wiosna 2005


strona główna



  
   I     
   II    
   III   
   IV    
   V         VI        VII       VIII      IX        X         XI        XII       XIII      XIV       XV        XVI       XVII      XVIII 

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - XIX


Skoro byłem wolny i nie ciążyły na mnie żadne zobowiązania, to mogłem też być wesoły. Toteż z radosnym uśmiechem, nie wstydząc się amalgamatowych plomb w zębach trzonowych, stanąłem w gorącym świetle studyjnych lamp. Charakteryzatorka nie zdążyła mnie przypudrować i świeciłem jak bombka na choince. Zignorowałem tekst wyświetlany zza kamerzysty. Mówiłem wreszcie, co sam chciałem mówić.

Filateliści – zacząłem – moi kochani maniacy. Gówno warte są te wasze znaczki, jeśli nie wiecie, co na nich jest. Ze znaczków można się sporo dowiedzieć. Tak! O biologii, sporcie, historii. A nawet filozofii. Weźmy na przykład to małe paskudztwo. Co to jest? Ano reprodukcja ikony „Trójca święta”. Mniejsza o ten bohomaz. Ale idea! Idea, kochani! Religia i platońska myśl! Splecione razem. Jak splecione, dlaczego, w jaki sposób? O co tu w ogóle chodzi? Nie denerwujcie się, mili. Już tłumaczę. Postaram się nie wymądrzać. Posłuchajcie. Otóż ten Platon to był taki facet, który...

I tak dalej, dobre pół godziny. Kamerzysta otworzył usta. W reżyserce ktoś miotał się i machał rękami. Jakaś asystentka potknęła się o kable biegając po studio w te i z powrotem. Ale nikt mi póki co nie przerywał. Uważano pewnie, że to jakaś nowa koncepcja brodacza, od którego dopiero co wyszedłem.

Zakończyłem sam filuternym całusem zdmuchniętym z dłoni, kiwnąłem głową w stronę reżyserki, asystentce pomogłem dźwignąć się na równe nogi i ruszyłem w półmrok za lampami.

Na korytarzu minęła mnie grupka osób ponaglana przez kurduplowatego mężczyznę, który wciąż powtarzał, że jeszcze spóźnią się na nagranie, niech to cholera, kurza twarz. Poznałem go, choć teraz szedł usztywniony jakiś, z podbródkiem wysuniętym w przód, przejęty ważnością swojej osoby. W jednej ręce niósł neseser, drugą wcisnął w kieszeń nienagannie wyprasowanych, czystych spodni. Wionął od niego zapach wody kolońskiej. W ogóle nie przypominał nerwowego chudzielca, który macha bez potrzeby rękoma, pali papierosa po papierosie i przyzwyczajony jest tylko do naturalnego zapachu rzadko pranych skarpet. Pluskwa. On to był.

Rozminęliśmy się, jakbyśmy przynależeli do dwóch różnych wymiarów: on tam, ja tu, osobno. A trzeci – Helmut – jeszcze gdzie indziej. Nie szukali mnie, więc i ja ich nie szukałem, ale bywało – rozmyślałem o nich. Żałowałem, że nie potrafiliśmy się jakoś zebrać w tamtej knajpie niedaleko pałacu. Po dwóch, albo trzech piwach trójca nasza może by odżyła. Kto wie? Nie wydałbym lekką ręką swojej nagrody. Oni nie zaprzedawaliby się najbardziej destruktywnym mamidłom: Pluskwa polityce, Helmut religii. Bo Pluskwa, jak słyszałem, został posłem, Helmut natomiast przyplątał się do jakiejś sekty, albo może sekta do niego – tego dokładnie nie wiedziałem. Wcale mnie nie potrzebowali. To bolało mnie najbardziej.

Z ciekawości i jakby sobie na przekór zerknąłem do studia, w którym zniknął Pluskwa, ignorując czerwone światło nad drzwiami. Siedział przy półokrągłym stole. Ktoś musiał go nieźle podszkolić w sztuce gestykulacji i retoryki. Gdy zabierał głos, mówił zdecydowanie, choć spokojnie i nie potrząsał rękoma bez potrzeby. Lepiej zresztą było patrzeć na niego, niż go słuchać, albowiem wiele do powiedzenia nie miał. Wciąż przekonywał do jakiegoś ogólnonarodowego programu budowy śmietnisk.

