zima'05/06


wędrówka  strona główna


         odcinki: pierwszy  drugi  trzeci  czwarty  piąty  szósty  siódmy  ósmy
                  dziewiąty  dziesiąty  jedenasty  dwunasty  trzynasty
                  czternasty  piętnasty  szesnasty  siedemnasty 

Schyłek zimy



epilog


      Przyszło do nas słońce. Wiosna wybuchła nagle, żywiołowo. W ciągu chwili zazieleniły się pola, obeschły drogi, śnieg z pól spłynął do Trzciany. Rzeczka wydaje się teraz krystalicznie czysta, na jej dnie można dostrzec jakieś drobne rybki i pijawki.
      Dom chłonie ciepło. Przez okna wlewają się masy gorąca, foliowy sufit rozbłyska światłem.
      W sadzie zaparkowała właśnie ekipa z akademickiego klubu filmowego. Przywiózł ich mój ojciec. Chcą poczuć prawdziwą wiosnę, odetchnąć wsią. Przytargali z sobą kilogramy kiełbas, baterię browarów. Jeden z nich siedział w samochodzie i łykał jeszcze skrycie flaszkę.
      Siedzimy przy pierwszym ognisku w tym sezonie. Patyki struga Juda. Zabrał się z filmową ekipą. Kiedy tylko wysiadł z samochodu, zaczął mi opowiadać jakieś straszliwe historie, poczułem że Demon mówi przez niego, że stało się to, przed czym mnie ostrzegał. Mówił rzeczy ciężkie, ja nie wiedziałem co jest prawdą. Nie czułem, w której chwili Juda do mnie nawija, a kiedy to już nie on. Mniejsza o treść, niech te opowieści pozostaną między nami. Poczułem tylko, że nie potrafię mu pomóc. Nie umiem się zmierzyć z jego Demonem, to pewnie tylko on sam może uczynić. Nie zazdroszczę mu tej samotności. Przy ognisku zrozumiałem, że być może na kawalerskim ostatni raz rozmawialiśmy z Judą w sposób czysty i świadomy.
      A potem przypiekliśmy wszyscy pierwsze kiełbachy, utopiliśmy wszystkie opowieści w musztardzie i puszkowym piwie. Z bagażnika samochodu walił jazz, który chłopaki skomponowały, a mój ojciec nagrał na próbie. Ktoś krzyczał, ktoś się śmiał. Zza płotu dobiegały dźwięki radia. To Lucek zmontował konkurencyjną imprezę: grillował z Wackiem i kierowcą kamaza – człowiekiem, który ukochał Wschód. Ja wspomniałem Stanisława Wielkiego. Był u nas dziś z piłą, pociął nam za darmo pień topoli – dzięki temu będziemy mogli przegrzewać w nocy dom. Teraz to ważne, Asia nie może się zaziębić. Stanisław Wielki był chyba trochę przestraszony filmową ekipą: wszyscy kręcili się wkoło drewna, próbowali uruchomić pordzewiałą krajzegę, by wspomóc benzynową pilarkę. Ja protestowałem, wszystko działo się jakoś zbyt żywiołowo. Ale Wielki kiwnął w końcu głową, ruszył czarnym wąsem, odgonił ekipę, odpalił swoją wielką, ukochaną piłę i sprezentował nam piękne plastry drewna.
      Ognisko rozkręca się nadal, ktoś przynosi kolejne puszki. Ekipa się bawi. Dzięki nim jest ten grill. Dzięki darom od pijanych gości. Nam kończy się nawet herbata. Bieda-Licho nie śpi. Trzyma nas pod kamieniem.
- Ściga mnie Interpol. Umieram. Mam dziesiątki tysięcy dolarów długu - Juda po raz koleiny nawija dziwną gadkę. A potem znów jest dobrze. Wszystko miesza się w wiosennej euforii zalanej spirytusowanym bronksem.
I nagle przed ogniskiem staje ojciec.
- Właśnie umarł papież.


***


      Głaz drga. Pęka. Rozpada się na tysiące kawałków.


***


      Kolejne dni przewracają świat. Po autostradzie przestają zasuwać służbowe samochody. Media zmieniają muzykę, na antenie pojawiają się dawne głosy, znikają informacyjne serwisy, sformatowane dżingle i konkursy. Czas zwalnia. Ludzie przestają się wstydzić mówić o wierze. Ktoś dzwoni do „Trójki” i pyta, czy nie da się tak zawsze. Ktoś prosi, żeby media stworzyły godzinę bez reklam. Jerzy Sosnowski, który prowadzi audycję, przyznaje się, że czuje niepokój, bo nagle zrozumiał, że nie potrzebuje czytanych co godzinę serwisów. Nie czuje się bez tych newsów uboższy. A potem dzwoni słuchaczka: „Skończyłam właśnie medycynę. Miałam wyjechać na stałe do Anglii. Ale teraz zaczynam się zastanawiać. Odkryłam własny kraj. Myślę, że chyba jednak tu zostanę”. Mass-media stają się konkretne, namacalne, zaczynają opowiadać o świecie. Wiemy, że ten czas jest ograniczony, że trzeba z niego korzystać. Ale zdarzyło się coś niewyobrażalnego: w naszym domu rozbrzmiewa dawna „Trójka” – taka jak kiedyś.
      Ja jednak słucham radia niewiele. Pogrążyłem się w pisaniu. Łykam kolejne porcje mięty wygrzebanej z szafki, zalewam po pięć razy resztki yerba mate, którą dostałem kiedyś od Asi w prezencie, oczy robią mi się wielkie jak młyńskie koła, spiduje mnie ta mięta i mate, nakręca coraz bardziej, oczy wirują, a ja patrzę tymi oczami na zieloną wieś, staję na ganku, spoglądam na omszały wiatrak, na powolne spacery miejscowych załogantów, na kolejne samochody, które parkują przed blacharskim warsztatem Jacka. A potem chowam się znów w małym, bielonym wapnem pokoiku, siadam naprzeciw złocistego obornika, który sołtys zrzucił tuż za oknem, chłonę ten wiosenny zapach, bo jak tak naprawdę zawsze lubiłem obornik, kojarzył mi się z pegeerami, w których robiłem reportaże, no więc siedzę teraz i piszę swój największy reportaż, składam stare notatki, wygrzebuję pliki sprzed lat, próbuję je odszyfrować, niektóre są sefjowane w starym wordzie, inne w dosowskim chiwriterze, odtwarzam przeszłość, swoje reporterskie wyjazdy, romanse ze spółkami giełdowymi, kupno domu w Łabędzicach, buduję obraz mrocznej zimy, tak niedawnej, tak lichej, biednej, ubabranej Marnością. Piszę i wiem, że to pisanie, ten dokument staje się moją odpowiedzią na przełom, jest krzykiem wyrzuconym z gardła do niedawna jeszcze zduszonego kamieniem a teraz nagle wolnego. Czuję się tą wolnością trochę zdziwiony, bezradny, nie potrafię jej wyrazić, opisać, pojmuję tylko, że moje dziennikarstwo, reporterska misja jest jakimś kontraktem, że daje mi światło, nie chcę walić w bębny, zalewać tego reportażu morzem patetycznych frazesów, głupio jakoś zamknąć teraz to wszystko, podsumować, jedno wiem, wiem na pewno, wróciła sakrofaza, jest we mnie, rozbrzmiewa, mimo że kocham pić, imprezować, mimo że wywracam pustą kieszeń i tęsknię za browarem, lubię bród, przekleństwa, nie jestem pobożny, ale sakrofaza tętni, kroczę znów swoją drogą, wędrówka swędzi w stopy, idę pogodzony z Kościołem, ze światem. Walę w przód przez Polskę i śpiewam.

