|
|
Schyłek zimy
epilog
      Przyszło do nas słońce. Wiosna wybuchła nagle, żywiołowo. W
ciągu chwili zazieleniły się pola, obeschły drogi, śnieg z pól spłynął do
Trzciany. Rzeczka wydaje się teraz krystalicznie czysta, na jej dnie można
dostrzec jakieś drobne rybki i pijawki.
      Dom
chłonie ciepło. Przez okna wlewają się masy gorąca, foliowy sufit rozbłyska
światłem.
      W
sadzie zaparkowała właśnie ekipa z akademickiego klubu filmowego. Przywiózł ich
mój ojciec. Chcą poczuć prawdziwą wiosnę, odetchnąć wsią. Przytargali z sobą
kilogramy kiełbas, baterię browarów. Jeden z nich siedział w samochodzie i
łykał jeszcze skrycie flaszkę.
      Siedzimy
przy pierwszym ognisku w tym sezonie. Patyki struga Juda. Zabrał się z filmową
ekipą. Kiedy tylko wysiadł z samochodu, zaczął mi opowiadać jakieś straszliwe
historie, poczułem że Demon mówi przez niego, że stało się to, przed czym mnie
ostrzegał. Mówił rzeczy ciężkie, ja nie wiedziałem co jest prawdą. Nie czułem,
w której chwili Juda do mnie nawija, a kiedy to już nie on. Mniejsza o treść,
niech te opowieści pozostaną między nami. Poczułem tylko, że nie potrafię mu
pomóc. Nie umiem się zmierzyć z jego Demonem, to pewnie tylko on sam może
uczynić. Nie zazdroszczę mu tej samotności. Przy ognisku zrozumiałem, że być
może na kawalerskim ostatni raz rozmawialiśmy z Judą w sposób czysty i
świadomy.
      A potem
przypiekliśmy wszyscy pierwsze kiełbachy, utopiliśmy wszystkie opowieści w
musztardzie i puszkowym piwie. Z bagażnika samochodu walił jazz, który chłopaki
skomponowały, a mój ojciec nagrał na próbie. Ktoś krzyczał, ktoś się śmiał. Zza
płotu dobiegały dźwięki radia. To Lucek zmontował konkurencyjną imprezę:
grillował z Wackiem i kierowcą kamaza – człowiekiem, który ukochał Wschód. Ja
wspomniałem Stanisława Wielkiego. Był u nas dziś z piłą, pociął nam za darmo
pień topoli – dzięki temu będziemy mogli przegrzewać w nocy dom. Teraz to
ważne, Asia nie może się zaziębić. Stanisław Wielki był chyba trochę przestraszony
filmową ekipą: wszyscy kręcili się wkoło drewna, próbowali uruchomić
pordzewiałą krajzegę, by wspomóc benzynową pilarkę. Ja protestowałem, wszystko
działo się jakoś zbyt żywiołowo. Ale Wielki kiwnął w końcu głową, ruszył
czarnym wąsem, odgonił ekipę, odpalił swoją wielką, ukochaną piłę i
sprezentował nam piękne plastry drewna.
      Ognisko
rozkręca się nadal, ktoś przynosi kolejne puszki. Ekipa się bawi. Dzięki nim
jest ten grill. Dzięki darom od pijanych gości. Nam kończy się nawet herbata.
Bieda-Licho nie śpi. Trzyma nas pod kamieniem.
- Ściga mnie Interpol. Umieram. Mam dziesiątki tysięcy
dolarów długu - Juda po raz koleiny nawija dziwną gadkę. A potem znów jest
dobrze. Wszystko miesza się w wiosennej euforii zalanej spirytusowanym
bronksem.
I nagle przed ogniskiem staje ojciec.
- Właśnie umarł papież.
***
      Głaz drga. Pęka. Rozpada się na tysiące kawałków.
***
      Kolejne
dni przewracają świat. Po autostradzie przestają zasuwać służbowe samochody.
Media zmieniają muzykę, na antenie pojawiają się dawne głosy, znikają
informacyjne serwisy, sformatowane dżingle i konkursy. Czas zwalnia. Ludzie
przestają się wstydzić mówić o wierze. Ktoś dzwoni do „Trójki” i pyta, czy nie
da się tak zawsze. Ktoś prosi, żeby media stworzyły godzinę bez reklam. Jerzy
Sosnowski, który prowadzi audycję, przyznaje się, że czuje niepokój, bo nagle
zrozumiał, że nie potrzebuje czytanych co godzinę serwisów. Nie czuje się bez
tych newsów uboższy. A potem dzwoni
słuchaczka: „Skończyłam właśnie medycynę. Miałam wyjechać na stałe do Anglii.
Ale teraz zaczynam się zastanawiać. Odkryłam własny kraj. Myślę, że chyba
jednak tu zostanę”. Mass-media stają się konkretne, namacalne, zaczynają
opowiadać o świecie. Wiemy, że ten czas jest ograniczony, że trzeba z niego
korzystać. Ale zdarzyło się coś niewyobrażalnego: w naszym domu rozbrzmiewa
dawna „Trójka” – taka jak kiedyś.
      Ja
jednak słucham radia niewiele. Pogrążyłem się w pisaniu. Łykam kolejne porcje
mięty wygrzebanej z szafki, zalewam po pięć razy resztki yerba mate, którą
dostałem kiedyś od Asi w prezencie, oczy robią mi się wielkie jak młyńskie
koła, spiduje mnie ta mięta i mate, nakręca coraz bardziej, oczy wirują, a ja
patrzę tymi oczami na zieloną wieś, staję na ganku, spoglądam na omszały
wiatrak, na powolne spacery miejscowych załogantów, na kolejne samochody, które
parkują przed blacharskim warsztatem Jacka. A potem chowam się znów w małym,
bielonym wapnem pokoiku, siadam naprzeciw złocistego obornika, który sołtys
zrzucił tuż za oknem, chłonę ten wiosenny zapach, bo jak tak naprawdę zawsze
lubiłem obornik, kojarzył mi się z pegeerami, w których robiłem reportaże, no
więc siedzę teraz i piszę swój największy reportaż, składam stare notatki,
wygrzebuję pliki sprzed lat, próbuję je odszyfrować, niektóre są sefjowane w
starym wordzie, inne w dosowskim chiwriterze, odtwarzam przeszłość, swoje
reporterskie wyjazdy, romanse ze spółkami giełdowymi, kupno domu w Łabędzicach,
buduję obraz mrocznej zimy, tak niedawnej, tak lichej, biednej, ubabranej
Marnością. Piszę i wiem, że to pisanie, ten dokument staje się moją odpowiedzią
na przełom, jest krzykiem wyrzuconym z gardła do niedawna jeszcze zduszonego
kamieniem a teraz nagle wolnego. Czuję się tą wolnością trochę zdziwiony,
bezradny, nie potrafię jej wyrazić, opisać, pojmuję tylko, że moje dziennikarstwo,
reporterska misja jest jakimś kontraktem, że daje mi światło, nie chcę walić w
bębny, zalewać tego reportażu morzem patetycznych frazesów, głupio jakoś
zamknąć teraz to wszystko, podsumować, jedno wiem, wiem na pewno, wróciła
sakrofaza, jest we mnie, rozbrzmiewa, mimo że kocham pić, imprezować, mimo że
wywracam pustą kieszeń i tęsknię za browarem, lubię bród, przekleństwa, nie
jestem pobożny, ale sakrofaza tętni, kroczę znów swoją drogą, wędrówka swędzi w
stopy, idę pogodzony z Kościołem, ze światem. Walę w przód przez Polskę i
śpiewam.
      W środę
odbywa się megamsza na wrocławskim Rynku. Zjeżdża się na nią pół miasta, ciągną
też ludzie z okolicznych wsi. Wszyscy będą się modlić w intencji papieża. My
jednak ruszamy w przeciwną stronę. Pisałem przecież, że wędrówka odżyła, to
żadna metafora, wędrujemy z Asią naprawdę. Rano
dzwonił znów Paweł – chce kupić własną nyskę. Ruszyliśmy więc z nim na
poszukiwanie, oglądamy sanitarki, towoski, Asia rozmawia z właścicielami o
przeszłości samochodów. Koniec końców odnajdujemy Pawłowi pięknego
trzyosobowego tarpana. Samochód ma blacharkę po remoncie, nową instalację
gazową, żukowski silnik z niewielkim przebiegiem. Za czerwoną szoferką trzęsie
się buda-samoróba – elegancka, wysoka izoterma wykonana na zamówienie przez
stolarza. W tej budzie Paweł chce zrobić okienko i kurtynę. Będzie z tarpana
dawać kukiełkowe przedstawienia. Ma już jasną wizję: „Czerwona ciężarówa
wjeżdża na podwórko. Trąbi. Nagle odsuwa
się firanka i zaczyna się bajka. Nie widać żadnych aktorów, tylko w szoferce
siedzi nieogolony, milczący reżyser. Przedstawienie trwa, barwne kukiełki
otwierają przed miejskim dzieciakami magiczny świat. A potem wszystko się
kończy, kurtyna opada, tarpan odpala, ryczy dobrze smarowanym silnikiem i
odjeżdża. Dzieciaki pozostają same.”
      Tak to ma wyglądać.
      Jedziemy, buda wpada w potężny rezonans. Ja myślę, że tarpan
jest idealną peerelowską hybrydą: zawieszenie i skrzynię biegów ma wzięte z
nyski i żuka, kierownicę z poloneza, migacze przednie z małego fiata, migacze
boczne z dużego fiata, lampy z nyski... Drgają liczniki, przyglądam się tym
szybkom i dostrzegam w nich piękno, wszystkie te symbole, wskaźniki wyglądają
jak awangardowa sztuka, ktoś je projektował, włożył w nie serce, to widać,
namalował na kartoniku temperaturę, pojechał w abstrakcję, patrzę na licznik i
sam zaczynam czuć ciepłotę maszynerii. Potem przyglądam się żelaznej gałce
zmiany biegów, Paweł trzaska sprzęgłem, dociska archaiczny, wąski pedał gazu,
Asia dotyka delikatnie miękkiego obicia szoferki.
      Jedziemy przez pogrążoną w żałobie Polskę. Świeci słońce.
Warczy silnik, rzuca nami na dermowym siedzeniu, drgają szyby. Zaczynam
rozumieć, czemu samochód zawdzięcza swoją nazwę: autem się nie jedzie tylko
bryka, jak na małym dzikim koniku.
- Ten tarpan jest cacany! – krzyczy Paweł.
- Ten czas to dla nas dar - myślę.
I kłusujemy dalej.
***
      Co stało się później? Sporo.
Pogoniliśmy Ukraińcowi ładę. Kupiliśmy białego
piętnastoletniego poloneza z tuningiem. Pierwszy raz w życiu wrzuciłem w swoim
aucie piąty bieg.
Listu do Ryśka nie napisałem.
Dowiedziałem się za to jak uruchomić nyskę: trzeba spiłować
podkładkę pod pompą paliwową, wtedy język od rozrządu sięgnie do tłoczka. Na
razie nie dokonałem naprawy. Półciężarówka i tak nie jeździ – nie mamy forsy na
zapłacenie OC. Ale zdecydowaliśmy, że zostawiamy ją u siebie. Poczeka na tłuste
lata.
Ostatnio byliśmy z Asią na bazarze. Tylko raz – zanim karta
kredytowa wszystkiego nie pożarła. Ale odżyliśmy. Do tej pory przypominamy
sobie nasze prawdziwe zakupy – pełne rozmów, spacerów między straganami,
zapachów ludzi i towarów.
Trzy razy jechałem samotnie na zajęcia. Trzy razy skrajem
drogi biegł czarny pies. Zawsze był po mojej lewej stronie.
Ostatnio widziałem u Dominikanów redaktora O. Chciałem mu
powiedzieć o Drodze do Nikąd i o jego audycji. W końcu nie podszedłem.
U Magdy i Maćka spalił się dach. Wspomogli nas finansowo
przy remoncie naszego komina, a własnego nie wymienili. Mówią, że to z
niedbalstwa. Pożar strawił więźbę, ondulinę i część Maćkowego archiwum zdjęć.
Dostali zapomogę i kredyt. Rozbudowują domek.
Filip z Kasią nie mają ciągle pieniędzy. Postanowili wziąć
ślub.
Juda siedzi w areszcie. Nie wiem dlaczego.
Maryla-czarownica wariuje ze szczęścia. Nie wie, jak sobie
poradzić z nową sytuacją: nigdy nie miała jeszcze męża w takim stanie jak
teraz, nie potrafi zmierzyć się z jego trzeźwością. Jacek był ponoć pijany od
dnia ślubu, a teraz pozwala sobie tylko na dwa „karmi” dziennie. Pracuje od
rana do wieczora. Robi wielki remont: pośrodku podwórka wstawił betonowe kręgi,
będzie nowe szambo. Do tej pory lał gówno do stawiku przeciwpożarowego za
wiatrakiem, ale teraz boi się Unii Europejskiej. Trzeba myśleć o przyszłości.
Jacek zamienia też wielką szopę, w której remontowałem zimą
nyskę, na serwis dla busów i ciężarówek. Poza tym chce otworzyć wulkanizację.
- Jak nie dla mnie, to po mnie przynajmniej zostanie – mówi.
Może brzmi to wszystko słodziutko, ale taka jest prawda.
Byle wytrwał.
      Przeglądając stare pliki i notatki odnalazłem listy od
pisarza Mariusza Wilka, z którym korespondowałem przed przeprowadzką do
Łabędzic. W ostatnim z nich, datowanym na 10 lutego 2000, w liście, w którym
Wilk skrytykował mój syberyjski reportaż, w liście na który nigdy nie
odpowiedziałem, odnalazłem zdanie: „powinieneś się zdecydować, czy zamierzasz
być pisarzem, czy żurnalistą?”. W poprzednim zaś Mariusz pisał: „przede
wszystkim jednak widać, iż miotasz się między reportażem a... no właśnie,
czym?”. Klęczałem wśród papierów, z gardłem zawalonym kurzem, czytałem te
zdania i uświadomiłem sobie nagle, że potrzebowałem pięciu lat, by je
zrozumieć, potrzebowałem imprez, wędrówek, wieczora kawalerskiego, Łabędzic,
Asi, potrzebowałem naszej wspólnej przeraźliwej zimy, by stanąć przed lustrem i
odpowiedzieć: jestem dziennikarzem. Chcę pisać dokumenty, chcę być człowiekiem
redakcji, chcę jeździć w teren, dotykać rzeczywistości, wskazywać na nią
palcem, mówić: oni są wśród nas, to dzieje się naprawdę, takie są pegeery,
wsie, tacy są ludzie odrzuceni, to ich frustruje, to ich złamało, tak próbują
łapać oddech.
Chcę widzieć swoje nazwisko w gazetach. Nie chcę mediów
jedynie kontestować, chcę nimi żyć, chcę na miarę swoich możliwości
współtworzyć literacki reportaż. Nie wiem jeszcze jak wyjść z niszy, jak wrócić
do głównego nurtu. „Tygodnik Powszechny” każe mi teksty „ugazetowić” i
formatować, inne gazety milczą, ale musi być jakiś sposób, czuję to. Wiem, że
na razie mam po prostu pisać, tworzyć i słać teksty w pustkę, tworzyć i słać,
kolejne mejle, kolejne koperty, kolejne znaczki... Będę dobijać się cierpliwie.
W końcu ktoś otworzy.
Z tym patrzeniem lustro to też nie jest żadna metafora.
Naprawdę staję czasem w pokoju i wpatruję się w kryształowe zwierciadło, które
dostaliśmy od babci Asi. Patrzę w to lustro i podoba mi się moja twarz: jest
taka brodata, skołtuniona, ciachnięta, patrzę na czarne brwi, na oczy, co
świecą mi jak węgle. Moje odbicie kojarzy mi się ze starą ikoną.
Nie żeby to coś znaczyło. Nie jestem też chyba narcyzem. Ale
lubię patrzeć w to lustro. Jak dokument to dokument, przyznaję się i do tego, w
końcu to też jakiś składnik wielkiej łabędzickiej przemiany.
Wczoraj zaszedłem do owczarni.
- Patrz, Lucek, jaka zieleń za oknem.
- Tyleśmy czekali, to niech przynajmniej taka nagroda z tego
będzie. – odpowiedział Lucjan. - Żeby tak chociaż kilka tygodni się utrzymało.
Trzeba się cieszyć z tego co jest. Teraz tak się atmosfera pierdoli, że nie
wiadomo czy za parę lat będziemy mieć jeszcze taką wiosnę. Ale pięknie jest, to
prawda. Zrobił się u nas prawdziwy antygotyk.
***
      Pada deszcz. Stoję na ganku, sikam z progu na trawiaste
podwórko. Widzę krople spadające z
eternitu, słucham szumu autostrady. To jest moja wolność.
      Dziś po południu Jacek ściągnął naszego poloneza z
Wrocławia. Po raz kolejny w ciągu kilku dni poszło sprzęgło. Jacek chciał
dobrze: żeby nam oszczędzić pieniędzy, naprawiał samochód po kawałku.
Najpierw zmienił łożysko – nie wystarczyło.
Stanęliśmy w środku miasta. Ściągnął nas na wieś, zmienił linkę. Teraz okazało
się, że docisk nie wyrobił. No i Jacek holował nas trzeci już raz z Wrocławia,
jechał zagubiony po nieznanych sobie ulicach, szukał drogowskazów na Środę,
grzał dziewięćdziesiątką, wyprzedzał inne bryki, a my majtaliśmy się za nim na
linie, ja korygowałem hamowanie, mijałem kolejne samochody. Jacek ciął w przód
swoim pasatem, ja siedziałem z tyłu i czułem spokój, zostawiając za sobą
bezgłośnie miasto, wjeżdżając w wonne pola rzepaku, zanurzając się na koniec w
ulewie, znikając w wodzie, co spłynęła po pochyłej szybie, zakryła drogę,
zasłoniła przede mną cały świat. Siedziałem tak z wyłączonym zapłonem,
oszczędzałem wycieraczki, słuchałem sączącej się ciuchutko ruskiej kasety i
sunąłem w przód, ciągnięty przez młodego sąsiada-blacharza.
      Teraz patrzę na Łabędzice. Hrabal pisał kiedyś, że pokochał
wieś. Pokochał wieśniaków, którzy zastrzelili mu psa. Zrozumiał tę miłość,
kiedy zamarzał, kiedy miejscowi przynieśli żółte światło, dotarli do jego
chaty, wyciągnęli go ze śniegu, odkopali w zimie.
      Ja chyba Łabędzice kocham podobnie. Za to, że dopuszczają
mnie do sekretów, których bym inaczej nie poznał. Bo dzięki swojej
postrzępionej kurtce, dzięki smarowi na rękach, dzięki złorzeczeniu – słyszę o
lewych instalacjach gazowych, o przewałach mechaników, o ich marzeniach, o
bajkowych tajemnicach, o sprawach, których nie da się wytłumaczyć. Dzięki
Łabędzicom robią mi też za darmo samochód, uczą samodzielnych napraw, wiozą
bryką pseudomafii.
      Dzięki wsi stoję z Luckiem w owczarni i rozmawiam o
podniebnych podróżach.
      Spoglądam na Drogę. Podobno to Napoleonka – szły tędy
francuskie wojska. Nie wiem już sam, czy w ataku na Rosję, czy podczas odwrotu.
      Przypomina się biała płaszczyzna.
      Jutro rano jedziemy do Wrocławia. Chodzimy z Asią na szkołę
rodzenia. Jest elegancko. Darmowe zajęcia – dofinansowane przez Urząd Miasta –
prowadzi hinduska pani doktor. Powiedziała, że niedługo Asia
umrze jako dziewczyna. I narodzi się jako kobieta.
      Nasze dziecko zobaczy Łabędzice w całej krasie. Będzie
lipiec, pełnia lata. Sad ugnie się od owoców, skłoni gałęzie nad wózkiem.
      A potem
będę chodzić z córką w dal. Będziemy iść razem Drogą bez Końca.
koniec
|