Helmut natomiast nie mówił prawie wcale, za to dryblas z długimi włosami zebranymi z tyłu w kitkę gadał za nich obu. Helmuta zauważyłem w holu. On mnie nie dostrzegł wcale. Z uwagą spoglądał na swoje wielkie stopy, odmierzające nieśpieszne, posuwiste kroki, po których mógłbym go wszędzie i zawsze rozpoznać nie widząc twarzy. Obaj z dryblasem szli pokornie za brzydką, korpulentną dziennikarką, znaną z dziwnych wywiadów z dziwnymi ludźmi.

Wedle tego, co usłyszałem skryty w półmroku za kamerami, Helmut przedstawiony przez dryblasa był kimś w rodzaju proroka. Nie znałem go od tej strony. On sam pewnie też nie. Wyglądał na zaskoczonego i zażenowanego.

Wycofałem się na korytarz, korytarzem do wyjścia, na ulicę. Chciałem odetchnąć pełną piersią, ale tylko zakrztusiłem się spalinami. Poprzestałem na płytkim westchnieniu. Pluskwa i Helmut robili kariery - w przeciwieństwie do mnie. Być nieudacznikiem to nic przyjemnego. Ale jeszcze gorzej jest być facetem z jajami, a mimo to nieudacznikiem. Jeśli nie nadawałem się nawet do telewizji, to do czego w ogóle się nadawałem?

Czego tak naprawdę chciałem? Do czego dążyłem? Co dawałoby mi zadowolenie z dnia, który minął, i z tego, którego dopiero wyczekuję?

Zadając sobie takie pytania w wieku dwudziestu lat wykazujemy się rozsądkiem. Kiedy zaczyna się nad tym samym zastanawiać przywiędły gość w średnim wieku taki jak ja, jest to objaw pożałowania godnego zdziecinnienia. Raptem przypomniałem sobie, że niedaleko mieści się redakcja kwartalnika, w którym wydrukowano mój esej. Niewdzięcznikiem byłem – nie zjawiłem się tam ani razu. To był przecież mój obowiązek: przedstawić nowe pomysły, które potem zamienię w słowa. Porozmawiać z ludźmi, dla których ważne są pojęcia abstrakcyjne i tematy najbardziej nawet odległe od powszedniości. To mnie uspokoi. Natchnie do działania. Zmusi do pracy, którą nie zarobię choćby na czynsz, ale która da mi poczucie sensu i celu.

Redakcja znajdowała się na czwartym piętrze starej kamienicy woniejącej kocimi szczynami. Zajmowała dwa ciasne pomieszczenia. W obu gęsty kurz wzbijał się skotłowanymi chmurami pod wysoki sufit zaledwie tknęło się cokolwiek. Naczelny z trudem przypomniał sobie moje nazwisko.

Ach, tak! – Szybko zamrugał powiekami, gdy przedstawiłem się jako autor eseju takiego to, a takiego. – Jesienny numer! Zgadza się! Brakowało nam wtedy jakiegoś tekstu na dziesięć stron do zapchania dziury. A tu taki zbieg okoliczności, kto by pomyślał! Sięgnąłem po prostu do starej korespondencji, przeglądam, jest! Dokładnie dziesięć stron! To pan utrafił, moje gratulacje! Co do linijki!

A treść? Co pan o niej powie? Też utrafiona? – dopytywałem się onieśmielony.

Nie czytałem – przyznał szczerze naczelny. – Czasu nie było, z drukarni już dzwonili i...eeee.. Zaufaliśmy, można powiedzieć. Powinien pan być dumny. Tak. A potem... eeee... Nieważne zresztą, panie kochany. Widział pan wczoraj mecz?

Mecz. Wolałbym wznioślejsze tematy; uchylał się od nich jak mógł, krzywiąc się z niesmakiem; dla niego były nudną codziennością.

Przygnębiony pożegnałem się pośpiesznie i zanurzyłem w ukośnej ścianie deszczu na ulicy. Wiatr smagał mnie po gębie. Kurtka z zepsutym zamkiem załopotała swobodnie na wysokości moich ramion. Wyglądała jak odwłok wleczony przez człekopodobnego robala.







odcinek XX


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni