| I II III IV V VI VII VIII IX X XI XII XIII XIV XV XVI XVII XVIII XIX XX XXI
|
Ucieczka każdego dnia dariusz hoeft
Odcinek - XXII
Obudziliśmy się w pałacu nam nieznanym. Sala, w której spaliśmy, prześwietlona teraz porannym słońcem, była oślepiająco biała od gładkiego, gipsowego tynku. Pośrodku sufitu, w owalnym plafonie, pluskały się dwa delfiny w szmaragdowej wodzie. Otaczały ciężki żyrandol z fałszywego kryształu. Naprzeciw nas tkwił kominek zdobiony bukowymi deskami z ornamentem splątanych liści.
Zanim przywykliśmy do tego widoku, zza okna – niedawno, jak się zdaje, wstawianego – buchnął gwar ludzkich głosów, zmieszany z hałasem wytężonej pracy: postukiwaniami, wizgami, grzechotami.
Zaniepokojeni wybiegliśmy na zewnątrz. Trzech robotników kładło dachówki, dwóch instalowało rynnę, a jeszcze dwóch innych kręciło się przy zwojach elektrycznego kabla. Jedno skrzydło pałacu wyglądało na świeżo wyremontowane, drugie czekało na swoją kolej odrapane z popękanych tynków i zionące dziurami po starych oknach. Poza nami – zamiast chaszczy, uporządkowany park z alejkami wysypanymi tłuczonym kamieniem.
Co tu się dzieje? – wykrztusiłem przywoławszy staruszka, który z założonymi w tył rękoma stał opodal i z zadowoleniem przyglądał się naszym twarzom zastygłym w grymasach zdziwienia.
Co ma być, cholercia? – Wzruszył ramionami. – Swój rozum mam. Jak taka kupa forsy zwala się naraz, to nie po to, żeby ją szast-prast, rozpierdzielić. Myślę sobie: „Oho, wypróbować mnie chce”. Za przeproszeniem! „Wypróbować, czy ja aby dobry na te czasy. Przyjedzie rozliczyć, zapyta: Coś stary dziadu zrobił z moim bogactwem? I wyleje na zbity pysk, wyleje jak amen w pacierzu, jeśli będę tylko w nochalu dłubał i nic z tym nie pocznę. Pal diabli mnie, ale gdzie się Waśka, niebożątko, podzieje?” I tak sobie, cholercia, przekalkulowałem, że muszę gazetę kupić. W gazetach piszą co i jak, a ja przecież niedzisiejszy, to skąd mam wiedzieć, jak teraźniejsi ludzie zarabiają. Przeczytałem, podumałem i spodobała mi się, cholercia, giełda. Co to właściwie jest – do dziś nie wiem. Co tam! Wypchałem forsą kieszenie, jadę na giełdę. Pokazują mi takiego jednego niby kasjera. „Makler jestem” – mówi on. To ja też się przedstawiłem. I mówię: „Mam tyle a tyle. Kup trochę papierów, co tu nimi handlujecie, ale wiesz pan, takich, co to zysk największy”. Widzę: coś kręci. Że niby on nie gwarantuje, że to się wszystko zmienia i takie tam. Mydlenie oczu! „Dawaj” – mówię – „ja wybiorę”. Podsuwa mi kartki z jakimiś nazwami. Niech go piorun! A ja nawet okularów, cholercia, nie wziąłem. To mu pokazuję paluchem. „Tego mi pan kup i tego”. I pojechałem do Waśki, bo zgłodniała gadzina i odwykła od samotności, tęskni za starym, wypatruje. Mija tydzień, drugi. Dzwonię z poczty. „Mówię ja, znaczy taki a taki. Jak tam moje papiery?” Słyszę, że tamten śmieje się jak wariat. Ochrzaniłem go: „Co jest, cholercia?”. „Panie kochany” – mówi on – „takiej zwyżki dawno nie było. I to akurat firmy, jakie pan obstawiał. Pan to ma nosa. Sprzedajemy?”. „Połowę” – ja na to, bo żaden ze mnie raptus i nie lubię tak na łapu-capu. „Za połowę tej połowy kup pan czwartego z karteluszki, coś mi ją pan podsunął, a resztę dawaj tutaj”. I tak to od tamtej pory leci. Chodzę co tydzień na pocztę, mówię co i jak, a on mi pieniądze przesyła. Są pieniądze, to i robota w pałacu idzie. Ale względem tego żarcia dla Waśki i bimbru...
Znowu nie pozwoliłem mu się wytłumaczyć. Przydusiłem do siebie, obściskałem. Helmut i Pluskwa zaraz po mnie. Staruszek zamilkł – może ze wzruszenia, a może tylko stracił dech. Nie zapomniał jednak uspokajająco skinąć na Waśkę, który już wynurzył się spoza drzew. Chyba Waśka nie lubił, gdy ktoś tarmosił staruszka. Waśka zanurkował w półmroku parku i już po chwili słychać było dobiegające stamtąd przeraźliwe piski. Jedną z alejek biegły ku nam przerażone trzy kobiety. Ślicznie wyglądały z kropelkami potu jak diamentowe kolie, poczerwieniałe, zdyszane i ufne, że je obronimy wątłymi, ale przecież męskimi piersiami.
Miło jest być bohaterem, zwłaszcza wtedy, kiedy bohaterski czyn nie wymaga wiele trudu. My ograniczyliśmy się do zgodnego huknięcia:
Won, Waśka!
Niedźwiedź przyglądał się nam podejrzliwie. Przegonił obce osoby i zasłużył na pochwałę. Nasze „won” nie brzmiało jak pochwała. Obrócił się do staruszka i dopiero jego zmarszczone brwi przekonały go, że powinien jednak poczłapać z powrotem.
Kobiety nasze uwiesiły się nam na szyjach wdzięczne za ratunek. Najgorzej wyszedł na tym Pluskwa. Kobiecość złotozębej panny Jagody sporo ważyła. Helmut podrzucił swoją krótkowłosą narzeczoną jakby była snopkiem słomy. Ja ucałowałem ryżego anioła – swoją bladziuchną pielęgniarkę – w czoło i pogłaskałem jej gorejące włosy.
Byliśmy skłonni sądzić, że ich jednoczesne pojawienie się – bo przecież wcześniej nie znały się nawet! – jest jawną oznaką działania przeznaczenia. Sprawa była jednak bardziej skomplikowana. Każda z nich wybierała się tutaj w innym terminie, lecz wcześniej trwał strajk kolejarzy, a nowy zapowiadano od dnia następnego. Połowa pociągów nadal nie ruszyła zresztą w trasę i kobiety nasze zdane były na jeden jedyny zakurzony i cuchnący chlorem skład. Zobaczyły się dopiero na pustej stacyjce. Nikt oprócz nich tu nie wysiadł.
Toteż jeśli to jednak było przeznaczenie, to nielicho zagmatwane.
Robotnicy przerwali na chwilę swoją krzątaninę i zerkali na nas ciekawie, zazdrośni o te całusy i uściski. Staruszek uśmiechał się promiennie i po swojemu uśmiechał się też z krzaków Waśka – przynajmniej dopóty, dopóki staruszek znowu nie przegonił go wymachując kułakiem. Nie będzie tu, cholercia, ludzi swoim pyskiem odstraszał.
Pałac mrugał do nas wielookiennym ślepiem prawego skrzydła. Lewego nie miał: było wyłupane i mroczne. Jak na kalekę i tak prezentował się całkiem nieźle.
Cała ta scena, opryskana z boku ukośnym, słonecznym światłem była może urzekająca i czarująca, jednak nie mogliśmy jej przeciągać bez końca. Zapał naszych kobiet, aby obcałowywać nieogolone, cuchnące przetrawionym bimbrem gęby, też z wolna stygł. Poza tym byliśmy głodni.
Tylko dla człowieka sytego świat może być naprawdę piękny.
Nasz pensjonat nie narzeka na brak klientów. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce obejrzeć byłą telewizyjną gwiazdę, zwycięzcę zapomnianego dawno programu, który ostentacyjnie zrezygnował z dalszej kariery po tym, jak jego pogadanka o filozofii platońskiej na podstawie znaczka stała się sensacją. A jak nie jego, to cwanego polityka, który w porę wykręcił się od więzienia, ale do polityki – dziwne – nie powrócił. Albo też bezsilnego już cudotwórcę. Inni wolą pogłaskać Waśkę. Dla pozostałych trzymamy rowery, kajaki, konie, wybudowaliśmy im basen, kort, saunę, amfiteatr i co tam tylko przyszło nam do głowy.
Do południa krzątamy się wszystko uważnie sprawdzając i organizując. Potem jednak trud faksowania, telefonowania, prowadzenia komputerowej dokumentacji i cały ten biurokratyczny bałagan zostawiamy naszym pracownikom. Nie musimy zarabiać sami. Aż tacy chciwi nie jesteśmy.
Obiad jadamy wspólnie: my, żony nasze i dzieci. Oraz staruszek z Waśką. Później rozleniwieni czuwamy, aby czas nie biegł szybciej, niż musi. Najlepszy jest rytm, do jakiego przywykliśmy w szpitalu. Pluskwa zapala pierwszego papierosa. Ja napomykam coś o filozofii i Helmut ucisza mnie śpiewnym „kurwa mać”.
Z zewnątrz dobiega gwar ludzi, którzy nawet odpoczywając bezustannie się dokądś śpieszą.
Na kolana wciskają się nam żony (biedny Pluskwa!), a co chwilę któreś dziecko próbuje zmącić nasz spokój głośnym wrzaskiem.
Wieczorem palimy ognisko, gramy w karty, pływamy łódką... I tak dalej: jest tyle przyjemnych rzeczy do zrobienia! Nie planujemy ich wcześniej. Po co? Planowanie to też stresujący obowiązek. Nagła ochota sama wszystko podpowie w odpowiedniej chwili.
Syci dnia rozpełzamy się w końcu do swoich mieszkań.
Nazajutrz znowu zaczniemy dzień od pośpiechu. Nie będzie nas przerażał. Pośpiech możemy przecież zdjąć z siebie jak brudne ubranie. I tak każdego dnia powracamy do szpitalopodobnego świata z jego czasem rozciągliwym jak smoła. Potem – z konieczności - z niego uciekamy. Uciekamy i powracamy.
Tylko to potrafimy naprawdę dobrze.
I wystarczy.
koniec
|