Odniemczanie
Gdy pętam się tak ulicami, stawiam sobie co i raz pytanie, czy naprawdę nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, czy w jakimś ukrytym zakątku mej duszy nie jestem oburzony, że to miasto jest teraz polskie, i nie tylko nazywa się Wrocław, lecz naprawdę jest Wrocławiem.
W końcu to tutaj nauczyłem się mówić, mówić po niemiecku, i to właśnie z tym językiem utrzymywałem przez całe życie, przynajmniej ze swojej strony, niemal uparcie-monogamiczny związek miłosny; tak bliski, że wobec tego, co działo się w Niemczech, i tego co uczyniono nam i innym i sobie samym, i także niemieckiemu językowi, byłoby dla mnie rzeczą niemożliwą wykrzyczeć me oburzenie inaczej niż po niemiecku – przypuszczalnie nawet milczeć potrafię jedynie w języku niemieckim. -
A teraz biegam tutaj oto w kółko, tutaj w rejonie źródła mojego mówienia, wzdłuż Stadtgraben, który nie jest już żadnym ‹Stadtgraben›, bo Wrocław to nie ‹Stadt› a Graben to nie ‹Graben› - tutaj więc biegam w kółko, i akurat tutaj nie mogę wymówić żadnego słowa i żadnego zrozumieć. I mimo to nie czuję się obrażony?
Nie. Ani troszeczkę. Co najwyżej przepełniony bólem. Bólem, który bierze się stąd, że nie jestem obrażony, i stąd, że z tego powodu nie cierpię.
Wiem, gdy wrócę niejeden z mych niemieckich przyjaciół weźmie mi to za złe. Żałuję. Lecz nie zamierzam uwzględniać podobnego braku doświadczenia i wyobraźni.
Czy może wolno od kogoś, kto jedynie przypadkowi zawdzięcza, że, jak większość jemu podobnych, nie przeturlał się po moście w Oppeln ku piecom Auschwitz, i nie wzniósł się jako dym w niebo Oberschlesien, jak Edith Stein – czy wolno od takiego człowieka, choćby jeszcze i dzisiaj, oczekiwać niemieckich ojczyźnianych uczuć? Ach, oburzenie było moim powszednim chlebem przez dziesiątki lat, w oburzaniu się doprawdy nie jestem początkującym. Być może kiedyś oburzało mnie też odniemczanie Breslau, a nawet doprowadzało do białej gorączki.
Lecz nie to odniemczanie, które rozegrało się w roku 1945, nie to, które miało miejsce, gdy Polacy, kiedy to w łachmanach i wygłodniali ciągnęli na zachód przez swój spustoszony (przez kogo?) kraj, zaczynali sprzątać niezliczone miliony metrów sześciennych (zawinionego przez kogo?) gruzu, aby stworzyć dla siebie nowy dom. To odniemczanie, które dokonało się w roku 1945 i które rozpoczęło się uprzątaniem niemieckiego gruzu, było samo w sobie już tylko ostatnim aktem dłuższego procesu.
Odniemczanie rozpoczęło się bowiem dwanaście lat wcześniej, w marcu 1933, i było ono – dyskutować na ten temat nie ma sensu – dziełem samych Niemców. A rozpoczęło się ono tutaj w Breslau, kiedy to w prezydium policji przejął urzędy sławetny Heines. W tym okamgnieniu miasto było już odniemczone, a nawet, nawet jeśli zewnętrzny architektoniczny obraz zdawał się być niezmieniony, spustoszone – co w końcu oczywiście omotało głupców (także żydowskich, przez co zginęli) iluzją, jakoby nic się w zasadzie nie zmieniło i wszystko pozostało po staremu. Nic nie oszukuje nas gorzej aniżeli to, co zdaje nam się pozostawać lub być jakim było.