      W środę odbywa się megamsza na wrocławskim Rynku. Zjeżdża się na nią pół miasta, ciągną też ludzie z okolicznych wsi. Wszyscy będą się modlić w intencji papieża. My jednak ruszamy w przeciwną stronę. Pisałem przecież, że wędrówka odżyła, to żadna metafora, wędrujemy z Asią naprawdę. Rano dzwonił znów Paweł – chce kupić własną nyskę. Ruszyliśmy więc z nim na poszukiwanie, oglądamy sanitarki, towoski, Asia rozmawia z właścicielami o przeszłości samochodów. Koniec końców odnajdujemy Pawłowi pięknego trzyosobowego tarpana. Samochód ma blacharkę po remoncie, nową instalację gazową, żukowski silnik z niewielkim przebiegiem. Za czerwoną szoferką trzęsie się buda-samoróba – elegancka, wysoka izoterma wykonana na zamówienie przez stolarza. W tej budzie Paweł chce zrobić okienko i kurtynę. Będzie z tarpana dawać kukiełkowe przedstawienia. Ma już jasną wizję: „Czerwona ciężarówa wjeżdża na podwórko. Trąbi. Nagle odsuwa się firanka i zaczyna się bajka. Nie widać żadnych aktorów, tylko w szoferce siedzi nieogolony, milczący reżyser. Przedstawienie trwa, barwne kukiełki otwierają przed miejskim dzieciakami magiczny świat. A potem wszystko się kończy, kurtyna opada, tarpan odpala, ryczy dobrze smarowanym silnikiem i odjeżdża. Dzieciaki pozostają same.”
      Tak to ma wyglądać.
      Jedziemy, buda wpada w potężny rezonans. Ja myślę, że tarpan jest idealną peerelowską hybrydą: zawieszenie i skrzynię biegów ma wzięte z nyski i żuka, kierownicę z poloneza, migacze przednie z małego fiata, migacze boczne z dużego fiata, lampy z nyski... Drgają liczniki, przyglądam się tym szybkom i dostrzegam w nich piękno, wszystkie te symbole, wskaźniki wyglądają jak awangardowa sztuka, ktoś je projektował, włożył w nie serce, to widać, namalował na kartoniku temperaturę, pojechał w abstrakcję, patrzę na licznik i sam zaczynam czuć ciepłotę maszynerii. Potem przyglądam się żelaznej gałce zmiany biegów, Paweł trzaska sprzęgłem, dociska archaiczny, wąski pedał gazu, Asia dotyka delikatnie miękkiego obicia szoferki.
      Jedziemy przez pogrążoną w żałobie Polskę. Świeci słońce. Warczy silnik, rzuca nami na dermowym siedzeniu, drgają szyby. Zaczynam rozumieć, czemu samochód zawdzięcza swoją nazwę: autem się nie jedzie tylko bryka, jak na małym dzikim koniku.
- Ten tarpan jest cacany! – krzyczy Paweł.
- Ten czas to dla nas dar - myślę.
I kłusujemy dalej.


***


      Co stało się później? Sporo.
Pogoniliśmy Ukraińcowi ładę. Kupiliśmy białego piętnastoletniego poloneza z tuningiem. Pierwszy raz w życiu wrzuciłem w swoim aucie piąty bieg.
Listu do Ryśka nie napisałem.
Dowiedziałem się za to jak uruchomić nyskę: trzeba spiłować podkładkę pod pompą paliwową, wtedy język od rozrządu sięgnie do tłoczka. Na razie nie dokonałem naprawy. Półciężarówka i tak nie jeździ – nie mamy forsy na zapłacenie OC. Ale zdecydowaliśmy, że zostawiamy ją u siebie. Poczeka na tłuste lata.

Ostatnio byliśmy z Asią na bazarze. Tylko raz – zanim karta kredytowa wszystkiego nie pożarła. Ale odżyliśmy. Do tej pory przypominamy sobie nasze prawdziwe zakupy – pełne rozmów, spacerów między straganami, zapachów ludzi i towarów.

Trzy razy jechałem samotnie na zajęcia. Trzy razy skrajem drogi biegł czarny pies. Zawsze był po mojej lewej stronie.

Ostatnio widziałem u Dominikanów redaktora O. Chciałem mu powiedzieć o Drodze do Nikąd i o jego audycji. W końcu nie podszedłem.

U Magdy i Maćka spalił się dach. Wspomogli nas finansowo przy remoncie naszego komina, a własnego nie wymienili. Mówią, że to z niedbalstwa. Pożar strawił więźbę, ondulinę i część Maćkowego archiwum zdjęć. Dostali zapomogę i kredyt. Rozbudowują domek.

Filip z Kasią nie mają ciągle pieniędzy. Postanowili wziąć ślub.

Juda siedzi w areszcie. Nie wiem dlaczego.

Maryla-czarownica wariuje ze szczęścia. Nie wie, jak sobie poradzić z nową sytuacją: nigdy nie miała jeszcze męża w takim stanie jak teraz, nie potrafi zmierzyć się z jego trzeźwością. Jacek był ponoć pijany od dnia ślubu, a teraz pozwala sobie tylko na dwa „karmi” dziennie. Pracuje od rana do wieczora. Robi wielki remont: pośrodku podwórka wstawił betonowe kręgi, będzie nowe szambo. Do tej pory lał gówno do stawiku przeciwpożarowego za wiatrakiem, ale teraz boi się Unii Europejskiej. Trzeba myśleć o przyszłości.
Jacek zamienia też wielką szopę, w której remontowałem zimą nyskę, na serwis dla busów i ciężarówek. Poza tym chce otworzyć wulkanizację.
- Jak nie dla mnie, to po mnie przynajmniej zostanie – mówi.
Może brzmi to wszystko słodziutko, ale taka jest prawda. Byle wytrwał.
      Przeglądając stare pliki i notatki odnalazłem listy od pisarza Mariusza Wilka, z którym korespondowałem przed przeprowadzką do Łabędzic. W ostatnim z nich, datowanym na 10 lutego 2000, w liście, w którym Wilk skrytykował mój syberyjski reportaż, w liście na który nigdy nie odpowiedziałem, odnalazłem zdanie: „powinieneś się zdecydować, czy zamierzasz być pisarzem, czy żurnalistą?”. W poprzednim zaś Mariusz pisał: „przede wszystkim jednak widać, iż miotasz się między reportażem a... no właśnie, czym?”. Klęczałem wśród papierów, z gardłem zawalonym kurzem, czytałem te zdania i uświadomiłem sobie nagle, że potrzebowałem pięciu lat, by je zrozumieć, potrzebowałem imprez, wędrówek, wieczora kawalerskiego, Łabędzic, Asi, potrzebowałem naszej wspólnej przeraźliwej zimy, by stanąć przed lustrem i odpowiedzieć: jestem dziennikarzem. Chcę pisać dokumenty, chcę być człowiekiem redakcji, chcę jeździć w teren, dotykać rzeczywistości, wskazywać na nią palcem, mówić: oni są wśród nas, to dzieje się naprawdę, takie są pegeery, wsie, tacy są ludzie odrzuceni, to ich frustruje, to ich złamało, tak próbują łapać oddech.
Chcę widzieć swoje nazwisko w gazetach. Nie chcę mediów jedynie kontestować, chcę nimi żyć, chcę na miarę swoich możliwości współtworzyć literacki reportaż. Nie wiem jeszcze jak wyjść z niszy, jak wrócić do głównego nurtu. „Tygodnik Powszechny” każe mi teksty „ugazetowić” i formatować, inne gazety milczą, ale musi być jakiś sposób, czuję to. Wiem, że na razie mam po prostu pisać, tworzyć i słać teksty w pustkę, tworzyć i słać, kolejne mejle, kolejne koperty, kolejne znaczki... Będę dobijać się cierpliwie. W końcu ktoś otworzy.

Z tym patrzeniem lustro to też nie jest żadna metafora. Naprawdę staję czasem w pokoju i wpatruję się w kryształowe zwierciadło, które dostaliśmy od babci Asi. Patrzę w to lustro i podoba mi się moja twarz: jest taka brodata, skołtuniona, ciachnięta, patrzę na czarne brwi, na oczy, co świecą mi jak węgle. Moje odbicie kojarzy mi się ze starą ikoną.
Nie żeby to coś znaczyło. Nie jestem też chyba narcyzem. Ale lubię patrzeć w to lustro. Jak dokument to dokument, przyznaję się i do tego, w końcu to też jakiś składnik wielkiej łabędzickiej przemiany.

Wczoraj zaszedłem do owczarni.
- Patrz, Lucek, jaka zieleń za oknem.
- Tyleśmy czekali, to niech przynajmniej taka nagroda z tego będzie. – odpowiedział Lucjan. - Żeby tak chociaż kilka tygodni się utrzymało. Trzeba się cieszyć z tego co jest. Teraz tak się atmosfera pierdoli, że nie wiadomo czy za parę lat będziemy mieć jeszcze taką wiosnę. Ale pięknie jest, to prawda. Zrobił się u nas prawdziwy antygotyk.


***


      Pada deszcz. Stoję na ganku, sikam z progu na trawiaste podwórko. Widzę krople spadające z eternitu, słucham szumu autostrady. To jest moja wolność.
      Dziś po południu Jacek ściągnął naszego poloneza z Wrocławia. Po raz kolejny w ciągu kilku dni poszło sprzęgło. Jacek chciał dobrze: żeby nam oszczędzić pieniędzy, naprawiał samochód po kawałku. Najpierw zmienił łożysko – nie wystarczyło. Stanęliśmy w środku miasta. Ściągnął nas na wieś, zmienił linkę. Teraz okazało się, że docisk nie wyrobił. No i Jacek holował nas trzeci już raz z Wrocławia, jechał zagubiony po nieznanych sobie ulicach, szukał drogowskazów na Środę, grzał dziewięćdziesiątką, wyprzedzał inne bryki, a my majtaliśmy się za nim na linie, ja korygowałem hamowanie, mijałem kolejne samochody. Jacek ciął w przód swoim pasatem, ja siedziałem z tyłu i czułem spokój, zostawiając za sobą bezgłośnie miasto, wjeżdżając w wonne pola rzepaku, zanurzając się na koniec w ulewie, znikając w wodzie, co spłynęła po pochyłej szybie, zakryła drogę, zasłoniła przede mną cały świat. Siedziałem tak z wyłączonym zapłonem, oszczędzałem wycieraczki, słuchałem sączącej się ciuchutko ruskiej kasety i sunąłem w przód, ciągnięty przez młodego sąsiada-blacharza.
      Teraz patrzę na Łabędzice. Hrabal pisał kiedyś, że pokochał wieś. Pokochał wieśniaków, którzy zastrzelili mu psa. Zrozumiał tę miłość, kiedy zamarzał, kiedy miejscowi przynieśli żółte światło, dotarli do jego chaty, wyciągnęli go ze śniegu, odkopali w zimie.
      Ja chyba Łabędzice kocham podobnie. Za to, że dopuszczają mnie do sekretów, których bym inaczej nie poznał. Bo dzięki swojej postrzępionej kurtce, dzięki smarowi na rękach, dzięki złorzeczeniu – słyszę o lewych instalacjach gazowych, o przewałach mechaników, o ich marzeniach, o bajkowych tajemnicach, o sprawach, których nie da się wytłumaczyć. Dzięki Łabędzicom robią mi też za darmo samochód, uczą samodzielnych napraw, wiozą bryką pseudomafii.
      Dzięki wsi stoję z Luckiem w owczarni i rozmawiam o podniebnych podróżach.
      Spoglądam na Drogę. Podobno to Napoleonka – szły tędy francuskie wojska. Nie wiem już sam, czy w ataku na Rosję, czy podczas odwrotu.
      Przypomina się biała płaszczyzna.
      Jutro rano jedziemy do Wrocławia. Chodzimy z Asią na szkołę rodzenia. Jest elegancko. Darmowe zajęcia – dofinansowane przez Urząd Miasta – prowadzi hinduska pani doktor. Powiedziała, że niedługo Asia umrze jako dziewczyna. I narodzi się jako kobieta.
      Nasze dziecko zobaczy Łabędzice w całej krasie. Będzie lipiec, pełnia lata. Sad ugnie się od owoców, skłoni gałęzie nad wózkiem.
      A potem będę chodzić z córką w dal. Będziemy iść razem Drogą bez Końca.




koniec


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni