Znowu potajemnie w domu
A więc było to tutaj, tylko kiedy to mogło być, 1909 albo 1910 zapewne, i jakie słowa są wystarczająco penetrujące, by mogły ów obraz jeszcze raz przywołać i zatrzymać do dnia ostatecznego? - tutaj więc, gdzie w ułamku chwili rozegrało się coś potwornego, wydarzenie o eonowym wymiarze: nagłe wzejście nowej gwiazdy, która jeszcze nigdy i nigdzie nikomu nie wzeszła.
Hold your horses, brother! Nie nabieraj tyle do ust! O eonowym wymiarze nie może być żadnej mowy! Spróbuj jeszcze raz!
A więc było to tutaj, gdzie niezapowiedzianie, zuchwale i promieniście wstąpiła na podium mego życia bogini rozkoszy, i gdzie zamachnęła się swym toporem, aby pozwolić mu, błyszczącemu w świetle ramp, spaść ze świstem na moją czaszkę; i gdzie wszystkie tabu, które od lat pompowali w mój mózg ojciec i matka, i nie wolno zapomnieć tu o Else, rozproszyły się jak iskry; i gdzie zacząłem się zataczać i upadłem, bo nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się nic, co byłoby tak błogie, jak owo uderzenie Wenus.
Hold your horses, powiedziałem. Bo także i to jest znowu najczystszą blagą. Także o Wenus nie może tu być żadnej mowy!
Raczej zwała się ona Pauline. A w całości to nawet Pauline Matuschke. I nie tylko nie była żadną boginią rozkoszy, lecz jeszcze nawet nie bujną kobietą, nie, jeszcze nawet nie kobietą, nie, jeszcze nawet nie dziewicą. Gdyż aby być chociażby tą, musiałaby posiadać przynajmniej pewne minimalne słodkie jakości, albo co najmniej przecież pewne minimalne obietnice takich minimalnych jakości, wskazanie na pączki powiedzmy, które byłyby dla niej powodem do ich skrywania, albo których wystawiania na publiczny widok musiałaby wyraźnie unikać. Ponieważ jednak Pauline nie dysponowała nawet podobnie maleńkim potencjałem – w każdym razie mierząc miarą sześćdziesięciolatków nie dysponowała zupełnie niczym – nie była więc jeszcze, żałuję, choćby tylko dziewicą. Co widzę przed tak zwanymi oczami duszy, to raczej dziecko, bose, cienkonogie, chude, piegowate dziecko z brudnymi włosami, z luką między zębami, którą zabawiało ono swój język, dziewuszysko naszej dozorczyni panny Matuschke z domu Matuschke, mógłbym u tego dziewuszyska policzyć wszystkie żebra, i nie mogło to to być starsze niż dwanaście lat.
W równie niewielkim stopniu zgadza się naturalnie także to, że istniało jakieś podium, które miałoby się tu na tej pełnej gruzów działce wznosić, i na które mogłaby zuchwale promieniejąc wstąpić obojętne czy Wenus czy Pauline, albo światło ramp, którym mogłaby zostać oświetlona, albo błyszczący topór, który mogłaby ze świstem opuścić na moją czaszkę. Nic podobnego. Prawdą jest raczej to – i teraz, kiedy biorę się do tego po raz trzeci, to, co usiłowałem ukazać najpierw jako eonowe wydarzenie, a następnie jako mitologiczne, niechybnie wreszcie odnajdzie swoje właściwe proporcje - prawdą jest więc raczej to, że owa Pauline, ta wówczas dwunastoletnia i ja, ten wówczas siedmioletni, że w pewien gorący sierpniowy wieczór byliśmy tam z tyłu (z niepojętych powodów zwanego wtedy ‹ogrodem›) podwórka (będącego dzisiaj w tak samo niewielkim stopniu podwórkiem co ogrodem) sami; i że w mojej obecności, lecz bynajmniej nie dla mnie, kimże bowiem dla niej byłem - pędrakiem, gimnastykowała się na trzepaku, który był gdzieś tam stał, a ćwiczyła mianowicie to, co wówczas nazywało się (może jeszcze i dzisiaj tak się to nazywa, choć oczywiście już nie tutaj) Kniehang; i że przy tym ćwiczeniu zgodnie z zasadą prawa grawitacji wszystko, co miała na swoim dwunastoletnim ciele (a w sierpniu był to naturalnie jedynie jakiś strzępek) opadło niby zwiędły dzwonek na zwisającą w dół głowę, tak że wisiała teraz zupełnie naga, jak stworzył ją Bóg, nie, jak urodziła ją panna Matuschke, nie, jak ona sama nieomylnie w ciągu dwunastu lat od swych narodzin się rozwinęła (a było to, aczkolwiek przecież, jak powiedziano, nie była ona jeszcze nawet dziewicą, w moim ówczesnym pojęciu czymś o wiele bardziej zdumiewającym i o wiele bardziej oszałamiającym aniżeli wszystko, co Pan Bóg potrafiłby stworzyć lub panna Matuschke przynieść na świat) a więc tak, że zwisając głową w dół niczym oskubany i zawieszony w celu wypuszczenia krwi kurczak, spełniała wszelkie marzenia i nadzieje właścicieli niewolników, jakie wszyscy chłopcy wszechczasów mogliby kiedykolwiek żywić.
A więc to było owo wstrząsające światem wydarzenie bez precedensu, ów cios, który najpierw bezskutecznie szukając odpowiednich słów nazwałem ‹uderzeniem toporem Wenus›. Doprawdy, zupełnie bezsensowne określenie, gdyż Wenus, lub poprawniej: Pauline, z pewnością nie zdawała sobie wcale sprawy z tego, co tam narobiła, tak więc za owo błogie odurzenie, w jakie mnie wprawiła, nie mogłaby zostać pociągnięta do odpowiedzialności. Już choćby tylko dlatego nie, że ona, dorosła, jedenasto- lub dwunastoletnia, o ile w ogóle dostrzegła moją obecność, nie widziała we mnie rzecz jasna nic, co należałoby potraktować poważnie. Lecz jeszcze też dlatego nie, że, aczkolwiek w porównaniu ze mną całkiem dorosła, sama była jeszcze dzieckiem, przez co chcę powiedzieć, iż na pewno nie wiedziała, jak wiele mi ofiarowała, albo że w ogóle mi coś ofiarowała, albo że w ogóle posiadała coś, co mogłaby komukolwiek ofiarować, i co dla kogokolwiek stanowiłoby godną obejrzenia osobliwość z trzema gwiazdkami. Wszak i dla mnie rzeczywistość ta, zanim zawisła oskubana do nagości przede mną na trzepaku, była całkowicie nieznana, nieznany był nawet ów bardziej ogólny fakt, że wśród milionów milionów rzeczy, które można było na tym świecie zobaczyć, usłyszeć, dotknąć, posmakować i powąchać, że wśród rzeczy do zabawy, jedzenia i ubrania i wśród zwierząt i roślin - że wśród nich, albo lepiej: obok nich istniało coś szczególnego, rodzaj spraw, które zasadniczo i najbardziej podniecająco i najwspanialej różnią się od pozostałych, i które, aczkolwiek w godny uwagi sposób wmieszane są w inne codzienne sprawy, zdawały się jednak być z jakiejś innej planety. -
A więc to było owo doświadczenie, które wtedy tak nagle poczyniłem, i poprzez które, mimo strachu, z jakim było związane, doznałem tak wielkiego olśnienia, że, po tym jak już znowu uspokoił mi się oddech, zachowałem się nagle sprytniej aniżeli mógłby zachować się najsprytniejszy i najbardziej zepsuty uwodziciel małoletnich: próbowałem mianowicie wmówić Pauline, która w międzyczasie przeszła do mniej interesujących ćwiczeń, że jej ‹Kniehang› nie jest nawet w przybliżeniu tak dobry, jak wymaga tego od nas na przykład pan Schaller na lekcji wuefu, i że będzie pewnie musiała to ćwiczenie jeszcze wiele razy powtarzać, i (całkiem mimochodem) że chętnie bym jej przy tym «udzielił pomocy».
Innymi słowy: także to doświadczenie, czy nazwę je ‹Wenus› czy Pauline czy ‹ciało› czy ‹pożądanie› czy ‹popęd› czy ‹szczęście› czy ‹wstyd› czy ‹strach› - także to doświadczenie, któremu nie przyjdzie wszak później pozostać całkiem bez znaczenia, wzięło swój początek tutaj, przynajmniej ten zupełnie archaiczny i infantylny początek pierwszego początku pierwszego początku.
Oprócz mnie, który (w co nie potrafię przecież wątpić) jeszcze jestem, a nawet (w co nie potrafię wierzyć) jestem tożsamy z tym siedmiolatkiem, którego owo słodkie trzęsienie ziemi nieomal zabiło;
i oprócz tego słodkiego trzęsienia ziemi, którego ostatnie drżenia (w co również nie potrafię wierzyć) wciąż jeszcze wibrują i osiągają mnie jeszcze dzisiaj -
oprócz tych dwóch ocalałych nic już z tego, co kiedyś tu było, nie pozostało. Trzepak jest przysypany. Piaskiem i kawałkami cegieł, i któż wie, co tam z tyłu oprócz tego może jeszcze leżeć. Może nawet ów zwis kolanowy. Może nawet sama Pauline. Gdzieś, tego domagam się od boskiej przyzwoitości, powinna ona leżeć. Wtedy bowiem, w dniach trzęsienia ziemi, była ona już przecież całkiem duża, jedenastoletnia, a zatem dzisiaj musiałaby – nic nie jest bardziej obsceniczne od starzenia się – mieć siedemdziesiąt lat. Siedemdziesięcioletnia Pauline jest niedozwolona. Możliwe, że wcale tej siedemdziesiątki nie doczekała, i że również ona tutaj leży. Aczkolwiek i ta myśl nie napawa radością ani jest pociechą, gdyż w dniach upadku musiała ona już być pięćdziesięcioletnią Pauline – a pięćdziesięcioletnia Pauline jest równie niedozwolona. Na wieki winna pozostać jedenastolatką.
Ale załóżmy, ona leżałaby tu, załóżmy wręcz, że stała się wtedy, w roku 1933 albo 1938 (w tej dzielnicy mieszkało bowiem wielu Żydów i dla dozorczyni stanie się hieną było z pewnością bardzo opłacalne) - załóżmy, że stała się ona wtedy hieną, nawet wówczas życzyłbym jej pokoju. Tak więc pokój jej prochom! Aczkolwiek już nie jej prochy by to były. Co tam, po drugiej stronie parkanu się wznosi, jest wszakże gliną i piaskiem nie troszczącym się ani o osobę, ani jej pochodzenie, to już nie jesteś ty, Pauline, jest to znów ta stara, dobra substancja świata, która już od dawna nie wie, w czyim organizmie była się tymczasowo ucieleśniła, i że pod twoim imieniem tymczasowo odłączyła się od pozostałej masy substancji świata, aby w tylnej części podwórza przy Brandenburgerstrasse 54 Breslau Süd ćwiczyć kolanowe zwisy. Nie, czy ta grudka gliny po tamtej stronie należała do ciebie, Pauline, czy też do jakiejś innej pięćdziesięciolatki, której nie znałem, stało się teraz zupełnie obojętne. Także ty możesz nią spokojnie być. Na to, że uczyniono ciebie złą i nikczemną, i na to, że Hitler doszedł przed trzydziestoma trzema laty do władzy, i na to, że bez mrugnięcia powieką, mógłbym to przysiąc, byś nas sprzedała – na to nie mogłaś nic prawie poradzić, w każdym razie nie więcej niż tysiąc innych córek dozorców, które przed trzydziestu pięciu laty na ulicach tego miasta wydawały radosne okrzyki na cześć swego wulgarnego Boga i tym samym własnego upadku, oraz denuncjowały swoich lokatorów w nadziei na dywany, i ich sprzedawały z żądzy posiadania pianin, które można było przemianować na aryjskie. Nie, na pewno nie byłaś gorsza od innych, za to, że Hitler w ostatnim momencie ogłosił nasze miasto twierdzą, i za to, że Rosjanie, po tym jak ujrzeli gruzy Leningradu i Stalingradu i przydrożne szubienice i obozy w Treblince i Auschwitz, zburzyli i zrównali z ziemią naszą ulicę i nasz budynek i nasz trzepak i kolanowy zwis, i za to, że jesteś teraz częścią tego piasku i tej gliny, za to nie czynię ci już żadnych wyrzutów. Ale czy ty w ogóle jesteś częścią tego, co tu dookoła leży, tego wcale przecież jeszcze nawet nie wiem, być może czczę pamięć o tobie w niewłaściwym miejscu i na niewłaściwym grobie. Lecz gdziekolwiek byś była, bogini mej pierwszej rozkoszy: Pokój twoim prochom!
10 lipca - II
besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)