zapytał kierowca, minąwszy pałacową bramę. Helmut długo nie mógł wydusić ani słowa. – Do knajpy? – Domyślił się i widział w lusterku, że Helmut z ulgą potakuje. Ściągnął z głowy czapkę (była nowa), wrzucił w nią okulary przeciwsłoneczne (nieuszkodzone) i podsunął je Helmutowi pod nos. – Dar od firmy – oznajmił.

W knajpie Helmut zamówił śliwowicę, lecz zaledwie wychylił jeden kieliszek i uspokajające ciepło zaczęło kiełkować w jego brzuchu, na ulicy wszczął się tumult. Stłumione okrzyki docierały w głąb zadymionej piwiarni. Szukano cudotwórcy.

Helmut pośpiesznie pochwycił butelkę i nie dbając o groźne pomruki zza szynkwasu, potruchtał do bocznych drzwi na zaplecze.

Tam kibla nie ma! – usłyszał za sobą.

Przecisnął się między skrzyniami i wypadł na ganek osłonięty hałdą węgla. Nieco dalej stał samochód dostawczy, za samochodem pleniły się chwasty, za chwastami wyrastał płot. Za płotem wszerz i wzdłuż ciągnęły się ogródki działkowe. Tam znalazł schronienie – tuż przed tym, jak tłum wylał się przez bramę obok knajpy. Ktoś głośno powiedział, że cudotwórca był tu przed chwilą. Siedział przy stoliku. Rozmyślał. Wyglądało na to, że i pił wódkę, chociaż to do cudotwórcy nie pasowało, bo to święty mąż. Nie mógł przecież przefrunąć przez ten diabelnie wysoki płot! Taki starzec! Więc jeśli się nie skrył – a nie skrył się, bo gdzie niby, wszystko przetrząśnięte, wszystko obmacane – więc jeśli nie skrył się, to potrafi stawać się niewidoczny. Albo w coś się zamienia. W tego nietoperza na przykład, co śmignął w górze. Z cudotwórcami nigdy nic nie wiadomo.

Słysząc to Helmut wpełznął w głąb na wpół zrujnowanej altanki, aby jakiś niedowiarek nie wypatrzył go przypadkiem przez dziurę w płocie.

Gdy gwar na zewnątrz przycichł, Helmut uspokoił się nieco. Łyknął śliwowicy. Czuł się tak samotny i bezradny jak wtedy – dawno temu – przy pryczy raptownie pobladłej matki.

Po kilku solidnych haustach śliwowicy poczucie osamotnienia znikło. W kawałku brudnego lustra wiszącym na przeciwległej ścianie dojrzał dwóch dziwnych facetów w czapeczkach i okularach przeciwsłonecznych. Później trzech. To już było jakieś towarzystwo.

Ten, który sam siebie nazwał potem Uczniem, wślizgnął się do altanki tak cicho, że Helmut, zajęty opowiadaniem pieprznych dowcipów do swojego odbicia (rozśmieszały go do łez) , wcale go nie zauważył. Uczeń garbił się tak, że właściwie nie było widać jak bardzo jest wysoki – jakby ciążyła mu własna głowa, lub może długie włosy zlepione brudem.

Swoje istnienie objawił chrząknięciem.

Rozbawiony Helmut podał mu na powitanie butelkę z resztką śliwowicy na dnie.

Co tam? – zapytał, kiedy Uczeń, golnąwszy z butelki, zakrztusił się i przygarbił jeszcze bardziej. Uczeń wyznał nieśmiało, że poetą jest i człowiekiem poszukującym. Usłyszał, że duch zmaterializował się w cudach, jakie Helmut dokonuje, toteż szukał go uparcie, aby i na niego spłynęła choć część łaski.

Ne pepsz – przerwał mu Helmut i ze smutkiem spostrzegł, że w lustrze jest już tylko dwóch dziwnych facetów. – Mów po lutszku.

Wówczas Uczeń załkał, że nigdy nie dbał o dobra materialne, które mól niszczy i rdza, tylko ducha szukał, czyli znaku przymierza między Absolutem i ludzkością, i oto dostrzegł taki znak w cudach Mistrza.

Kurwa mać – skomentował Helmut.

Dlatego – dokończył Uczeń nieznacznie się prostując – zapraszam Mistrza do siebie.

Helmut łaskawie się zgodził. Z jednym zastrzeżeniem. Niech Uczeń więcej nie gada o jakimś duchu i nadprzyrodzonej łasce. To wszystko razem do kupy nazywa się śliwowica. Wypiją, to wtedy może im się objawić, co tylko chce.

Uczeń mieszkał skromnie, na poddaszu kamienicy przeznaczonej do rozbiórki i niewykluczone, że wprowadzając się tam nikogo nie pytał o pozwolenie. Wyjście od ulicy zamknięte było na kłódkę, pomieszczenia na dole fantazyjnie zdemolowane i oprócz Ucznia oraz drobnych stworzeń przezornie pochowanych w szczelinach i zakamarkach nikt inny w tym budynku nie przebywał. Wody nie było, ale działała stara pompa na podwórku i Uczeń twierdził, że wystarczy tylko trzy razy przegotować to, co z niej wypływa, a już nadaje się do picia. Był za to prąd. Za płotem znajdowała się dawna baza państwowego przedsiębiorstwa budowlanego i nikomu nie przeszkadzało, że płytko zakopany kabel elektryczny łączy garaże i dom Ucznia. W połowie butelki, którą ofiarnie kupił Uczeń, Helmut gotów był jednak uznać, że mieszkanie jest urocze. Przynajmniej krzesła nadawały się do siedzenia, co było miłą odmianą po krzesłach pałacowych.

Po wypiciu dwóch trzecich flaszki ze śliwowicą Helmut zasnął.

Uczeń związał włosy w kuc, zszedł na dół i na frontowej ścianie domu nabazgrał olejną farbą:


CUDA OD 10 DO 16

W DNI ŚWIĄTECZNE NIECZYNNE


I mniejszymi literami:

WEJŚCIE OD PODWÓRKA


I całkiem maleńkimi:


CENY UMOWNE







odcinek XVIII


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni