11 lipca
I II III IV V
w r o c ł a w 1 9 6 6 - g ü n t h e r a n d e r s
7 l i p c a - I
Rano
Ona jeszcze śpi. Całkiem spokojnie. Ona w Breslau of all places. Teraz we śnie, aczkolwiek niezaprzeczalnie tutaj, przypuszczalnie nie znajduje się nigdzie albo
jest zupełnie gdzie indziej. Prawdopodobnie nie wie ani tego, że Breslau kiedykolwiek istniało, ani że Breslau już nie istnieje, ani tego, że istnieje Wrocław. Bo i po
co?
Wykradam się na palcach z pokoju. Do domu? Nie! Tak prędko się nie da. Ale do miasta. Nie dalej niż do Schweidnitzer róg Stadgraben. To wystarczy.
‹W międzyczasie›.
Co znaczy ‹w międzyczasie›? Gdy stoisz na tym miejscu: po prawej park i bazylika (jej nazwy i tak nigdy nie znałem); ukośnie naprzeciw teatr miejski, a za nim
staromodny hotel Monopol; całkiem z lewej okrągłe, na wzór zamkowych, wieżyczki sądu wojewódzkiego - nie daj sobie więc wmówić, że od czasu, kiedy
stałeś tutaj po raz ostatni, czy było to wczoraj, czy przedwczoraj, 1915 czy 1914, że od tamtej pory i w międzyczasie coś się tutaj w ogóle wydarzyło. Nic.
Wszystko było urojeniem; wszystko snem; wszystko legendą. Urojeniem było, że w 1915 przeprowadziliśmy się do Hamburga; snem, że studiowałeś we
Freiburgu; legendą, że głodowałeś w dotkniętym inflacją Berlinie. Urojeniem czas ucieczki do Paryża; snem lata oczekiwań w Nowym Jorku; legendą powrót do
Europy. Urojeniem Republika Weimarska; snem wrzaski SA; legendą Auschwitz. Urojeniem Hiroszima; snem tortury w Algierii; legendą płonący Wietnam - nic,
nic, nic, nic z tych rzeczy nie nastąpiło, nie daj sobie niczego wmówić, nie daj się pouczać, idź dalej, dalej w kierunku <Ring>, masz dwanaście lat, w najlepszym
razie trzynaście, dalej wzdłuż domu handlowego Barasch, aż do instytutu ojca, bo on tam na ciebie czeka, aby razem z tobą pójść naokoło, przez
Weißgerberlohe i przez Neue Graupenstrasse, do domu.
p o m n i k
w i l h e l m a 1903 |
 |
Czy może? Przyjrzyj się dokładnie! Bo może jednak to i owo nie jest całkiem jak być powinno? Miałożby się w międzyczasie, nawet jeśli niewiele, rzeczywiście
coś jednak wydarzyć? Na przykład tutaj, przede mną, wysoko na rumaku, cesarz Wilhelm I. Był tu wszak każdego dnia. Gdzież mógł się on teraz podziać? A po
lewej, pomiędzy fosą a teatrem miejskim, jakaż niezwyczajna pustka. Także tutaj czegoś brakuje, gdybym tylko wiedział czego? Coś jednak musiało się w
międzyczasie wydarzyć, bądź lepiej ostrożny, lepiej nie idź dalej, kto wie, czy znajdziesz ojca i czy znajdziesz Neue Graupenstrasse i czy znajdziesz swój dom przy
Brandenburgerstrasse. Zawróć, mieszkasz w hotelu, jesteś starym mężczyzną, i przyznaj, że pięćdziesiąt lat to lat przynajmniej pięćdziesiąt.
Pierwsza wyprawa do domu
Po śniadaniu (dość elegancki śniadaniowy bar, dostajemy - obstawieni przez trzy uprzejmie uśmiechające się kelnerki, i po tym jak na serwetce narysowałem
jajko, a Ch. dla pewności zagdakała - cztery jajka zamiast jednego) mówię: «W drogę!» Ale co znaczy tutaj ‹w drogę›? W drogę dokąd? Czy jednak do
domu? «To nie może być daleko», próbuję przekonać samgo siebie, «zaledwie kilka minut stąd, najpierw w dół Gartenstrasse aż do Höfchenstrasse, później
w dół Höfchenstrasse do Moritzstrasse, ta jest właściwie tylko przedłużeniem Brandenburgerstrasse, i już jesteś na miejscu.» - Ale nie daję się nabrać na tę próbę
przechytrzenia samego siebie, tak ni z tego ni z owego po pięćdziesięciu latach jechać <nach Hause>, tego się teraz jeszcze nie da zrobić, jakąś wymówkę, choćby
nawet najgłupszą będę jednak musiał wymyślić. I tak decyduję się wypróbować najpierw okolicę nieco mniej frasobliwą, okolicę, w której mieszkał mój pierwszy
nauczyciel gry na skrzypcach Putz, Gravelottestrasse albo Sedanstrasse czy tak jakoś podobnie patriotycznie ta ulica się nazywała. Właściwie powiniennem wziąć
ze sobą Sewzeka albo Sevicicsa <Hoheschule des Geigenspiels für Anfänger>, cóż, tym razem trzeba będzie sobie jakoś poradzić bez tego. No a
stamtąd to już zobaczymy dokąd dalej.
Oczekiwany wiadukt kolejowy (pod którym można zapewne dojść do Lohestrasse albo Neudorfstrasse ) istnieje, zdaje się, że wciąż ten sam, stary; po jego
przejechaniu ulica prowadzi nas dalej, jest szeroka, są na niej nawet szyny tramwajowe - tylko że brak tu pewnej drobnostki: nie widać mianowicie żadnych
zabudowań. I to że jedziemy, podobnie jak tramwaj przed nami, nie przez południową część miasta, lecz przez puste, skąpane w letnim słońcu pole, przez łąki
porośnięte krzewami i makiem i gorczycą, przez nic ponad krajobraz; i zamiast do pana Putza, donikąd.
‹Równać z ziemią› nauczyliśmy się w czwartej klasie Johanneum (tam z tyłu przy Paradiesstrasse, po którym to doprawdy nierajskim terenie błądziliśmy
wczorajszego wieczora). Ale wtedy, przed pięćdziesięciu laty w Johanneum, wtedy naśmiewaliśmy się z tego powiedzonka, bo byliśmy przekonani, że istnieje ono
tylko na papierze i tylko w naszym podręczniku do łaciny, no i w naszych używanych potajemnie pod ławką ściągaczkach do ‹Bellum Gallicum›. Błąd.
Było to błędem już nawet
wtedy. Bowiem już wówczas istniały miasta i wsie, w Belgii i w Polsce i we Francji, które nie były już wcale ani miastami, ani wioskami, lecz pośmiertnymi
fantasmagoriami na mapach wojskowych sztabów, ponieważ zostały one, otóż to właśnie, ‹zrównane z ziemią›, i to naturalnie przez naszych bohaterów, bo że to
nie Belgowie napadli na Belgię, i nie Polacy strzelali do Polaków, i nie Francuzi zdewastowali Francję, tego byliśmy oczywiście świadomi, nawet jeśli byliśmy
gotowi uroczyście i święcie przysiąc, że Belgowie i Polacy i Francuzi sami sobie tego piwa nawarzyli i że na pewno nie zasłużyli sobie na lepszy los.
Miało to
związek również z tym, że systematycznie ukrywano przed nami widok krwi i zgliszczy. Bo wszak już wtedy należało do zwyczaju, że krwawe batalie i
spustoszenia do tego stopnia przesłaniano i obwarowywano ozdobnym, pyszałkowatym albo militarystycznym słownictwem, że jednocześnie wiedziano o nich i
nie wiedziano.
O polach bitewnych słyszeliśmy wtedy bowiem bardzo rzadko, za to każdego dnia sformułowanie ‹scena działań wojennych›, które to w
zrozumiały sposób stwarzało odczucie, przynajmniej we mnie, że istota tych ważnych działań polegała na tym, by je oglądać - o czym usilnie przekonywały też
tysiące widokówek, takich jak choćby ta z siedzącym na koniu następcą tronu, pod Longwy albo ta z ‹grubą Bertą› ziejącą ogniem pod Lüttich. A więc tak
było już też przed pięćdziesięciu laty, i w ten lub podobny sposób postępowano przez wystarczająco długie lata nadal.
Teraz, rozumie się, gdy tak suniemy przez południowe Breslau, które nie składa się tutaj z niczego więcej niż pustego, skąpanego w letnim słońcu pola, i z łąk i
krzewów i maków i gorczycy, a zatem z ‹niczego ponad krajobraz› - teraz, rozumie się, na stosowanie podobnych metod jest już za późno. Bowiem owa
czwarta klasa, w której nauczyliśmy się sformułowania ‹zrównać z ziemią›, i szkoła, w której byliśmy czwartą klasą, i ulica, przy której ta szkoła stała, i dzielnica,
przez którą przebiegała owa ulica, i miasto, do którego tamta dzielnica należała, - bowiem tego wszystkiego nie można już odnaleźć, na dobry albo zły koniec
stało się widocznym, że akurat to, co uważaliśmy za zwykły papier, powiedzenie ‹zrównać z ziemią›, jako jedyne z tego wszystkiego istnieje nadal, i okazało się
prawdziwe.
*
Nagle staje się dla nas jasne, skąd wziął się tutaj pośród niczego tamten zagubiony tramwaj. Jedziemy oto bowiem wzdłuż muru, sponad którego zwieszają się
glicynie i złotokap i za którym wznoszą się w górę nie tylko topole, lecz także wielkie pinie i cyprysy jakby wyjęte z obrazów Böcklina - żadnej wątpliwości, to
jest cmentarz, ależ nie, jest to cały kompleks cmentarzy. I tutaj już nie wytrzymuję. Tutaj strajkuję. W końcu przecież cały ten areał, i to nie tylko tego miasta, lecz
długi na kilkaset kilometrów, przez który sunęliśmy od Tatr aż do tego miejsca: ziemia, na której stoi Nowy Targ, na której stoi Kraków, i na której stoją
Oświęcim i Katowice - przecież w końcu wszystka ta ziemia jest jednym wielkim cmentarzem, jednym wielkim zbiorowym grobem, w rzeczy samej nie
pielęgnowanym, i tak siebie nie nazywającym, i nie zdradzającym nazwisk swoich umarłych - ale czy to jest rozstrzygające? Jakie znaczenie mają pośród
wielkiego i bezładnego cmentarzyska i zbiorowej mogiły te małe wyspy luksusowej pieczy nad zmarłymi? Czymże pośród tego wszystkiego są cmentarze i
pojedyncze groby? - Z powrotem!
Dopisek. Wiedeń, sierpień
«Breslau - keine Festung im klassischen Sinne - wurde bereits im Kampf schließlich doch zur Festung, weil es gelang, die Breslau innewohnenden seelischen Werte gemeinsam mit den in dieser Großstadt befindlichen materiellen Kräften und Gütern militärischer wie ziviler Art so zu beleben, dass es zu gutem Zusammenwirken gekommen ist.» *
Dewastację języka niemieckiego (przyp. tłum. oj, a teraz jeszcze i polskiego), o jakiej świadczy to zdanie, przemilczę. Natomiast należy zwrócić uwagę na fakt, że jeszcze piętnaście lat po katastrofie obaj
autorzy mieli odwagę, lub byli na tyle głupi, żeby się przerzucać frazesami na temat "dobrego współdziałania" i "duchowych i materialnych wartości"; a nawet
posłużyć się słowami o "pobudzaniu do życia". Ten fakt zdaje się silniej jeżyć włosy na głowie aniżeli ten, że na zagładę skazane zostało całe miasto, a jego ruiny
(których zwrotu jako niemieckiej własności nadal się domagają) zostały przekazane przeciwnikowi dopiero w dzień kapitulacji Niemiec.
f 1 o 9 t 4 o 6
w * i l t e o g l u d s
plac
l * i e g n n g i e c l k s i a
św. macieja |
 |
7 lipca - II
* Ostatnie zdanie z przedomowy do <So kämpfte Breslau>, generała Ahlfena i generała Niehofa, dwóch komendantów twierdzy. (Gräfe und Unzer Verlag, München, zweite Auflage 1960.)
besuch im hades © verlag c. h. beck, münchen, zweite auflage. 1985 z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)
|