jesień'05


wędrówka  strona główna



 6 lipca
   I          II     


 7 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII   


 8 lipca
   I          II         III        IV         V      


 9 lipca
   I          II         III        IV         V          VI         VII        VIII       IX         X      


 10 lipca
   I          II         III        IV     

 V


 11 lipca
   I          II         III        IV         V      

w r o c ł a w  1 9 6 6 - g ü n t h e r  a n d e r s

10  l i p c a  -     V



Kolacja

W eleganckiej państwowej restauracji. Orkiestra taneczna, dmąca jakąś trudną do scharakteryzowania muzykę: z jednej strony te kawałki to niewątpliwie marsze (rzeczywiście pary tańczą do tego najprostsze i najbardziej staromodne one- and two-steps), z drugiej strony muzycy otrzymali widocznie zgodę, lub też polecenie, by wyjść naprzeciw jazzowym pragnieniom młodzieży, co czynią za pomocą kilku synkop. W naszych uszach te proste metryczne przesunięcia oczywiście nie na wiele się zdadzą, tym bardziej, że ani jeden z grających w kapeli nie waży się na choćby najmniejszą improwizację, ta pedanteria jest nie do przebicia, zaś owe jako evergreens użyte molowe melodie są w swej harmonicznej budowie o wiele za nudne, żeby się w ogóle do jazzu nadawały. Ogólnie rzecz biorąc brzmiało to tak, jak musiało to brzmieć w Breslau w roku 1920 na jakimś balu strażaków.

Taka to więc muzyka przygrywała nam do gigantycznych wódek i wcale nie gorzej smakujących obfitych dań. Obsługiwał nas kelner, który natychmiast rozpoznał we mnie Żyda i, podczas gdy zamawiałem roladę z kalafiorem, bez mrugnięcia okiem, żeby nie zwrócić na siebie uwagi przy sąsiednim stoliku, powiadomił mnie, iż był w obozie koncentracyjnym w Majdanku – o czym oczywiście (co, aby wyhamować, natychmiast dodał) nie chce on dłużej myśleć, co nie jest mu już potrzebne, bo niby do czego? W to mu oczywiście nie wierzę, bo po co w ogóle podał mi tę informację? Zaprzeczyć mu też się jednak nie ważyłem, kto wie, czy ten człowiek nie jest jedynym Żydem jak okiem sięgnąć, i czy jako przypadkowo przetrwałe ‹Minority of One› jeszcze teraz nie prowadzi on życia pariasa, i czy jego życie pariasa w ciągu tych niewielu lat, które mu może jeszcze pozostały, nie stałoby się jeszcze gorsze, gdyby tę przeszłość nosił przed sobą na tacy? W każdym razie strach świecił z jego oczu, albo nie świecił, lecz mroczył. -

Jak powiedziano, nie zaprzeczyłem mu. Już choćby tylko dlatego, ponieważ nikt, kto wówczas poruszał się jako wolny człowiek, nie ma prawa występować wobec byłych ofiar jako wychowawca bądź ich upominać. Słowa Benjamina (1933), bycie uchodźcą nie jest zasługą, naturalnie dotyczy także obozowych więźniów. Ale oprócz tego obowiązuje również, choć brzmi to zupełnie irracjonalnie, że istnieją cierpienia, które są tak potwornie wielkie, że mogą rościć sobie prawa do naszego większego respektu aniżeli każda choćby nie wiadomo jak wielka cnota.


Hotel, nocne rozmyślania

Ojcowski brak krytycyzmu, zwłaszcza jego naiwny patriotyzm, nadal chodzi mi po głowie. Jak tu pogodzić niedostatek osądu z jego inteligencją, i jego polityczny strach z jego dawniejszą integralnością? Dzisiaj, po doświadczeniach, jakie poczyniliśmy, jest on jako typ już niemal niezrozumiały.

Przypuszczalnie był nadzwyczaj szczęśliwy, że jako Żyd mógł zajmować na uniwersytecie tak szanowaną pozycję. I słusznie z tego dumny, gdyż osiągnął ów sukces bez rozpoznawalnego dla siebie uszczerbku na charakterze, mianowicie, nie płacąc za swój sukces owym wielokrotnie sugerowanym mu przez ministerstwo wyznań religijnych ‹małym krokiem›, to znaczy: chrztem. Faktycznie ta jego moralna stałość była godna respektu. Bowiem jeśli nie godził się na ów ‹mały krok›, to przecież nie dlatego, że byłby on dla niego tak ‹wielki›, nie dlatego, że nie mógłby uwolnić się od żydowskiej wiary albo od gminy żydowskiej – wszak nigdy nie był związany ani z jednym, ani z drugim, jako niemiecki Żyd w czwartym pokoleniu już nawet nie dorastał ani w wierze, ani w gminie. Nie, jeżeli odmawiał uczynienia tego ‹małego kroku›, to tylko dlatego, że za nikczemne uważałby zrobienie interesu w celu osiągnięcia własnego awansu, opłacenie kariery aktem niewierności lub wymówienia solidarności, którego w innym razie by się nie dopuścił. Siła jego charakteru polegała więc na tym, że wzbraniał się zdradzenia czegoś, w co sam już nie wierzył. -

I mimo to. Także jemu nie było dozwolone pozostanie całkiem bez skazy, tak samo jak inni również on musiał jawić się jako ‹dobry człowiek z Seczuanu›. Fakt, iż z roku na rok coraz lepiej udawało mu się osiągać wysokie stanowiska, wtrącił go w ślepotę, i to tak totalną, że już wcale nie różniła się ona od słabości charakteru. Teraz w każdym razie wmawiał sobie, że swej kariery nie zawdzięcza chrztowi, ale liberalności niemieckiej kultury i tolerancji oraz postępowości niemieckiej polityki, a zatem życiu w na wskroś pozytywnym państwie, w państwie, wobec którego oponowanie dowodziłoby najczarniejszej niewdzięczności. Ponieważ on sam został przez to państwo dobrze potraktowany, uznawał je za dobre. Co się tyczy polityki, ojciec, aczkolwiek skądinąd przychylny reformom, pozostał odporny na reformy, nie, pozostał niemal konformistą. Nawet we śnie nie przyszłoby mu do głowy, uczynić mnie, którego w każdym razie chciał przecie wychować na człowieka, nieufnym wobec militarystycznej atmosfery w szkole czy też wojowniczo wykoncypowanej wystawy stulecia.





11 lipca - I



besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni