wiosna 2005


strona główna



  
   I     
   II    
   III   
   IV    
   V         VI        VII       VIII      IX        X         XI        XII       XIII      XIV       XV        XVI       XVII      XVIII     XIX   

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - XX


Pluskwa wyszedł ze studia telewizyjnego niedługo po mnie, wciąż ponaglany upływającym czasem, albowiem musiał zdążyć na kilka zaplanowanych uprzednio spotkań. Uwielbiał to. Kiedy się nie ma czasu wolnego, śpi się lepiej i w głowie nie lęgną się żadne niepokojące myśli.

Miał wrażenie, że jakaś dziwaczna postać wynurzająca się z głębi korytarza w towarzystwie bardzo wysokiego młodzieńca machnęła do niego ręką, ale nie zatrzymywał się. Jeśli nie był to jeden z tych, którzy obściskują mu rękę i wychwalają za mądrość, to na pewno musiał być od tych drugich, co to wygrażają mu pięściami i przeklinają za głupotę. Tak czy inaczej, nie wart był spóźnienia.

Zatrzymał się dopiero przy samochodzie. W cieniu pod drzewem czekała na niego panna Jagoda. Ty tutaj? – wykrztusił zmieszany.

Są wakacje, do cholery. Mam wolne. – Wyjaśniła panna Jagoda, po czym z rozmachem grzmotnęła go pięścią w szczękę. Partyjni współtowarzysze Pluskwy przypadli do niej, odciągnęli, cisnęli na trawnik i byliby pewnie poturbowali jeszcze mocniej, lecz Pluskwa przegnał ich krótkim warknięciem. Pomógł pannie Jagodzie wstać, otrzepał jej szeroki zadek z kurzu.

Nie było czasu, żeby ciebie odwiedzić – przyznał cicho, ze skruchą i łakomie zerknął na jej kształty wypełnione w każdym kawalątku kobiecością. Niekiedy o tych krągłościach i wypukłościach wspominał. Bywało, że pojawiały się w snach. Rankiem starał się o nich zapomnieć. Nie wolno ulegać pokusom, o których wiadomo, że gdy się raz im ulegnie, to przenicują twoje życie na zawsze. Nie po to zostaje się ascetą w służbie ogółu, jak przywykł się nazywać to, czym się zajmował.

Jednakże jak każdy asceta Pluskwa uwielbiał swoje pokusy. Zwłaszcza na jawie. Nie dalej, niż dwa kroki przed nim. Wzmocnione wiele obiecującym uśmiechem, który przyozdobiony był jeszcze oślepiającym błyskiem złotego zęba. Zaraz zacznie padać – zauważył Pluskwa przestępując z nogi na nogę. – Wsiądziemy do samochodu? Nic z tego, mój drogi – oświadczyła panna Jagoda, a dostrzegłszy jego pożądliwe spojrzenia, nieznacznie wypięła pierś. – Zabieram cię stąd.

Nie mogę zawieść... partia... wyborcy... plan mam bardzo napięty – wybąkał. W gruncie rzeczy był dumny, że jeszcze jest w stanie stawiać opór. Tylko największe pokusy czynią ascezę sensowną.

Wynośmy się stąd zanim będzie za późno!... – Syknęła mu w ucho panna Jagoda. Pochyliła się tak, że Pluskwa, nie spuszczając wzroku z jej biustu, poczuł rozkoszne mrowienie w lędźwiach. Dlatego mówię, że ten deszcz...

Ja nie mam na myśli deszczu, idioto!...

Stojący z tyłu towarzysze partyjni Pluskwy nieufnie przyglądali się tej rozmowie. Pluskwa, zdawało się im, jakby skarlał. Wstyd był takiego pokazywać i wypychać przed tłum.

Mój szwagier – ciągnęła swoją szeptaninę panna Jagoda – ma kumpla z wojska, który zna takiego jednego z ministerstwa... -Cokolwiek miała do powiedzenia, Pluskwa miał nadzieję, że będzie mówiła długo. Wzburzona, oddychała szybko i jej piersi to wznosiły się, to opadały pięknie falując. Było na co popatrzeć. - ...I ten z ministerstwa wspomniał, że z tym funduszem na śmietniska szykowany jest jakiś grubszy przekręt... – Pluskwa zamarł w bezruchu. - ...I że ciebie w ten przekręt wrobią. Naciągane kontrakty za łapówki, wykup terenów po zawyżonych cenach, lewe przetargi i takie tam, ty lepiej wiesz ode mnie, o co chodzi. Ponoć od początku byłeś upatrzony na odstrzał jako podstawiony frajer...

Pluskwa przymknął oczy. Otwierał je powoli, ponownie przeobrażony z kurdupla pokornego w kurdupla wyniosłego. Obrócił się ku swoim towarzyszom.

Spotkamy się na miejscu. Pojadę sam... z tą panią. – Nieznacznym skinieniem głowy wskazał pannę Jagodę. Nikt nie oponował. Pan poseł nie lubił powtarzać poleceń. Na to też żal mu było czasu.

Pluskwa prowadził milcząc i jechał tak dopóty, dopóki nie ogarnął ich sosnowy las. Wtedy przystanął na poboczu. Wtulił się w pierś panny Jagody i pomyślał raptem, że wypełniająca ją kobiecość bywa też aseksualna, matczyna. Daje poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Załkał.

Panna Jagoda głaskała go po głowie. To zadziwiająco łatwe zadanie – rozszyfrować, czego jej mężczyzna naprawdę potrzebuje. Toteż gdy się trochę uspokoił cichutko przypomniała mu o knajpie, w której się spotkali. Czekało na nich zimne piwo.


Helmut usiadł z ponurą miną na odrapanej ławce obok dworca. Uczeń poszedł kupić bilety powrotne. Nawet prorok czyniący cuda nie może jechać na gapę.

Widział Pluskwę, kiedy ten wychodził z budynku telewizji. Tamten nie poznał go; przeszedł szybko dalej. Pytał też o mnie, Humanistę, ale powiedziano mu, że już tu nie pracuję i dopiero co wyniosłem się diabli wiedzą dokąd.

Nie dane mu było spotkać się z nami i niewiele pomogło jego śpiewne „kurwa mać” wyszeptywane raz po raz. Moc tego zaklęcia działała tylko na baby, które przyprowadzał mu Uczeń. Od progu wyliczały mnóstwo trapiących je chorób. Przestraszone milkły na chwilę, bo Helmut przerywał im basowym pomrukiwaniem. Kładł swoje wielkie dłonie na ich głowach. Po czym zaczynały swoją wyliczankę na nowo, ale już na korytarzu, do Ucznia, aby pochwalić się, ile to paskudztwa wypędził z nich święty mąż swoją mocą.

Uczeń nie wrócił spod kas sam. Za nim dreptał niewysoki, dziobaty mężczyzna z wielką torbą plastikową w dłoni. Zgadaliśmy się – oznajmił Uczeń uprzedzając pytanie Helmuta. – Pan Józek ma chorą córkę...

Pan Józek wtrącił pośpiesznie:

Bo żem wpadł do siostry, co jest tutaj pielęgniarką, że niby leczyć ją trza, córkę znaczy, ale doktory to się nie znają, śmieją się tylko, albo straszą psychiatrami, w mordę...

Pan Józek – podjął Uczeń – zaprasza do siebie na noc, żeby zobaczyć co i jak.

Nocleg gdziekolwiek indziej niż zapluskwione poddasze Ucznia było niezłą zachętą. Helmut przytaknął.

Po kusztyczku swojskiej nalewki, posępny wyraz twarzy, z którym wybrał się w podróż, rozpłynął się w uśmiechu. Ten uśmiech go odmłodził. Niezły początek gościny.

No i co z tom córom? – zapytał wreszcie i pochylił się ku panu Józkowi i jego żonie, którzy siedzieli naprzeciw niego. Siedzieli w dziwnych pozach, jakby parzyły ich krzesła. Na pierwszy rzut oka pomyślał o nich: brat i siostra, tak byli do siebie podobni. Lecz było to tylko podobieństwo starego małżeństwa, które zaszyło się w gajówce na bezludziu i po latach przywykło do powtarzania każdego dnia od nowa – we dwoje.

Pan Józek i żona jego, tak zdumiewająco doń upodobniona, poczęli mówić jednocześnie nawzajem się uciszając i Helmut przez dłuższą chwilę nie rozumiał ani słowa, tak były ze sobą zasupłane.

Tłumaczem był Uczeń.

Trzydzieści dwa lata ma córka, za mąż nie chce, zamyka się, popłakuje, je byle co i niewiele, godzinami w okno patrzy, a patrzeć przecież nie ma na co, tam las tylko.

Helmut się zamyślił.

To nie jest powaszna choroba. Powaszna choroba to hemoroidy. Ale wszysztke leky na hemoroidy som do dupy. Nie zrozumieli żartu i Helmut znowu uświadomił sobie, że zdarzają się chwile, że brakuje mu prostackiego rechotu nas dwóch: mojego i Pluskwy. Nie każdy zna się na subtelnych dowcipach.

Z rezygnacją wypił jeszcze odrobinę i pozwolił się zaprowadzić ku schodom, które kończyły się u góry pomalowanymi na biało drzwiami. Za drzwiami czekał półmrok. Zanim do niego przywykł stał bezradnie w progu, nikogo nie widząc. Czuł się jak idiota i na pewno tak wyglądał.

Trzeba Baśce wybić z głowy staropanieństwo – podpowiedziała mu z tyłu żona pana Józka.

Z nikim się nie umawia, zalotników odprawia – wtrącił zaraz pan Józek, ale żona zagłuszyła go błagalnie:

Uleczcie ją, mężu święty!

W głębi pokoiku z mansardowym oknem stała na okrągłym stoliku gruba świeca. Było to jedyne źródło światła. Z fotela wciśniętego obok czegoś, co wyglądało na szafę, oderwała się bezkształtna zrazu plama, która – zbliżając się do drzwi – stawała się krótkowłosą, melancholijnie poważną kobietą. Z jej miną kontrastował ubiór podlotka: bawełniana koszulka i dżinsy. Baśka wyglądała tak, jakby nie mogła się zdecydować, czy jeszcze jest dziewczęciem, czy już dojrzałą niewiastą.

Wtem roześmiała się, a śmiała się tak szyderczo i głośno, że zawstydzonych swoich rodzicieli przegnała tym śmiechem do kuchni. Podparła się zadziornie na biodrach. Zaiskrzyło coś w jej oczach.

To już nawet jakiegoś cudaka mi tu sprowadzili, no, no – kpiąco przymrużyła z lekka opuchnięte powieki. – Święty mąż, ha! Dobrze, uleczcie mnie więc. Szybko, bo nie mam czasu. No, dalej!

Sama pochwyciła jego nieforemne dłonie i chichocząc ułożyła je sobie na głowie. Helmut posłusznie wychrypiał „kurwa mać”. I tak nie wymyśliłby nic mądrzejszego. Ta kobieta go onieśmielała.

Niespodziewanie dla obojga niezrozumiałe jakieś siły zaczęły z nagła krążyć wokół nich. Dawały o sobie znać piskiem w uszach od zbyt dużego ciśnienia krwi.

Był od niej wyższy o jakieś ćwierć metra i Baśka musiała do góry unieść podbródek, aby z bliska spojrzeć w Helmutowe oczy przyczajone pod krzaczastymi brwiami.

Och, ty – wyszeptała z niedowierzaniem.

Wszystko, co stało się zaraz potem, trwało nieprzyzwoicie długo.

Rankiem Helmut mógł spokojnie oświadczyć panu Józefowi i jego żonie, że córka jest uleczona.

Wychotszy za monsz. Za mnie.

Zawsze wiedziałam, że trafi mi się taki przystojny, starszawy pan – zaszczebiotała Basia podskakując na schodach. – Kochani, chcę być jego żoną. – Szurnęła krzesłem, usiadła przy stole i z apetytem zaczęła gryźć kawałek chleba z serem.

Patrząc na nią rodziciele nie mieli już wątpliwości: Baśka ozdrowiała. Stał się cud.

Przyszły pan młody o cokolwiek niemłodym wyglądzie ucałował przyszłych teściów zanim wykrztusili: „Boże jedyny...” Jeden tylko Uczeń nie tknął śniadania i usiadł naburmuszony z boku. Wcale nie wyglądał na zadowolonego z największego cudu, jakiego dokonał jego mistrz.

Zbierał się w sobie, wreszcie gwałtownie wstał, grzmotnął pięścią w blat stołu i zduszonym, chrapliwym głosem oznajmił:

Tak nie może być.

Znaczy: co? – zapytał przestraszony pan Józek. Pewnie nie smakował mu smalec z cebulą. Albo chleb wypiekany przez żonę. Na pewno chleb.

Jak się z nią ożenisz – mówił Uczeń patrząc twardo w oczy Helmuta – to z nią zostaniesz.

Jasne – zgodził się Helmut i wielkodusznie zaproponował: - Bentszesz szwadek na szlubie.

Uczeń potrząsnął głową tak gwałtownie, jakby chciał z włosów wytrzepać cały łupież.

Mistrz nie może porzucać swojej gminy. Nie mogą zostać jak owce bez pasterza...

Kto? – nie pojmował Helmut.

Opowiadałem o mistrzu każdemu, kto chciał słuchać. I niektórzy zrozumieli, że to duch objawia się w łasce czynienia cudów. Oni czekają na nas. Leczyłeś ciała, mistrzu, a teraz trzeba leczyć dusze, a dusze leczę ja, bo takie mam powołanie. Jestem twoimi ustami. I buduję kościół, żywy kościół, gminę tych, co uwierzyli. Ty jesteś ich pasterzem, ja pasterskim psem. Świadkiem niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie. Idziesz, mistrzu?

Helmut z niechęcią machnął ręką.

Ty itszesz. Do diabla. – Obrócił się do pana Józka. – Poczensztuj no, teszczu, nalewko. Dobra jest.

Uczeń wyprostował się.

Złe cię opętało, mistrzu. Złe! Ale pomogę ci. Przyjdziemy tu z naszą gminą i wyrwiemy cię z tego szatańskiego gniazda. Choćby wbrew tobie. Nie jesteś przecież teraz sobą. I wniebowstąpisz na naszych oczach, bo tak obiecałem tym, którzy mnie posłuchali. Amen.

Wyszedł trzasnąwszy drzwiami. W gajówce na długo zaległa cisza przerywana tylko bzyczeniem gnojowych much i odległym poszczekiwaniem wiejskich brysiów.







odcinek XXI


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni