11 lipca
I II III IV V
w r o c ł a w 1 9 6 6 - g ü n t h e r a n d e r s
6 l i p c a - II
Parkujemy w ulicy równoległej do Gartenstrasse, nazwę zapomniałem, dzisiaj zwie się ona Rejtana i tylko ta nazwa jest dla nas teraz ważna, bo musimy przecież
później znowu odnaleźć samochód. Budynki najwidoczniej jeszcze te same co wtedy, ale przeraźliwie zapuszczone. Dziury po pociskach, żadnego tynku, jak w
Kolonii w 1950, ruch na ulicy mizerny, ludzie nietutejsi, sąsiedztwo Dworca Głównego.
Ale że te domy jeszcze stoją, że jest tu nawet coś jakby ciągłość ulicy, a nawet prawie cała ulica, jest rzeczą niepojętą. Nie to przestrasza, czego już nie ma, nie brak czegoś, lecz odwrotnie, to, co w oczekiwanym Nic jakimś przypadkiem wciąż istnieje.
Po kumpelsku macham ręką w stronę frontu budynków, Ch. przygląda mi się z lekkim przerażeniem, w ogóle zdaje się obawiać, że to wszystko, to dla mnie za dużo - martwi się niepotrzebnie, bo jeszcze nie wie, że każdy, jeśli tylko wystarczająco długo żyje, automatycznie uczy się znosić wstrząsy, i że kiedyś także ona będzie to umiała.
Wyjaśniam jej, że front tych budynków i ja mamy ze sobą coś wspólnego, że zawdzięczają one swoje istnienie, swoje jeszcze-istnienie, tej samej niższej raison d´etre co ja, temu samemu zuchwałemu przypadkowi: mianowicie faktowi, że historia świata działa opieszale i pozwala temu i owemu się prześliznąć. Vive la negligeance! - Niemniej, niedaleko dworca (lekko zezując odkryłem go z okna samochodu; nie wierzyłem własnym oczom) ulica ta zdaje się, za piętnastoma
mniej więcej budynkami, znajdować ujście jakby w wolnej przestrzeni. Tam, gdzie kiedyś była szeroka, prowadząca bezpośrednio do dworca Taschenstrasse,
jest teraz nazbyt jasno, tam zdaje się nie być już nic.
Hotel najwyraźniej stary komfortowy niemiecki dom. Duży pokój, czyste łóżka, próbuję je. Gorąca woda, ale archaiczna hydrauliczna robota, umywalka w różowe kwiaty lotosu, takie same jak w 1910 w klozecie u babci w Berlinie, na pewno jeszcze z tamtych czasów. Nawet telefon, podnoszę słuchawkę, działa.
A więc mógłbym zadzwonić do rodziców, gdyby od dwudziestu i dwudziestu ośmiu lat nie przebywali gdzieś tam za oceanem, w zapomnianych urnach. Jakże bardzo byliby poruszeni, gdyby dowiedzieli się, że zamiast w domu śpię w hotelu, a jeszcze do tego, że się ożeniłem, i to z Amerykanką!
Z dołu, z Gartenstrasse (czy jak ta ulica teraz, też od dwudziestu już lat, się nazywa) dochodzi niewymownie głośny blaszany huk, podchodzę do okna, czy nie są to może oniegdysiejsze tramwaje? Czy to nie moja ‹czwórka›? - «Jutro rano o wpół do ósmej», mówię do Ch., która opiera się obok mnie o parapet,
«możesz ujrzeć mnie jako dziewięciolatka przejeżdżającego tędy w drodze do szkoły.» Ona, nie usłyszawszy dokładnie, oświadcza zdecydowanie, że jutro
rano ma zamiar się wyspać, do czego po trudach ostatnich dni ma jak najbardziej prawo.
Po rozpakowaniu się nie wytrzymuję dłużej w pokoju, Ch., śmiertelnie zmęczona, ciągnie się za mną. Przed hotelem zatrzymujemy się. Gartenstrasse, jak wtedy
główna arteria, roi się od młodzieży, ubranej gorzej niż w Katowicach czy Krakowie, bardziej też zaniedbanej niż gdziekolwiek indziej w Polsce. Przypuszczalnie
duża liczba samotnych, z utraconego wschodu, Lwów itd., przeflancowanych tutaj, pozbawionych rodziców młodych ludzi.
Następnie, aby ujrzeć zaprzeczenie albo też potwierdzenie uchwyconego wczoraj nieprawdopodobnego widoku, spoglądam w lewo na drugą stronę ulicy.
Ale wszystko się zgadza, nic mi się nie przywidziało: to jest faktycznie ten dworzec, pierwszy dworzec kolejowy, jaki w swoim życiu zobaczyłem, ten sam, już wtedy
prastary i śmieszny, ‹Hauptbahnhof› z wieżyczkami i blankami, «wielki rycerski zamek», jak go nazywaliśmy. Architekt, który go zbudował (z całą pewnością
przed ustanowieniem Rzeszy), musiał się wtedy pewnie wstydzić projektowania czegoś tak nieromantycznego jak kolejowy dworzec, który jeszcze do tego byłby
natychmiast jako dworzec kolejowy rozpoznawalny. «Pięknym jest, co zaprzecza, czym jest.» Ponadto musiał on być taki, jakim my Ślązacy winniśmy sobie
ze względów patriotycznych prawdziwe reńskie rycerskie zamki wyobrażać.
h a u p t b a h n h o f
1904 |
 |
Nie do wiary: akurat to musiało, gdy wszystko inne utonęło w gruzach (podobno 75 procent miasta), akurat to musiało więc przetrwać, akurat to nienaruszone
przetrwać zagładę. Albo - albo mieliby Polacy ten objaw niemieckiego szowinizmu z bramami, wieżyczkami i blankami tak samo znowu odbudować?
Nie wydaje mi się to niemożliwe. A nawet prawdopodobne. Bowiem nienaruszone, jak powiedziano mi nie bez próżności w Krakowie, miałoby znajdować się
jedynie w Krakowie, wszystko inne zostało w Polsce "nienaruszonym uczynione". Przed trzema laty wędrowałem przeto zaledwie kilkuletnimi średniowiecznymi uliczkami Warszawy. (Niemiej, śmiesznym byłoby - wobec pieczołowitości i przekory z jaką odbudowano całkowicie sproszkowaną
Warszawę, o której Hitler powiedział, że nigdy już nie powstanie z ruin - mówić o ‹nieautentyczności› czy czymś podobnym.)
Ale tutaj? Wszak Breslau nie było ich miastem, a co więcej było miastem wroga. Czemu zatem także tutaj? Zapewne po prostu dlatego, że gdy po zakończeniu
wojny ściągnęli oni do gruzowiska Breslau, ujrzeli tam połowę ‹rycerskiego zamku›. A uzupełnić ten zamek całkiem inaczej i ‹współcześnie› - jakże mieli to
uczynić, kto miał się tym zająć? I jakie znaczenie miało wówczas, gdy kraj ich składał się z trupów, resztek obozów i ruin miast, słowo ‹współcześnie›?
Przypuszczalnie każde coś, z czego dało się w jakiejś mierze korzystać i co jeszcze w miarę masywnie stało i co miało może jeszcze jakiś dach, zostało
odrestaurowane tak, jak wymagał tego jego styl, albo jak zdawał się on tego wymagać.
To samo dotyczy wybudowanego w napęczniałym wilhelmińskim baroku urzędowego budynku, obok którego przechodzimy trzy minuty później, zmierzając ku
Schweidnitzerstrasse. Że ten pyszałkowaty gmach miałby zostać przez jakieś tabu osłonięty, podczas gdy wszystko w tej okolicy legło w gruzach, wydaje mi się
tak samo niemożliwe jak to, że nie trafiony został Dworzec Główny. Ale czyż można było to piersiaste monstrum uzupełnić prostokątem? - Ach tak, kiedy przechodziliśmy obok niego, rzekłem do Ch. (wcale tego nie zauważywszy): «To jest Landeshaus», i odpowiedziałem jej, gdy zapytała, co znaczy słowo
‹Landeshaus›, że ten budynek tak się po prostu nazywa. Jaką funkcję to monstrum dawniej pełniło, wiem naturalnie tak samo słabo, jak to, jaką funkcję spełnia dzisiaj, ale ta nic nie mówiąca nazwa wskoczyła mi na język, bo chodząc przed półwieczem do szkoły, każdego dnia musiałem przechodzić również tędy.
Skręcamy w <Neue Schweidnitzer> - jest to ulica zupełnie nowa, szeroko zakrojony projekt, umiarkowanie nowoczesne wielkie budynki aż do Tauentzienplatz.
A ten jest nadzwyczajny, dzięki znajdującym się tu hotelom i kawiarniom stał się po odbudowaniu naprawdę ładnym miejscem. Oszałamiający zapach
lipowych drzew. Pomnik pośrodku (prawdopodobnie Tauentzien, kimkolwiek by on nie był) zniknął. Jest tam też ogromna, elegancko wyglądająca restauracja,
do której usiłujemy się dostać. Masa oczekujących. Jesteśmy zbyt zmęczeni, aby ustawić się w kolejce.
Głodni wędrujemy dalej, teraz przez kilka minut naprawdę przez Breslau: choć już zmierzcha, po prawej ręce można rozpoznać Stadtgraben z kościołem, po lewej ręce
Oper, dzisiaj wieczorem grają Borodina, bez nas, ale jej fasada wygląda tak, jak wyglądała już zawsze. Ch. po wielogodzinnym siedzeniu za kierownicą już
prawie nie może iść dalej.
Po dwóch minutach Schweidnitzerstrasse staje się nierozpoznawalna, po prawej i lewej, na krótko przed Ring, beztwarzowe w każdym małym miasteczku (ale
tylko tam), solidne budynki mieszkalne i usługowe. A potem.
To nie może być prawdą. Ring i Rathaus istnieją. A więc istnieje też rok 1905 lub 1915. Podejrzliwie rozglądam się dookoła, ale niczego nie brakuje, są nawet te
stare patrycjuszowskie domy po lewej stronie, jeszcze są, znowu są, licho wie.
Ponieważ nie potrafię ukryć, że coś się we mnie dzieje, ona opuszcza głowę, zdaje się troszkę wstydzić, że urodziła się tak późno, że jest taka młoda; w końcu od
dnia, w którym stałem w tym miejscu po raz ostatni, ona musiała czekać jeszcze piętnaście lat na dzień swoich narodzin.
«Tutaj coś zjemy», stwierdzam ze sztuczną wesołością, aby przełamać czar, a na myśli mam sławną <Rathauskeller>, której krzyżowe sklepienie znane mi jest z
lekcji krajoznawstwa w gimnazjum św. Jana w roku 1912. Naturalnie tylko stamtąd, ale to da się nadrobić, never say too late, spójrzcie, oto piwnica naprawdę
jest, jeszcze albo już znowu, licho wie - tylko że oprócz niej jest tam też jeszcze coś innego: z głębi, z grobowca tego-co-było, huczy mianowicie nam naprzeciw Ameryka, jazz, a co najmniej ta szczególna mieszanka jazzu i polki, którą tutaj za jazz się uznaje.

sala chłopska |
I nawet jeśli bylibyśmy teraz zdolni, jeśli mielibyśmy siłę, przyjeżdżając z Auschwitz i po dziesięciu godzinach męczącej podróży i po pięćdziesięciu latach
nieobecności i zjadając pod czternasto- czy piętnastowiecznym sklepieniem krzyżowym gulasz, do słuchania jazzu, - nie udało by się nam dotrzeć aż na sam dół;
stopnie okupowane są przez tak liczną, najczęśniej beatnikową młodzież, i przez tylu fanów jazzu, pragnących wychwycić dla siebie choćby tylko kilka synkop, bo uważają je za symbole przekory, zuchwałości i wolności, że każda, nawet nasza niemieckojęzyczna próba przebicia się na dół, musiałaby spełznąć na niczym.
Wycofujemy się zrezygnowani; to że uda nam się dzisiaj jeszcze gdzieś coś przełknąć, zdaje się być utopią. Po dojściu do dworca podejmujemy jednak ostatnią
próbę. I oto patrzcie, w poczekalni, choć roi się od ludzi, robią się dwa wolne miejsca.
Siedzimy przy stole z Polakami, których statusu i zawodów nie rozpoznajemy. Oni, chociaż jesteśmy dla nich Niemcami z zachodu, bardzo uprzejmi i skorzy do pomocy - również tu nikt nie odpłaca nam za uprzejmość fałszywą monetą.
Próbują przetłumaczyć dla nas jadłospis, ale przez omyłkę tłumaczą z polskiego na polski, z czego, nie mogąc wymieniać słów, wszyscy się śmiejemy, błądzenie czyni nastrój ludzkim. Zamawiamy wskazując na chybił trafił na kartę, podają nam wyśmienitą wołową pieczeń; Polacy przy stole dumni, że nam smakuje i że zjadamy z talerzy wszystko aż do czysta.
Opuszczając lokal wbiegamy w reklamę, ale nie w reklamę pończoch czy kremu Nivea, lecz w reklamę Muzeum Archeologicznego, która kamienną siekierą za szkłem propaguje częściowo oświatę, a częściowo fakt, że ziemia, na której leży Breslau była już od zawsze słowiańska.
Za mojej najwcześniejszej młodości z pewnością taką nie była, a żeby wyobrazić sobie przeszłość - albo choćby tylko uznać ją za fakt -, która byłaby bardziej archaiczna od mojej najwcześniejszej młodości, na to jestem teraz zbyt zmęczony.
Połykamy talbetki nasenne i do dziewiątej śpimy jak kamienie.
Gdy wstajemy jest już zbyt późno, aby zobaczyć jadącego o wpół do ósmej do szkoły tramwajem numer cztery chłopca o moim imieniu. Ten da sobie radę i bez nas.
7 lipca - I
besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985 z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)
|