| I II III IV V VI VII VIII IX X XI XII XIII XIV XV XVI XVII XVIII XIX XX
|
Ucieczka każdego dnia dariusz hoeft
Odcinek - XXI
Tylko idiota nie czeka na śmierć do listopada. To pamiętałem. Jednak na swoje usprawiedliwienie mam, że akurat tego roku maj zaczął się jesienną szarugą i cuchnął zbutwiałymi liśćmi.
Gdyby zresztą był słoneczny i piękny, wymyśliłbym inne usprawiedliwienie. Znałem wystarczająco dużo ładnie brzmiących słów, żeby przynajmniej samego siebie przekonać, że dokonałem najrozsądniejszego wyboru i jeśli nie zyskam – bo w istnienie zaświatów powątpiewałem – to na pewno nic nie stracę.
Tym razem nie zamierzałem w ostatnich chwilach mojego jałowego życia czuć goryczy w gardle. Żadnych lekarstw. To nie jest godne faceta z jajami. Za ostatnie pieniądze kupiłem pokątnie garść pigułek, które łykają nastolatki na techno-dyskotekach. Umieranie powinno być przyjemnością.
Poza tym nigdy nie faszerowałem się narkotykami, a powiadają, że w życiu trzeba spróbować wszystkiego, bo z tego jest prawdziwa mądrość, ja zaś byłem na tyle próżny, że do ostatniej chwili chciałem być mądrzejszy niż jestem.
Ale rajska biel, którą ujrzałem potem, znowu była tylko bielą szpitalną. Głos jakiś – męski, chociaż nieco piskliwy – twierdził, że z pieprzonymi narkomanami nie będą się tu użerać i trzeba gościa odstawić do czubków, po czym drugi głos – a ten z kolei był tubalny, mocny – gorliwie tamtemu zawtórował.
Głosy oddaliły się i rozpłynęły w końcu wśród pokasływań, szurań, jęków i popiardywań wypełniających korytarz. A nade mną zawisł anioł z gorejącą aureolą. Ryża pielęgniarka.
A jednak byłem w raju. Raj nie jest miejscem zarezerwowanym dla umarlaków. Właściwie nie jest żadnym miejscem. W raju czas i przestrzeń przestają się liczyć. Chóry anielskie wyją w głowie, błogo nam, jakbyśmy opili się ambrozji i najohydniejszy nawet przedmiot znajdujący się w zasięgu wzroku przestaje wkurzać.
Pielęgniarka rozpuściła swoje włosy. Spróbowałem podnieść rękę, ażeby je dotknąć. Były jeszcze dłuższe niż rok temu.
Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu człowieka szczęśliwego.
Czas pod szpitalną lipą był ciągliwy i mazisty. Prawie było czuć, jak wolno, wolniuteńko płynie obok. Donikąd się nie śpieszy, bo i ja donikąd się nie śpieszyłem. Patrzyłem na chmury. Mogłem patrzeć w spokoju, ponieważ nie niepokoiła mnie żadna myśl.
Ktoś usiadł obok mnie. Dwie osoby. Wpierw z jednej, potem z drugiej strony.
Dobre miejsce, żeby zwiać od posłowania – wyznał Pluskwa zasiadający po mojej lewicy, Helmut z mojej prawicy dodał zaraz:
Jesztsze lepsze, szeby mnie Utszen nie znalaz, kurwa mać.
Wzruszenie ścisnęło mi gardło. Załkałem.
Powiadają, że niekiedy trzeba się wypłakać. Łzy oczyszczają oczy – czy coś w tym rodzaju. Tamtego dnia wcale sobie nie żałowałem. Pluskwa z Helmutem zagryzali tylko wargi, marszczyli czoła, siąkali nosami, jednak jakoś przetrzymali. Ja płakałem za nich i za siebie, obsmarkując obu po równo.
Komary krążyły nad nami jak małe aniołki z barokowych obrazów, które trochę schudły, zbrzydły i skarlały.
Dumaliśmy nad sobą godzinę, a może i dwie. Cicho omawialiśmy to, co było. Zapętlił się czas i uciekając stąd – znów tutaj trafiliśmy, ale przecież na tym zyskaliśmy. Pozbyliśmy się ciążącej nam przeszłości. Nie mieliśmy także złudzeń, ile warte są nasze ambicje. I spotkaliśmy kobiety, z którymi było nam dobrze.
Kurwa mać – podsumował z uznaniem Helmut, gdy wypowiedziałem to głośno.
Czyli teraz musi się udać – domyślnie podsunął Pluskwa ledwo widoczny w tumanach nikotynowego dymu.
Helmut powoli wstał i otrzepał spodnie na zadku.
Niekiedy nie warto się zastanawiać nad słusznością wyboru, który narzucał się sam, jakby bez naszego udziału. Przyjęliśmy go bez buntu, nie grymasiliśmy, za co odwdzięczył się nam oczyszczając z wątpliwości.
Ludzie sentymentalni nazywają to natchnieniem. Na przykład ja.
Naszym przeznaczeniem była ucieczka.
Wymknęliśmy się ze szpitala zaraz po kolacji. Szliśmy tą samą drogą, a mimo to wcale nie przechodziliśmy przez zarośnięty chwastami cmentarz. Cmentarz znikł. A skoro cmentarz znikł, to znikł też problem z identyfikacją pochowanych tam ludzi. Leżeli sobie cichuteńko pod asfaltową powłoką, na której wymalowano linie wyznaczające boisko do piłki ręcznej i do siatkówki. Pewnie i tak nie bardzo im to przeszkadzało, bo nikt tu nigdy w nic nie grał.
Cel ucieczki wskazałem ja.
Przez jakiś czas skazani byliśmy na gnuśne przesiadywanie gdzieś na odludziu. Dlaczego nie mielibyśmy tego robić u siebie? Wciąż przecież pałac był naszą własnością. O ile jeszcze stał.
Nic o pałacu nie wiedzieli. Starali się wielkodusznie nie wspominać o nagrodzie, którą zdobyłem, ponieważ było dla nich oczywiste, że ktoś taki jak ja nie umie uszanować pieniędzy i wszystkie zapewne przepuścił. Co do tego się nie mylili. I nie zdziwiło ich wcale, gdy sam im to wyznałem, wstydliwie spuściwszy głowę. Wzmianka o pałacu najzupełniej ich jednak zaskoczyła.
I jesztsze tej kupy gruzów nie spszedalesz? – jęknął Helmut.
Może spalimy to cholerstwo jak pałac mojego ojca? – ochoczo zaoferował się Pluskwa, początkujący piroman. Pamiętał jak pięknie płonął ojcowy pałac ku podziwowi całego miasta.
Potrząsnąłem głową.
Nic nie rozumiecie. To nasza wspólna własność. Znak przymierza między nami.
Nadal nie rozumieli, ale moje słowa zrobiły na nich duże wrażenie.
Wlaszczywe – odchrząknął Helmut – dopóki jest tszeplo...
...i dachówki nie lecą na łeb... – dokończył Pluskwa.
Innymi słowy – tak ja to widziałem – entuzjastycznie przystali na mój pomysł.
Szli wprawdzie z osiąganiem i marudzili pod drodze z odległej stacji kolejowej, ale nie mieli odwagi otwarcie się zbuntować. Ilekroć zerknęli na moją pokraśniałą z zadowolenia twarz ich nie wróżące nic dobrego, zduszone przekleństwa cichły na jakiś czas.
Do pałacowej bramy dotarliśmy w środku nocy. Miałem niejasne odczucie, że coś tu się zmieniło. Lecz w ciemnościach zwykle zmieniają się proporcje i kształt rzeczy. Wyobraźnia natomiast uwielbia przekształcać splątane krzaki albo kołyszące się gałęzie w jakieś stwory. Ja na przykład zobaczyłem niedźwiedzia. Chociaż Helmut z Pluskwą też go zobaczyli. W dodatku niedźwiedź z naszej wyobraźni sapał i pomrukiwał złowrogo. Była to wyjątkowo realistyczna zjawa. Żwawo się do nas zbliżała i czuć ją było mulistym błockiem. Każdy przebyty przez wyimaginowane zwierzę metr prowokował naszą fantazję do podsuwania nam nowych szczegółów tego obrazu. Wreszcie – kilka kroków przed nami – w świetle księżyca stanęło na dwóch łapach i potężnie zaryczało bure bydlę z małymi, świdrującymi oczkami. Wtedy naszły mnie pierwsze wątpliwości. Moja wyobraźnia nie była tak nachalnie dokładna.
Waśka, ej, Waśka, stój no, diable rogaty, nie rusz!... Do nogi! – wrzasnął ktoś z głębi alejki, jeszcze dla nas niedostrzegalny.
Staliśmy bez ruchu i staraliśmy się nawet nie oddychać. Waśka najwyraźniej nas pilnował. Opadł na cztery łapy dopiero wtedy, gdy doszedł do niego staruszek, którego wynająłem do pilnowania pałacu. Staruszek nie miał uszanki. Miał beret. Nie zmyliło mnie to jednak. Swojego uśmiechu człowieka pogodzonego z całym światem nie zmienił.
Staruszek zbliżył się do nas, mrużąc i tak maleńkie pod obwisłymi, pomarszczonymi powiekami oczy. Uśmiechnął się szerzej, gdy mnie rozpoznał.
Wszystko czeka, cholercia – oświadczył i nie tracąc czasu na wyjaśnienia odgonił Waśkę w krzaki i skinął ręką, byśmy szli za nim. Mimowolnie dopasowaliśmy się do jego drobnych, kuśtykających kroków. Helmut miał z tym największy kłopot.
Tylko jedno okno pałacu rozjaśnione było żarówką zwisającą wprost z sufitu. Światło skośną smugą przecinało ciemność obok bocznego wejścia i kończyło się trapezokształtnym plackiem rozpłaszczonym na trawie. Staruszek wiódł nas właśnie w tamtą stronę. Otworzył drzwi i przepuścił nas do niewielkiego pomieszczenia zaraz za nimi. Pośrodku stał stary stół kuchenny obstawiony taboretami, a na stole sterczała wielka flaszka z mętnym płynem.
Bimber – wyjaśnił staruszek, śledząc nasze lustrujące spojrzenia. Nie mieliśmy nic przeciw temu, gdy nalał nam solidne porcje do obszczerbionych kubków, nieśmiało jednak chcieliśmy zaprotestować widząc, że do stolika bezceremonialnie dosiadł się też Waśka, który wślizgnął się przez drzwi chwilę po nas. Staruszek uspokajająco machnął ręką.
Waśka zawsze tak. Bez ćwiartki nie uśnie. No – obrócił się do niedźwiedzia i wręczył mu największy kubek – chlapnij sobie, cholercia, i won na dwór, brudasie. Mówiłem, żebyś nie łaził w błoto.
Waśka ścisnął niezdarnie kubek w obu łapach, prędko wlał w siebie bimber, zamlaskał, oblizał się i posłusznie poczłapał z powrotem, w mrok za drzwiami. Staruszek coś mu jeszcze powiedział i zasunął rygiel nad klamką.
Żeby mi nie wychlał wszystkiego jak pośniemy – zachichotał.
Waśka, okazało się, zdezerterował z cyrku, który pojawił się w pobliskim miasteczku, a że staruszek nie miał sumienia odbierać mu wolności, więc go przygarnął. Od czasu do czasu ktoś skarżył się, że niedźwiedź buszuje przy pałacu. Przyjeżdżali wówczas różni – ze strzelbami i bez – ale odjeżdżali z niczym. Staruszek chował Waśkę w piwnicznych labiryntach i śmiał się tylko, że tu nie puszcza, tu żaby i ślimaki, nie gruby zwierz.
To złodzieje dzwonili, taka ich mać. Waśka żadnego tu nie wpuścił, to się złościli. Waśka lepszy od psa. I pić z nim można!
Pili obaj, chociaż tylko do snu i dla rozweselenia serca, po ćwiartuchnie, nie więcej.
Nie zrobię z bydlęcia alkoholika – z godnością oznajmił staruszek i ciszej dodał: - Z tych pieniędzy, co tu je pan przysłał, musiałem coś dla Waśki skubnąć... Żre, cholercia, co by nie powiedzieć, dużo... I jak nie popije, smętny się jakiś robi, to i bimber kupiłem, nie żałowałem, tu dobry pędzą...Ale reszta...
Nie dałem mu dokończyć, poklepałem protekcjonalnie po ramieniu, wyniośle obojętny co do losu pieniędzy dawno już odżałowanych. Jedyne, co mnie interesowało, to jakieś łóżka, w których doczekam się snu. Toteż kiedy już wysłuchaliśmy historii Waśki, nic już nas nie mogło utrzymać przy stole, nawet kolejny kusztyczek bimbru, zresztą rzeczywiście niezłego.
Staruszek bez wahania popchnął nas ku sąsiedniej sali – obszerniejszej od tej ze stołem. Pod ścianą leżały sienniki. Cały stos, co najmniej tuzin. Mogło w nich siedzieć stado pluskiew i mogły być wypchane spleśniałą słomą – nic mnie to nie obchodziło. A jeszcze mniej obchodziło Helmuta i Pluskwę; zasnęli szybciej ode mnie. W pustym pomieszczeniu ich chrapanie wydawało się nadzwyczaj głośne.
odcinek XXII
|