wiosna 2005


strona główna



  
   I     
   II    
   III   
   IV    
   V         VI        VII       VIII      IX        X         XI        XII       XIII      XIV       XV        XVI       XVII  

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - XVIII


W samochodzie, który odwiózł mnie do knajpy, kiedy było już po wszystkim, na krześle obok kierowcy leżała nowa czapeczka i okulary przeciwsłoneczne.

Ubiór wyjściowy – wyjaśnił kierowca, a ja tylko apatycznie przytaknąłem. Równie dobrze mógłby mi podsunąć uszankę i walonki. Było mi wszystko jedno.

Nadaremnie przesiedziałem w piwiarni kilka godzin. Pluskwa i Helmut wcale się nie pojawili. Nie zostawili żadnej wiadomości. Barmanka przypomniała sobie wprawdzie jakichś dwóch dziwaków z czapeczkami i okularami dokładnie takimi samymi jak moje, ale chudego – tak twierdziła – wywieźli gangsterzy w garniturach, starego natomiast stratowała tłuszcza zachwycona jego cudami.

Ja wiedziałem swoje. Gdyby naprawdę chcieli, byliby tu ze mną. Choćby ich gonił pułk gangsterów. Choćby wsadzono ich do trumny, a trumnę głęboko zakopano. Byliby.

Rozdzieliła nas ta przeklęta telewizyjna zabawa. Im bardziej świadomi byliśmy sukcesu, który sam się do nas przyplątał i coraz wyżej unosił ponad innych, tym słabsza stawała się nasza trójca. Współpracowaliśmy, owszem, lecz każdy myślał o sobie. Dla innych staliśmy się kimś ważnym, skoro rozpoznawano nas, wrzeszczano pod pałacem nasze imiona, głosowano słono za to płacąc, więc tym bardziej powinniśmy być ważni dla samych siebie. Sukces wymaga samolubstwa. A jeśli rozmyślasz o sobie, nie możesz jednocześnie rozmyślać o innych jak pierwszy lepszy nieudacznik. Wracając do pałacu, otoczony zewsząd nocnym chłodem i tajemniczymi odgłosami z przydrożnych krzaków, wciąż czułem się kimś nadzwyczajnym i słusznie wyróżnionym, tylko nie byłem pewien, czy mi to odpowiada. Nawet mnie to nie dziwiło. Bądź co bądź nigdy nie wiedziałem, czego naprawdę chcę.

Pominąwszy piwo. Zimne.

Pałac był opustoszały i ciemny. Zostały jedynie niewygodne krzesła upchane w kąt balowej sali. Pałac czekał na mnie.

Nie zależało mi na tej ruinie, ale brodaczowi – jak się okazało – zależało jeszcze mniej.

To premia, kochanieńki, premia – oświadczył, porozumiewawczo uśmiechając się do swoich znajomych, tych samych, którzy wcześniej rozmawiali z Pluskwą i Helmutem. – Kupiliśmy to cholerstwo za przyzwoleniem konserwatora zabytków za parę groszy. Kupa gruzów. Nam ten kłopot niepotrzebny.

Jakby mi był potrzebny! Nim zdążyłem zaprotestować klepnął wierzchem dłoni w plik dokumentów, który leżał przed nim na stole.

Dobra – ciągnął. – Nagroda minus podatek wpłynie na konto w kilku ratach.

Nie mam konta...

Udał, że tego nie słyszy. Ostatecznie było to wyłącznie moje zmartwienie.

Co do współpracy... hmmmm... No, jesteś właściwie gwiazdą...

Gdy ktoś zaczyna od pochwał, trzeba się mieć na baczności. Chce powiedzieć coś niemiłego. Cierpliwie czekałem. Gwiazdą, tak – odchrząknął. - Myśleliśmy, gdzie by cię tu wkręcić... i tego... Jest taki kącik porad dla filatelistów...

Nigdy nie zbierałem znaczków.

...i ten kącik porad to byłoby coś w sam raz dla ciebie. Trzysta sekund każdego miesiąca, rozumiesz. Mogę o filozofii, albo...

Zamachał rękami.

Powiedzmy sobie szczerze. Widza gówno obchodzi twoje wykształcenie. – Po namyśle dodał: - Mnie też. Nas obchodzi twarz i osobowość. Tak, osobowość . – To słowo powtórzył trzykrotnie, jakby rozsmakował się w nim. Miałem niejasne wrażenie, że właśnie przyszło mu ono do głowy jako ogólnikowa, nieprecyzyjna, ale zręczna wymówka. Zjawiła się w odpowiednim czasie. – Zabłyśniesz, to pchniemy cię gdzie indziej – zaznaczył nieprzekonująco.

Mówiliście o opiece, lansowaniu... – bąknąłem. – Mam pomysł, żeby potraktować filozofię jako...

Co ty znowu z tą pieprzoną filozofią!... – Zirytował się brodacz, upewniwszy się, że i siedzący obok irytują się wraz z nim. – W porządku, niech będzie... Dorzucimy do tego zaproszenie na uroczyste otwarcie pola golfowego w Pompciupinach za miesiąc. Wypijesz ze dwa drinki, pokręcisz się między gośćmi, obfotografujesz się z tymi wszystkimi aktoreczkami i posłami... Postaramy się, żebyś powiedział ze dwa słowa do kamery... coś dowcipnego, rozumiesz, podrzucimy ci tekst, wykujesz go na pamięć i sru! Tylko żadnych filozofii!... No! Wspomnimy, że prowadzisz kącik porad i tak dalej, i tak dalej. Nie pozwolimy, żeby publika o tobie zapomniała – skłamał. – Tylko kup sobie jakiś porządny garnitur. Na garnitur ci starczy z zaliczki.

Nie byłem aż tak ważny, jak to sobie wyobrażałem.

W knajpie przyszło mi do głowy, że na dodatek jestem też samotny. Pasowałem zatem do bezużytecznego i rozpadającego się pałacu. Nie pasowałem tylko do krzeseł, na których usiłowałem się zdrzemnąć.

Rankiem zjawił się leśniczy, ażeby sprawdzić, czy nie wycinam drzew z parku. Park przynależał do pałacu i formalnie był mój, jednak drzew ruszać bez pozwolenia nie mogłem.

Bo tu różni tacy kupowali wcześniej pałac – usprawiedliwiał się, nerwowo paląc papierosa – a od razu dobierali się do lip i świerków. Skurwysyny – dodał, abym nie miał wątpliwości, co on o tym sądzi.

Skurwysyny – przytaknąłem gorliwie; zbyt gorliwie chyba, bo wzmogło to tylko jego nieufność. Przez tydzień zjawiał się przy bramie pałacu co kilka godzin.

Dłużej w przeraźliwie pustym pałacu nie mogłem wytrzymać i gdy we wsi za stawem pojawił się staruszek z twarzą rozjaśnioną życzliwym uśmiechem i z uszanką wyglądającą z daleka jak skrzydlaty hełm Hermesa, ugodziłem się z nim, że będzie tu wszystkiego doglądał, sam zaś pospiesznie uciekłem na stację kolejową. Zaufałem mu, ponieważ byliśmy właściwie znajomymi. Był to ten sam staruszek, którego spotkaliśmy blisko rok temu. Zajmował się wtykaniem palucha do zup, które już po chwili należały tylko do niego. Tak zręczny fachowiec powinien poradzić sobie wszędzie. Zresztą nie zależało mi na tej ruderze.

Staruszek spoglądał za mną kręcąc głową, jak gdyby przejrzał mnie i wszystko dobrze rozumiał, może lepiej ode mnie.


Moja miłość do pieniędzy była krótkotrwała i powierzchowna. Więcej o nich myślałem w pałacu, tydzień po tygodniu pozbywając się bystrzejszych i ładniejszych ode mnie konkurentów, czego świadkiem były kamery powtykane w każdy zakamarek. Tam nagroda była celem. Lecz kiedy ją zdobyłem, spowszedniała mi jak nudna, choć atrakcyjna kobieta, która niebacznie z obiektu westchnień i onanistycznych rojeń przemieniła się w kochankę. Kobiety w marzeniach są święte i nieskalane, kochanki niekoniecznie. Ze zdobytymi pieniędzmi jest jeszcze gorzej. Zwłaszcza zdobytymi bez trudu.

Wpierw z błagalną pielgrzymką przyjechała moja była żona. Czatowała przed studiem telewizyjnym dopóki nie pojawiłem się, aby nagrać swoje filatelistyczne porady. Nie od razu pozwoliłem jej mówić. Wpierw zaprowadziłem ją do bufetu, usadziłem przy kieliszku podłej brandy, potem wygłosiłem do kamery co miałem wygłosić, wreszcie zaciągnąłem bidulę do kawalerki, którą wynajmowałem i dopiero wtedy łaskawie zapytałem:

No, i co tam?

Była żona już wcześniej musiała uporządkować w głowie ciąg lamentów i złorzeczeń, bo wylewały się z niej nieprzerwaną strugą, raz spiętrzoną w wysokim, krzykliwym alcie, raz zduszoną do ochrypłego poszeptywania. Jej monolog był dramaturgicznie nienaganny. Słuchałem go z przyjemnością.

Chodziło jej mniej-więcej o to, że doprowadziłem ją niemal do zguby. Pieniędzy ze sprzedaży mieszkania nie wystarczyło na nic. To znaczy nie wystarczyło ich facetowi, który się nią zaopiekował. Teraz jest więc sama z mamusią i umiera z głodu.

Aby wzmóc na mnie nacisk usiadła tak, bym widział jej gładko wygolone nogi. Przekładała je z wdziękiem i wprawą Sharon Stone. Być może także nie założyła majtek. Tego nie wiem. Jej sukienka była odrobinę za długa.

W porządku – oświadczyłem, kiedy zdawało mi się, że powoli dostaje zadyszki. Spoglądała na mnie z nadzieją i – przysiągłbym – zalotnie. Wypisałem jej czek i pozwoliłem się utulić do jej miękkich piersi. Przyduszony mocno, z trudem łapałem oddech. Czekała pewnie, że obłapię ją, ściągnę jej ubranie spryskane drogimi perfumami i zniknę pomiędzy jej szeroko rozłożonymi nogami, co, oczywiście, znowu pogrąży mnie w niewolniczej uległości wobec niej. Ale ja wyszeptałem tylko wprost do jej zakolczykowanego ucha:

Taniej jest w burdelu.

Odskoczyła ode mnie oparzona tymi słowami. Niegdyś nie odważyłbym się ich wypowiedzieć. Byłem przecież tchórzem, a na dodatek humanistą. Unikałem wulgaryzmów, wmawiając sobie, że się nimi brzydzę. Nie uczyłem się, jak wypowiadać je przekonująco, w odpowiedniej tonacji bezczelno-niefrasobliwej. Też ze strachu. Mogły się obrócić przeciw mnie. Coś wewnątrz mnie zaskowytało z radości.

Byłem facetem z jajami. Kobieta naprzeciw mnie przyglądała mi się z niedowierzaniem. Wciąż widziała osobnika płci – pozornie – męskiej, o nienachalnej urodzie i z lepkimi od potu paluchami. Zewnętrznie nic się we mnie nie zmieniło. Lecz nie mogłem być przecież jej byłym mężem. Jej były mąż nie miał w sobie nic pociągającego. Tej odrobiny brutalności, która mężczyźnie daje władzę nad kobietami.

Facet z jajami.

Mogła takiego faceta wcześniej stworzyć ze swojego byłego męża i miałaby go wtedy tylko dla siebie. Gdyby go wspierała byle słowem czy gestem, on poczułby się pewniej. Jeśli byłby coś wart dla niej, to tym bardziej dla siebie samego. Odważyłby się działać. I piękniałby w jej oczach coraz bardziej. Ale jej na tym nie zależało.

Z jajami.

Miło było myśleć o sobie, że nie jestem taki, jak jej były mąż. Tamten był eunuchem.

I żeby sobie ostatecznie udowodnić, że ja eunuchem nie jestem, zaraz po odprowadzeniu kobiety, która podawała się za moją byłą żonę, podreptałem do pobliskiej agencji towarzyskiej.

Rzeczywiście wyszło to taniej, niż opłacanie jej rachunków. Poza tym kobity stamtąd umiały udawać, że jest im ze mną przyjemnie.

Łajdaczyłem się nałogowo, sporo piłem, zacząłem palić drogie, cuchnące cygara, a w przerwach między tymi zajęciami wygłaszałem kilka zdań o jakichś tam znaczkach.

O pałacu i staruszku w uszance przypomniałem sobie dopiero wtedy, gdy brodacz z telewizji mimochodem wspomniał, że ostatnia rata nagrody wpłynie za kilka dni. Wspomniał o tym tylko dlatego, że miał dla mnie jeszcze gorszą wiadomość i zawczasu chciał ją odrobinę osłodzić.

Spory grosz ta nagroda – zauważył drapiąc się swoim zwyczajem po genitaliach. – Z prowadzenia tego swojego kąciku porad nie zbierzesz tego przez lata... – Zmrużył oczy przyglądając mi się uważnie. Przytaknąłem. – Właściwie możesz się wypiąć na ten zafajdany program...

Chcesz mnie wylać? – zapytałem rzeczowo. Speszył się.

Będziemy mieli nową ramówkę... i tego... – Wreszcie nie wytrzymał, żachnął się i hałaśliwie ryknął: - A co ty, kurna, myślisz, że co, że będziemy trzymali takiego nijakiego łapserdaka z programem, którego wstyd puszczać, co?! Żebyś chociaż siedział cicho, ale nie, schlał się drań na otwarciu pola golfowego, obraził prezesa i jeszcze robił świńskie uwagi narzeczonej szefa działu! Niech cię cholera!... I jeszcze dziennikarzom z konkurencyjnej stacji nagadał, że u nas poziom beznadziejny, bo nawet o filozofii nikt nie chce rozmawiać!... Jesteś skończony sukinsyn!... Dziś robisz ostatni program! Ostatni!

Spokojnie wytarłem z twarzy krople śliny, którą mnie obryzgał wywrzaskując swoje żale. Poniosło je po korytarzu i każdy ciekawski, ukryty za uchylonymi z lekka drzwiami doskonale wszystko słyszał i zaraz po swojemu przetłumaczył innym. W ciągu kilku minut wiedzieli o zajściu wszyscy w tym budynku, a niewykluczone, że i poza nim. Brodacz wyglądał na bardziej przejętego ode mnie. Niemal mu współczułem.

Przydałby się panu urlop – oznajmiłem – a pieniądze prześlijcie do pałacu, wie pan, tego rumowiska, które mi wcisnęliście. Tam jest dozorca, on odbierze.

Powiedziane od niechcenia, tonem pobłażliwości, do jakiego ma prawo tylko facet z jajami – taki jak ja. O tym też musiano poszeptywać w zakamarkach telewizyjnego budynku.







odcinek XIX


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni